„Tęczowa” nietolerancja.

Przy okazji niedawnej wizyty „najsławniejszej pary gejów” w Polsce niemiło zazgrzytał mi pewien drobny szczegół w ich (na ogół) przyjaznych wypowiedziach.

 

Otóż w jednym z wywiadów stwierdzili oni, że musieli zrezygnować z wizyty w programie Tomasza Lisa, gdy dowiedzieli się, że nadaje go ta sama telewizja, która wyprodukowała orędzie prezydenta… A ja, głupia, myślałam, że „tolerancja” to jest, między innymi, gotowość do prowadzenia rozmowy także z tymi, którzy nas niezbyt lubią…

 

Inaczej mówiąc tolerancja to postawa typu: „Nie zgadzam się z tym, co mówisz, ale będę do upadłego bronił Twego prawa do mówienia tego!”

W ogóle jestem zdziwiona ewolucją znaczenia słowa „tolerancja”, jaka dokonała się na naszych oczach – słowo to nie oznacza już „cierpliwego znoszenia” (od łacińskiego tollo) czegoś, co nam się niezbyt podoba – a coraz częściej zaczyna oznaczać po  prostu „życzliwą akceptację.”

Jeśli więc ktoś nie potrafi polubić tego, co poprawność polityczna akurat lubić nam nakazuje – zasługuje niemal automatycznie na mino”nietolerancyjnego”, jak się o tym przekonał ów nieszczęsny były przewodniczący Rady Europy (Rocco Butilgnone mu było?), który „miał czelność” kiedyś powiedzieć, że DLA NIEGO stosunki homoseksualne są grzechem – i… natychmiast stracił posadę, mimo że całkiem rozsądnie się bronił, mówiąc: „Jako człowiek mam prawo wiele rzeczy uważać za niemoralne, lecz nie powinno to mieć żadnego znaczenia, dopóki nie twierdzę, że są one także przestępstwem.”

Notabene, w „tolerancyjnej” Szwecji swego czasu skazano pewnego pastora za głoszenie podobnie „wywrotowego” poglądu we wnętrzu własnej świątyni…

 

Doświadczenie historyczne uczy mnie, że często ci, którzy najgłośniej wołają o „tolerancję” dla siebie, sami łatwo stają się skrajnie nietolerancyjni, kiedy tylko sytuacja im na to pozwala. Tak było niegdyś z chrześcijanami (sami prześladowani przez „pogan”, zaczęli rychło ich prześladować, kiedy karta się odwróciła) – i tak najwyraźniej jest z gejowskimi działaczami. Dowód? Niech mi ktoś pokaże choć jednego z nich, który by umiał ze zrozumieniem (a choćby tylko bez zacietrzewienia) podejść do poglądów tych, którzy się z nimi nie zgadzają.

 

Czytałam nawet o pewnej pani naukowiec, lesbijce, którą skazano na ostracyzm w „tęczowym” środowisku, ponieważ ośmieliła się opublikować raport na temat przemocy wśród par jednopłciowych – uznano ją za „ptaka, który kala własne gniazdo” – bo przecież „każdy światły człowiek wie” że w radosnych związkach partnerskich takie rzeczy się nie zdarzają…

A ja, biedna, wciąż nie wiem, czym się różni hasło „Módl się w domu po kryjomu!” od „Rób to w domu po kryjomu!” – a „Geje do obozu pracy!” od „Rzuć granat na tacę!” – bo na pewno nie jest to poziom nienawiści i nietolerancji…

Uwaga: Slogan „Zero tolerancji dla wrogów tolerancji!” nie wydaje mi się wiele mądrzejszy od niegdysiejszego o tym, że nie ma demokracji (oczywiście ludowej) dla jej wrogów…

 

To ja już wolę w tym względzie starą, dobrą Ewangelię, która mi nakazuje kochać nawet nieprzyjaciół – to jest dużo więcej, niż wymuszona „tolerancja” (inna sprawa, że jest także wielu ludzi religijnych – bo wierzącymi ich jednak nie nazwę – którzy zieją nienawiścią, nie tylko zresztą w „kwestii gejowskiej”… Za tych serdecznie przepraszam).

 

Oczywiście wszystko, co napisałam powyżej, odnosi się przede wszystkim do tzw. „aktywistów ruchu gejowskiego”, którzy moim zdaniem mają mniej więcej tyle wspólnego ze zwykłymi homoseksualistami, co radykalne feministki z problemami zwykłych kobiet.

Postscriptum: Jeden z naszych bohaterów, teolog, był łaskaw zauważyć, że „w historii Kościoła było wiele okresów, kiedy takie związki były sankcjonowane.” Byłabym bardzo wdzięczna, gdyby raczył także powiedzieć, o które konkretnie okresy mu chodzi – i jak wyglądało owo „sankcjonowanie”, ponieważ ja, jako historyk, jako żywo nie słyszałam o tym nigdy.

 

Dodał również, że i wśród duchownych (nawet biskupów) jest wiele osób o tej orientacji. Nie chciałabym nikogo urazić, ale nie wydaje mi się, aby akurat to był właściwy argument „za.” Kapłani dopuszczali się (i dopuszczają) także wielu rzeczy strasznych, np. pedofilii. I nikt rozsądny przecież nie twierdzi na tej podstawie, że należy je usankcjonować w Kościele… 

 

Zobacz też: „Co naprawdę myślę o…HOMOSEKSUALIZMIE?”

 

Zabawne i na czasie.;)

Z autentycznej ulotki reklamowej jednego z liceów:

„Opiece nauczycieli i wychowawców naszej Szkoły powierza swoje dzieci wielu sławnych ludzi – polityków, generałów, biskupów...”

Jest to dobry  przykład na to, że najlepsze dowcipy pisze czasem samo życie…

Czyżby sól zwilgotniała?

Ostatnio gruchnęła wieść, że – po raz pierwszy w historii – wyznawców islamu jest na Ziemi nieco więcej niż katolików, co wprawiło niektórych ateistów w euforię związaną z rzekomo już bliskim „końcem religii” w ogóle.

 

Jeśli o mnie chodzi, to nie zauważyłam, aby właściwie pojęta religia zaszkodziła komukolwiek – poza, być może, fanatycznymi zwolennikami niejakiego Dawkinsa (bo, niestety, ateizm też ma swoich fundamentalistów). Obawiam się, że (wbrew ich złudzeniom) świat bez religii wcale nie byłby rajem, przypominałby raczej piekło. Marksiści tak samo naiwnie wierzyli, że wystarczy tylko zlikwidować własność prywatną i zabrać bogatym, a już wszystko będzie „cacy…”

 

Wielokrotnie już tu pisałam, że różnica pomiędzy wiarą a fanatyzmem religijnym jest mniej więcej taka, jak między zdrowiem a chorobą – czego najwyraźniej Dawkins i jego wierni wyznawcy zupełnie nie zauważają.

 

A ten spadek „popularności” chrześcijaństwa na rzecz islamu mogę wytłumaczyć dwoma powodami:

  1. Kościoły, zwłaszcza protestanckie, chcąc być coraz „bliżej ludzi” coraz bardziej „rozmywają”  swoje nauczanie. Pisałam tu już kiedyś o pewnej pani pastor (ciekawostka, że takie zjawisko przebiega szybciej w tych Kościołach, które dopuściły kobiety do święceń…), która mówiła, że ludzie uczęszczający do jej kościoła nie muszą nawet wierzyć w Boga – no, to ja nie wiem, co oni w ogóle jeszcze „muszą”? Są to więc takie wspólnoty, które nie tyle prowadzą swoje „owieczki”, co posłusznie idą za nimi. We wszystkim. (Śluby gejowskie, rozwody, aborcja – co się komu podoba… ) Takie „przyjazne” chrześcijaństwo, zamiast być „znakiem sprzeciwu” wobec świata, staje się swoją własną karykaturą, wydmuszką, obrzędem bez treści. No, i na co komu taka religia, która już nawet nie próbuje podpowiadać człowiekowi JAK ŻYĆ?Skutkiem tego Kościoły protestanckie coraz bardziej upodabniają się do instytucji kulturalno-towarzysko-charytatywnych (będąc w Anglii sama się o tym  przekonałam); Kościół katolicki dręczą stare grzechy – chciwość pieniądza i seksafery – a przeciętnym Europejczykom słowo „duchowość” kojarzy się prędzej z religiami Wschodu niż z chrześcijaństwem… Coraz częściej też przechodzą na islam, który ma jasne zasady i proste odpowiedzi na wszystko.
  2.  Wyznawcy islamu (podobnie jak np. najbardziej konserwatywni spośród Żydów – chasydzi) zwykle mają bardzo dużo dzieci – podczas, gdy  „postchrześcijańska” Europa, wbrew alarmującym danym demograficznym, ciągle wierzy w ubiegłowieczny mit o  „przeludnieniu” i wymyśla wciąż nowe sposoby, żeby ich nie mieć.

 

Tym sposobem już za kilkadziesiąt lat wyznawcom Mahometa może się udać to, co nie udało się ich przodkom w VII-VIII w. n.e. – zajmą całą Europę. I to bez jednej kropli krwi…


Jezus miał rację, kiedy mówił, że „jeśli sól utraci swój smak, na nic się już nie przyda – chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi.” Zachodnie chrześcijaństwo, w dużej części, jest właśnie taką „zwietrzałą solą.”

 

Ale, z drugiej strony, chrześcijaństwo wcale nie musi być „w większości”, nie musi mieć władzy nad światem – doświadczenia historyczne uczą mnie, że to mu raczej szkodzi.

 

Innymi słowy: „soli” nie musi być dużo, żeby nadawała światu smak.

A kto wie, może w dawnych wiekach myśmy go po prostu trochę „przesolili”?