Z Marią Wiernikowską do Santiago de Compostela.

To miał być całkiem inny wpis.

Początkowo chciałam kupić dwie książki na temat Szlaku Świętego Jakuba (El Camino) – taką trochę bardziej „prawomyślną” i mniej – a potem zderzyć ze sobą te dwa różne punkty widzenia: osoby, która, jak sama o sobie mówi, „w kościele bywa tylko na ślubach i pogrzebach” – i kogoś głęboko wierzącego.

Z różnych jednak względów (także finansowych) kupiłam najpierw książkę Wiernikowskiej i… wsiąkłam bez reszty w opisywany przez nią świat, tak bujny i pełen sprzeczności, jak sama autorka. Przepyszna lektura!

Pamiętacie jeszcze Marię Wiernikowską?

Tak, tak, to ta sama nieustraszona reporterka, której sławę przyniosły obrazy z Polski, zalanej przez „powódź tysiąclecia” w roku 1997.

Potem jakoś zniknęła nam ze szklanego ekranu, a jak się okazało, była w tym czasie i w Czeczenii, i w Gruzji, i w jeszcze kilku innych, ciekawych miejscach (i o tym też obszernie wspomina w swoim dzienniku z pielgrzymki).

Pochłonęłam tę książkę dosłownie w kilka godzin, czekając na wizytę u dentysty (tak już mam, że kiedy się denerwuję, czytam:)) – na przemian wzruszona (jak wtedy, gdy Wiernikowska opisuje własną spowiedź u pewnego benedyktyna – sama miałam szczęście przeżyć wiele takich momentów) i zirytowana.

To miałam ochotę z całej duszy przyklasnąć znanej dziennikarce – jak wówczas, gdy pisze, że „nie ma ciąż niepożądanych, przynajmniej przez kobietę. Jeśli go kocham, będę chciała mieć jego dziecko. Jeśli on mnie kocha, będzie szczęśliwy, że chcę mu urodzić syna. To proste jak pasztetowa.” – to znów powiedzieć jej, że to wszystko nie tak.

Jak wtedy, gdy Wiernikowska utyskuje na mężczyzn, że nie są monogamiczni – i współczuje kobietom, które „jakoś się z tego otrzepują” – co nie przeszkadza jej jednak wcale przeżywać dłuższych lub krótszych romansów na trasie podróży.

Albo jak wtedy, gdy postuluje, by i Kościół włączył się w promowanie klubów swingersów dla par, co – rzekomo – miałoby wyleczyć kobiety z zazdrości, a mężczyzn – z niewierności (sic!).

Oczywiście, partnerzy pani Marii – o ile można sądzić z jej wspomnień – do szczególnie cnotliwych nie należeli, nie należy jednak wyciągać stąd wniosku, żeWSZYSCY mężczyźni są tacy.

Wszelkie generalizacje mają jedną wspólną cechę: z reguły są nieprawdziwe.

Poza tym nigdy nie wierzyłam w ideę homeopatii („niechaj podobne leczy podobne”) – tak więc nie sądzę również, by taka metoda „wybijania klina klinem” mogła rzeczywiście zadziałać uniwersalnie na wszystkie problemy damsko-męskie.

Tym bardziej, że właśnie przeżywam (który to już raz?:)) etap zakochania się w moim mężu, zadając kłam tym wszystkim, którzy twierdzą, że w miłości, a zwłaszcza w małżeństwie, droga może przebiegać nieuchronnie tylko w jedną stronę: od fascynacji do nienawiści, a w najlepszym razie – obojętności.

Dosłownie oszalałam na jego punkcie… :) ))

Poczytajcie sobie sami: Maria Wiernikowska, Oczy czarne, oczy niebieskie. Z drogi do Santiago de Compostela., Wyd. ZWIERCIADŁO, Warszawa 2013.

Jan Gać, El Camino czyli hiszpańskie wędrowanie, Wyd. BERNARDINUM, Pelplin 2013.

Kilka książek z mojej półki.

Jeśli zastanawiacie się czasami, co porabiam podczas dłuższych lub krótszych okresów nieobecności na blogu, to odpowiedź jest względnie prosta. Jeżeli akurat nie tłumaczę, nie zajmuję się dziećmi ani nie jestem w podróży, to z pewnością coś czytam.

I to nie tylko dlatego, żeby mieć potem o czym do Was pisać (choć i to jest ważne – wiadomo, że z pustego to i Salomon nie naleje!). Po prostu – czytam, bo lubię.

Od zawsze „wakacje” oznaczały dla mnie kocyk, książkę i zimne napoje (bezalkoholowe – jestem nieuleczalną abstynentką!).

Kiedyś nawet rzuciłam chłopaka, przekonawszy się, że w jego domu nie ma ani jednej książki. Naprawdę lubiłam tego faceta, ale trudno mi było wyobrazić sobie spędzenie reszty życia w takim otoczeniu.

A co czytam? Ano, jak zawsze – różne różności.

Na przykład wspomnienia Jenny Miscavige-Hill, bratanicy przywódcy scjentologów, o dorastaniu i życiu w tej organizacji (Ofiarowana. Moje życie w sekcie scjentologów, wyd. Znak 2013). Szczególnie wstrząsające są opisy z życia kilkuletniej dziewczynki na tzw. Ranczu, swego rodzaju szkole z internatem dla członków kadry scjentologicznej: „Powoli, za cenę naszej ciężkiej pracy, przekształcaliśmy Ranczo w piękne miejsce – ale właściwie dla kogo? Ktoś z zewnątrz mógłby pomyśleć, że to cudowne – coś w rodzaju niekończącego się letniego obozu. Ale my byliśmy zbyt zmęczeni, aby się tym cieszyć.”

Warto wiedzieć, że refleksja ta dotyczy czasu, gdy autorka, zmuszona do ciężkiej, fizycznej pracy wraz z innymi dziećmi (wbrew pozorom, wysoki status jej rodziny nie uchronił jej przed złym traktowaniem!) miała zaledwie 6 czy 7 lat!

„W niebie i na ziemi.” (wyd. ZNAK 2013) to, jak sam tytuł wskazuje, zapis rozmów dwójki serdecznych przyjaciół o tym, co „tam” i co „tutaj.” Znajdziemy więc tu przemyślenia na takie tematy, jak Bóg, fundamentalizm religijny czy śmierć, ale także na takie, jak feminizm, wychowanie i globalizacja. Niezwykła jest natomiast sama dwójka dyskutantów – to kard. Jorge Mario Bergoglio (obecny papież Franciszek) i naczelny rabin Argentyny – Abraham Skórka.

Książka ta byłaby godna polecenia, nawet gdyby zawierała tylko to jedno zdanie (wybrane przeze mnie zupełnie losowo!): „Jeśli ktoś okazuje zarozumiałość, jeśli zna wszystkie odpowiedzi na wszystkie pytania, to znaczy, że Bóg z nim nie jest.”(Bergoglio). A zapewniam, że stwierdzeń tego typu jest w niej znacznie więcej.

Kierując się „prywatą” przytoczę więc jeszcze jeden fragment wypowiedzi papieża, tym razem na temat, który zawsze interesuje mnie najbardziej: „Jeśli jakiś ksiądz przychodzi do mnie i mówi, że jakaś dziewczyna jest z nim w ciąży (…) uświadamiam mu, że prawo naturalne jest ponad jego prawem jako księdza. Zatem musi zostawić posługiwanie i zająć się swoim dzieckiem, nawet jeśliby nie chciał się żenić z tą kobietą. Bo tak, jak każde dziecko ma prawo mieć matkę, ma również prawo do twarzy ojca.” Piękne, prawda?

„Niebo dla akrobaty” (wyd. 1 listopada 2007, ZNAK), Jana Grzegorczyka, pisarza znanego przede wszystkim z przebojowego cyklu powieści o księdzu Groserze – to z kolei zbiór opowiadań, których akcja dzieje się… w hospicjum. Książka, która śmiało mogłaby stanowić reklamę dla akcji „HOSPICJUM TO TEŻ ŻYCIE!”, ukazuje perypetie zarówno pacjentów, jak i pracowników takiego ośrodka, którzy, choć na co dzień obcują z cierpieniem i śmiercią, to jednak sami przecież wcale nie są aniołami.

I tego samego autora, z mojego ulubionego cyklu „demaskującego” prywatne życie księży – „Jezus z Judenfeldu. Alpejska przygoda księdza Grosera.” (Zysk i S-ka, 2012). Książka ta pierwotnie miała stanowić jedno z dziesięciu opowiadań, które w zamyśle autora mają uwieńczyć cykl o „niepokornym” księdzu Wacławie („Adieu”, „Trufle”, „Cudze pole”). Wciąż czekam z utęsknieniem na ten z dawna zapowiadany tom. Tymczasem jednak jedno z nich rozrosło się w arcyciekawą powieść, w charakterystycznym, ciepłym, „grzegorczykowskim” stylu.

A temat, trzeba przyznać, tym razem też niełatwy – bowiem ksiądz Groser spotyka na swojej drodze „eksa”, który w poszukiwaniu nowego życia zmienił wyznanie i wyemigrował do cichego miasteczka w Austrii. A tam, już jako luterański proboszcz, będzie się musiał zmierzyć z wcale nieprostą przeszłością swoich parafian.

Polecam… i wracam do czytania – na ile obowiązki pozwolą!:)

A to właśnie skończyłam czytać wczoraj wieczorem. :) Wahałam się początkowo, czy Wam rekomendować tę powieść, której recenzję znalazłam gdzieś w „Gościu Niedzielnym” czy „Przewodniku Katolickim” (ponieważ obawiałam się, że sam ten fakt mógłby niektórych z Was odstraszyć od lektury:)) – ale potem doszłam do wniosku, że to całkiem niezła książka o zawiłościach ludzkiej psychiki i o włoskiej prowincji, której obraz daleki jest od sielankowych romansideł.

A chodzi w niej mianowicie o to, że 17-letnią Marię zaczynają nagle prześladować dziwne ataki, skutkiem czego duża część wioski uznaje ją za opętaną przez szatana, a pozostali – za zwyczajnie pomyloną. Odmiennego zdania są tylko miejscowy proboszcz i przybyły właśnie psychoterapeuta, który wiele lat temu wyjechał stąd w świat...

Biolog z filozofem w jednym stali domu…

A nawet na jednej półce bibliotecznej, bo…

Niezawodny prof. Jan Hartman, o ile nie pochyla się z troską nad losami „totalitarnego” Kościoła katolickiego, czasami zajmuje się także losami młodych matek, które jego zdaniem powinny by czytać mądre książki, coby nie być tak ciemne i ograniczone, jak rzekomo bywają.

Swoją drogą, jakże to łatwo dawać takie światłe rady, kiedy się samemu NIE MAniemowlęcia przy piersi.

Niemniej zdaję sobie sprawę z tego, że nie powinno to być dla mnie żadną wymówką: moja śp. Babcia przez całe życie czytała bardzo dużo, mając na głowie szóstkę pociech i gospodarstwo rolne na dodatek…

Aby więc zapobiec prorokowanej mi przez profesora nieuchronnej  zamianie mózgu w twarożek na słodko, czytałam sobie ostatnio (równolegle!) Benjamina Wikera,  chrześcijańskiego filozofa  – oraz biologa Jeana Testarta.

Wiker („Dziesięć książek, które zepsuły świat – oraz pięć innych, które temu dopomogły”, wyd. FRONDA 2012) wędrując przez historię idei, pokazuje te, które obecnie kształtują nasze myślenie o rzeczywistości, choć często nawet o tym nie wiemy.

O, np. utylitaryzm J.S. Milla, który uczy, że naczelnym celem człowieka powinno być unikanie cierpienia – co więcej, zawiera w sobie utopijną wiarę, że przy użyciu środków prawnych będzie można kiedyś to cierpienie jeśli już nie wyeliminować ze świata, to na pewno znacząco zmniejszyć jego ilość.

Powstałą na skutek tego etykę utylitarną, która dominuje w naszym współczesnym myśleniu, można by nazwać „etyką ułatwiania” (życia, a czasem również śmierci) lub „uszczęśliwiania” – w tym ujęciu dozwolone, a nawet pożądane staje się wszystko, co „uszczęśliwi” jednostkę, nawet tylko w jej własnym mniemaniu.

Dlaczego, pyta np. najbardziej znany utylitarysta Peter Singer, mielibyśmy ZMUSZAĆkobietę do posiadania dziecka, którego „nie zdążyła” (biedaczka!) pozbyć się przed narodzeniem? Czy nie lepiej byłoby zamiast tego UŁATWIĆ jej uśmiercenie niechcianego noworodka (co wszak jest i tak „procederem starym jak świat”)?

Albo weźmy założenie Thomasa Hobbesa, jakoby każdy człowiek Z NATURY „miał prawo” do wszystkiego, czegokolwiek zapragnie – nawet do ciała i życia innej osoby – a „Państwo” było od tego, by tak rozumiane „prawa-pragnienia” zabezpieczać i dbać jedynie o to, byśmy się przy tym wzajemnie nie pozagryzali.

Natomiast książka prof. Testarta, notabene NIE chrześcijanina, lecz raczej, jak sam o sobie mówi, zwolennika… maoizmu, pokazuje jeszcze inne praktyczne konsekwencje, wynikające z przyjęcia tych dwóch teorii za oczywiste.

In vitro, jak zauważa prof. Testart, stworzyło ludziom szereg MOŻLIWOŚCI, a wraz z nimi i PRAGNIEŃ, o których inaczej albo w ogóle byśmy nie pomyśleli, albo staralibyśmy się zaspokoić je w jakiś inny sposób, znany ludzkości od wieków.

W przeszłości pragnienia takie ulegały „sublimacji”, kierując się ku szczęściu posiadania dziecka adoptowanego (albo przynajmniej psa), albo zwracając się ku lekturom, podróżom, działalności społecznej, religijnej, artystycznej…

Nie należy jednak – pamiętając o szczęściu tych, których „nauka” obdarzyła upragnionym potomstwem – zapominać też o cierpieniu innych, o wiele liczniejszych par, które, doznawszy wcześniej nadziei, rozbudzonych przez nowe osiągnięcia medycyny, i wielu cierpień ducha i ciała, musiały pogodzić się z goryczą klęski.

Te jednak, śmiem twierdzić, nie znajdują się w centrum naszej uwagi, co więcej, sądzę, że profesor ma rację, gdy mówi, że „jest coś niemoralnego w statystycznym wyrażaniu „sukcesu.” (Jak to zazwyczaj czynią kliniki wspomaganego rozrodu)

A pośród tych nowych możliwości (które, gdy profesor pisał swoją „obrazoburczą” książkę, były jeszcze w dużej mierze kwestią przyszłości, a które dziś są już rzeczywistością) można wymienić banki komórek i zarodków, umożliwiające kobietom urodzenie dziecka w dowolnie wybranym przez nie momencie.

Ekstremalnym przykładem takiego podejścia jest owa 75-letnia Brytyjka, która domagała się (nie wiem, z jakim skutkiem) wszczepienia zarodka pochodzącego z obcych komórek, ponieważ „dopiero teraz poczuła, że mogłaby być dobrą matką.”

Mamy też już „dzieci-lekarstwa”, poczynane głównie, albo tylko jako „banki części zamiennych” dla chorego rodzeństwa, a również liczne dzieci, urodzone przez matki zastępcze, także własne biologiczne siostry (sic!) lub babki.

Temu Testart (stetryczały konserwatysta?;)) także sprzeciwia się dość stanowczo, pisząc: „Są przecież i tacy, którzy uważają, że nie ma nic zdrożnego w tym, że przyjaciółka podaruje swoją komórkę jajową, kuzyn plemnik, a babcia przyszłego dziecka użyczy swojej macicy (ostatnio stało się to nawet dosłownie, przez przeszczep – przyp. Alby), aby stworzyć jeden wspólny zarodek. Czemuż ci ludzie nie czynią tego raczej w swoim własnym kręgu, prywatnie, zamiast propagować takie postępowanie jako ogólnie przyjętą metodę?”- pyta raczej retorycznie. Wstrętny, wstrętny konserwatysta… :)

Dziecko może się także urodzić wiele lat po śmierci swoich rodziców, biorąc pod uwagę, że zahibernowane zarodki mogą – w odpowiednich warunkach – trwać w stanie zawieszenia życia przez czas prawie nieograniczony. To trochę tak, jakbyśmy dziś mogli poznać syna lub córkę Mieszka I.

W kolejce czekają już jednak kolejne projekty – np. wszczepianie ludzkich zarodków do macicy zwierząt lub tworzenie „sztucznych macic” (co niewątpliwieUŁATWIŁOBY nam obserwację rozwoju embrionu i dokonywanie na nim różnorodnych eksperymentów).

Teoretycznie już dzisiaj możliwe jest także programowanie płci oraz tworzenie użytecznych (m.in. w transplantologii) hybryd człowieka i zwierząt – dokonuje się tego na razie na poziomie zarodkowym. Niewątpliwie rozwiązałoby to palący problem braku „ludzkich części zamiennych”, a także, być może, po stworzeniu jakiejś formy „małpoludów”, pracy w warunkach zagrażających zdrowiu i życiu, a niedającej się wykonać przez automaty.

Coraz bardziej możliwe stają się również modyfikacje genetyczne zarodków, a przesuwanie „granicy człowieczeństwa” aż do momentu porodu, a nawet poza nią (Singer), niewątpliwie UŁATWIA rozwiązywanie wielu związanych z tym trudnych kwestii medycznych, etycznych i prawnych.

Inne możliwości, na razie jeszcze w sferze s.f. , to klonowanie człowieka czy urodzenie biologicznego dziecka dwóch kobiet – albo donoszenie ciąży przez mężczyznę (co zapewne spotkałoby się z entuzjastycznym przyjęciem części środowisk LGBT, którym  natura uparcie odmawia takiego „prawa”…)

O klonowaniu reprodukcyjnym zresztą profesor wyraził się błyskotliwie: „Każdy wie najlepiej, że siebie samego kocha się najbardziej, siebie pragnie się najbardziej. Jeśli więc dziecko jest tylko mieszaniną uczuciowości i narcyzmu, to naszym najgłębiej skrywanym pragnieniem jest miraż klonowania: kocham sam siebie i stwarzam sobie dziecko na swój obraz i podobieństwo. Teraz zrodzę się z mojej własnej krwi i będę żyć z miłości do siebie.” Brrrr...

 W roku 1986 prof. Jacques Testart, jeden z najznakomitszych francuskich uczonych, „współtwórca” Amandynki, pierwszego francuskiego „dziecka z próbówki”, zaproponował międzynarodowe moratorium w zakresie badań dotyczących inżynierii embrionalnej.

Ludzie, jak dotąd, zwykle robili WSZYSTKO, co tylko DAŁO SIĘ technicznie zrobić – zauważa profesor – Czy zatem postęp nauki, pyta, powinien polegać na tym, żeZAWSZE robi się to, co nauka aktualnie pozwala nam zrobić? A jeśli nie, to co właściwie ma stanowić granicę spełniania możliwości?

Niestety, obawiam się, że jest osamotniony w stawianiu tego typu problemów w świecie nauki, który coraz bardziej porzuca pytania w rodzaju: „po co?” i „dlaczego?” na rzecz innych: „jak?” i „w jaki sposób?”

(Choć niedawno zdarzyło mi się przeczytać we „Wproście” wywiad z profesor genetyki, Magdaleną Fikus, która miała odwagę wyrazić „gorszący” pogląd, że człowieka powinno się „robić” raczej w łóżku, niż w laboratorium. wypowiadając się również przeciwko klonowaniu reprodukcyjnemu – idzie nowe?:)). Fachowo nazywa się to „teleologią nauki.”

„Przyszedł czas zrobienia pauzy. – powiedział Testart  w jednym z wywiadów, uzasadniając swoją decyzję o rezygnacji z własnych, świetnie zapowiadających się badań – Uprzednio zapłodnienia in vitro miały swą ściśle określoną funkcję: było nią „danie dziecka” bezpłodnej matce. W przyszłości zaś – która już nadchodzi – będziemy próbowali wyprodukować dziecko o odpowiednich cechach, wedle określonej miary. Żądam prawa także dla logiki nieodkrywania, dla etyki niebadania… Ale – dodaje w innym miejscu – niechaj fanatycy sztucznej prokreacji uspokoją się. Badaczy jest wielu, a ja mam świadomość, że w moich poglądach jestem odosobniony.”

Zaiste, są to często poglądy szokujące w naszym politycznie poprawnym świecie. :)

„Przestańmy udawać – pisze np. profesor – że same w sobie badania naukowe są neutralne, że tylko ich ZASTOSOWANIA mogą być dobre lub złe.” Albo: „Ani antykoncepcja, ani in vitro nie są postępowaniem moralnie neutralnym. Już wcześniej – zauważa profesor – powszechne zastosowanie antykoncepcji oddzieliło pożycie płciowe od prokreacji, teraz zaś tę ostatnią można całkowicie wyeliminować ze sfery seksu dzięki in vitro.”

„In vitro przygotowuje nas do przejścia przez kolejne etapy: najpierw obawy, potem akceptacji, wreszcie żądań, aby zarodek poddawać coraz to nowym manipulacjom.”

I jeszcze: „Zgadzając się na udział w tym przedsięwzięciu, zdawałem sobie niejasno sprawę, że dziecka z próbówki nie można „próbować”, że dziecko to należy po prostu przyjąć.” (Ponieważ, jak trzeźwo zauważa w innym miejscu – „nie istnieje selekcja bez eliminacji.”)

Ciekawe, ilu z jego kolegów po fachu i następców myśli podobnie?

„Już niedługo, drodzy rodzice – ironizuje  – wasze małe będą wybierane jak w psiarni: kształt uszu, kolor sierści, długość łap – no, i oczywiście dobre zdrowie.”

„Nie należy się łudzić – dodaje – że lekarze będą mogli odmawiać takim prośbom. Cierpienie związane z posiadaniem dziecka np. niechcianej płci może być niekiedy porównywalne z bólem towarzyszącym nieposiadaniu dziecka w ogóle, co zapewne potwierdzą psychologowie. Zresztą, jak OBIEKTYWNIE zmierzyć rozmiary czyjegoś cierpienia?”

No, po prostu istny „moherowy beret”, chociaż ateista. ;)

Można sądzić – pisze dalej profesor – że u ludzi to raczej MIŁOŚĆ niż popęd seksualny jest przyczyną, dla której od początku świata rodzą się dzieci. Swoją drogą, jak na tak ścisły umysł, to niezły romantyk z tego profesora.:)

Oczywistym tego dowodem (także DLA MNIE) byliby i ci, którzy uciekają się przy tym do pomocy rurek, lancetów i płynów odżywczych.

Nadchodzi jednak czas radykalnego rozdzielenia dwóch postaw – kocham cię i nie dotykając Cię nawet daję Ci dziecko; pożądam Cię i „robię ci” dziecko, nie kochając Cię. (W erze „przed in vitro” tylko ta druga ewentualność była możliwa…).

Zwracając nieustannie uwagę na możliwość „odczłowieczenia” całej procedury (np. jeśli chodzi o pobieranie nasienia od mężczyzn) profesor zdaje się jednak wierzyć w zwycięstwo ludzkiej miłości nad „mechanistycznymi sztuczkami” naukowców.

Jak wtedy, gdy opisuje wzruszający przypadek pary, która odmówiła wejścia „do szafy” (specjalnego pomieszczenia) w celu oddania nasienia, zamiast tego żądając dla siebie oddzielnego pokoju. „Kiedy tam weszliśmy, by odebrać pojemnik, czekał odstawiony, a oni wciąż jeszcze trwali złączeni pocałunkiem, zmieniając techniczną konieczność w akt wzajemnej miłości i oddania.”

Z tego względu, pomimo rozlicznych wątpliwości co do obecnych i przyszłych zastosowań tej metody, profesor NIE JEST – co warto bardzo mocno podkreślić na koniec  – przeciwnikiem in vitro w jego najbardziej podstawowej, „małżeńskiej” wersji. Nie. On chciałby jedynie, by in vitro było używane tylko do tego, do czego zostało stworzone: do dawania szansy na rodzicielstwo rzeczywiście bezpłodnym parom.

W końcu temu poświęcił prawie całe swoje zawodowe życie.

„Czy należy się cieszyć z wprowadzenia in vitro na medyczny rynek? – zapytuje. – Odpowiedzią jest radość rodziców, którzy – po licznych próbach bezskutecznego leczenia – odkrywają, że są we troje, widząc zaokrąglający się brzuch. A „to trzecie” przestało już być własnością specjalistów – umknęło ze świata hormonów, lancetów, próbówek i sztucznych płynów, stając się już tylko ich dzieckiem.”

Nie jest również zwolennikiem poglądu o człowieczeństwie zarodka od momentu poczęcia – uważa, że zarodek „uczłowiecza się” dopiero w pierwszym kontakcie z inną ludzką istotą – z organizmem matki. Warto jednak zauważyć, że zanim powstało in vitro , coś takiego, jak „zarodek w stanie wolnym” w ogóle nie istniało.

A ostatnio o profesorze znów zrobiło się głośno, gdy podczas wielotysięcznych protestów obywateli we Francji opowiedział się stanowczo przeciw przyznaniu „prawa” do in vitro parom jednej płci (to zresztą akurat wydaje mi się dosyć logiczne – jeśli in vitro jest metodą LECZENIA, to co właściwie ma „leczyć” w przypadku osób homoseksualnych?)

Nie ma co – nietuzinkowa postać z tego profesorka!:)

POCZYTAJCIE SOBIE SAMI: Jacques Testart, Przejrzysta komórka, wyd. PIW 1990; Benjamin Wiker, Dziesięć książek, które zepsuły świat (oraz pięć innych, które temu dopomogły), wyd. FRONDA 2012.

Ta pierwsza pozycja, oprócz zasygnalizowanych już powyżej rozważań Autora na temat filozofii nauki, postępu i medycyny, zawiera też pasjonujący opis jego pionierskich badań nad in vitro we Francji. Szczerze polecam.