Biografia świętego – czy CZŁOWIEKA?

„Obywatele!(…) Państwo nie jest miejscem, gdzie prezentuje się jakiekolwiek idee! Na ścianach urzędów, szpitali i szkół nie wypisujemy swoich poglądów. Dlaczego więc wiszą tam krzyże? Dlaczego państwo nie zachowuje powściągliwości, bezstronności i sprawiedliwości w tym zakresie? Dlaczego nie traktuje wszystkich obywateli, wierzących i niewierzących, tak samo? Dlaczego zastrasza nas, ateistów, trupem wiszącym na krucyfiksie? Dlaczego straszy nim szkolną dziatwę? Apeluję zatem do wszystkich polityków, urzędników i lekarzy: zdejmijcie krzyże ze ścian.  I podkreślam, to nie jest atak na chrześcijaństwo, ale wezwanie, byśmy traktowali wszystkich równo i sprawiedliwie. Nie pozwólmy naśmiewać się z prawa!”

Nie, to nie jest kolejny cytat z bloga Armanda Ryfińskiego, ani innego działacza Ruchu Palikota – lecz fragment biografii bł. Bartolo (Bartolomeo) Longo (1841-1926), włoskiego adwokata, który w młodości był zawziętym antyklerykałem, następnie spirytystą, a wreszcie – „kapłanem” pewnej sekty satanistycznej.

(Co zresztą dowodzi, jak bardzo jałowym intelektualnie ruchem musi być wojujący antyklerykalizm – skoro przez ponad 100 lat zestaw argumentów nic a nic się nie zmienił…:))

Po nawróceniu na chrześcijaństwo natomiast został „apostołem różańca”, ogromnym wysiłkiem zbudował w Dolinie Pompejańskiej kościół, który obecnie jest uważany za „główne sanktuarium różańcowe na świecie” (i podlega bezpośrednio papieżowi) – oraz podejmował wiele dzieł charytatywnych i oświatowych wobec ubogich mieszkańców Doliny.

Trzeba przyznać, że postać to wcale intrygująca – niestety, nie można tego powiedzieć o jego wydanej po polsku biografii (hagiografii?) „Od kapłana szatana do apostoła różańca.” (Wyd. ROSEMARIA 2012).

Zacytowany fragment należy do najciekawszych – potem jest już tylko gorzej.

Opisy życia błogosławionego po jego nawróceniu są momentami wręcz nieznośnie sztampowe i cukierkowe – wydzielają tzw. przykry smrodek dydaktyczny.

Jak wówczas, gdy autor zapewnia, że Bartolo po swoim ślubie z pewną pobożną hrabiną – zawartym zresztą tylko z tej racji, by uniknąć plotek o ich gorącym romansie – żył (jakże by inaczej!) w przykładnym „białym małżeństwie” i to do tego stopnia, że ich łóżka rozdzielały kotary, a do swojej połowicy zwracał się oficjalnie per „hrabino.”

I mam szczerą nadzieję, że kiedy w 1980 roku Jan Paweł II dał Bartolo za wzór do naśladowania dla współczesnych wiernych świeckich, mimo wszystko nie miał na myśli akurat tego aspektu jego życia.

Obawiam się, że kogoś, kto by się zafascynował jego postacią i chciał za jego przykładem zwrócić się ku chrześcijaństwu, taki przykład „wzorowego życia małżeńskiego” mógłby raczej odstraszyć… :)

I tak sobie myślę, że święci i błogosławieni są często zbyt ciekawymi ludźmi, by im fundować tak kiepskie biografie…

A to jest bohater mojego posta we własnej osobie – prawda, że interesujący?:)

Dwaj słudzy Mesjasza.

Wielu z Was na pewno słyszało o ks. Romualdzie Jakubie Wekslerze-Waszkinelu (ur. w 1943 r.), niezwykłym kapłanie, ocalonym z getta żydowskim chłopcu, który po latach został księdzem, działał na rzecz polsko-żydowskiego pojednania i nosi krzyż wpisany w Gwiazdę Dawida…

Ja też wiele o nim słyszałam, więc z przyjemnością przeczytałam niedawno wydaną książkę Dariusza Rosiaka „Człowiek o twardym karku.” (Wyd. Czarne, Wołowiec 2013) – która przybliża tę niejednoznaczną postać.

Ale przyznam się, że dotąd nie wiedziałam, że jest jeszcze jeden chłopiec ocalały z Zagłady, który jest księdzem katolickim – znacznie mniej znany „szerszej publiczności” ks. prałat Grzegorz Pawłowski (Hersz Griner).

Z książką o nim, „Sługa Mesjasza”,(Wyd. Gaudium, Lublin 2011), także zetknęłam się dopiero niedawno.

Starszy o kilkanaście lat od Waszkinela (bo urodzony w 1931 roku), miał też całkiem inną drogę życiową.

Ot, na przykład: Weksler-Waszkinel został ocalony z getta na Litwie, dzięki porozumieniu pomiędzy dwoma kobietami – jego „matką żydowską” i „matką polską.”

Pawłowski (co było przez lata dla niego wyrzutem sumienia) – uciekł od rodziny, czekającej w Izbicy na śmierć, aby ocalić życie…

Młody Waszkinel wzrastał w kochającej (a nawet trochę nadopiekuńczej:)) polskiej rodzinie – Pawłowski zaś przez kilka lat tułał się z miejsca na miejsce, aż wreszcie wylądował w pewnym Domu Dziecka, prowadzonym przez siostry zakonne.

Podczas gdy ten pierwszy (ze względów bezpieczeństwa) nigdy nie był obrzezany i został ochrzczony przez swoją „polską matkę”, jak ją nazywa, już jako niemowlę, ten drugi przez pierwszych kilka lat życia wzrastał w kulturze i tradycji żydowskiej i przyjął chrzest, świadomie, dopiero w wieku 14 lat.

Nie musiał więc mozolnie odkrywać „tajemnicy” swego pochodzenia, jak od lat mozolnie czyni to ks. Romuald, który dowiedział się o swoim „żydostwie” już jako dorosły człowiek i kapłan.

I stale się chyba trochę „szarpie” z tą wiedzą – próbował np. żyć w Izraelu i w żydowskim kibucu religijnym i w katolickiej wspólnocie hebrajskiej – nigdzie nie czując się do końca „na miejscu” i „u siebie.”

Pawłowski, przeciwnie, dość dobrze zaaklimatyzował się w Ziemi Świętej, posługując z powodzeniem jako kapłan wśród Polaków i Żydów-chrześcijan.

Mam wrażenie – ale zastrzegam, że to tylko moje subiektywne odczucie! – że dla ks. Pawłowskiego jego „podwójna tożsamość” jest czymś bardziej naturalnym, niż dla ks. Wekslera-Waszkinela; nie jest więc czymś, o co trzeba nieustannie „walczyć” i sobie (oraz innym!) udowadniać. (Stąd też, chyba niesłusznie i niesprawiedliwie  Waszkinel zarzucał kiedyś Pawłowskiemu – który przez kilka lat pracował m.in. w Komisji Episkopatu d/s Dialogu z Judaizmem – że ten jest za bardzo kompromisowy, „za mało żydowski” – wątpię, czy istnieje gdzieś jakiś „wzorzec żydowskości” – tak samo, jak np. „polskości” – a jeśli nawet, to czy ktoś, kto dowiedział się o swoich korzeniach w wieku 35 lat, jest na pewno właściwą osobą, by taki wzorzec wskazywać komuś, kto nigdy z nimi nie zerwał?)

Tak więc, podczas gdy Romuald jest niezwykle wyczulony na wszelkie przejawy polskiego antysemityzmu, Grzegorz – choć podczas swojej wojennej wędrówki (która, jak sądzę, jest niemal gotowym materiałem na porywający film!) z pewnością spotkał wielu RÓŻNYCH Polaków, zawsze mówi o nich tylko dobrze.

Dla niektórych z tych, którzy go ratowali (a było ich w sumie naprawdę sporo!:)) wywalczył także tytuł Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Tytułu tego, co znamienne, początkowo odmówiono Piotrowi i Emilii Waszkinelom, polskim rodzicom ks. Romualda.

„Pańscy rodzice – tłumaczono mu – ratowali żydowskie dziecko, ale nie oddali żydowskiego dziecka. Pan jest księdzem!” 

„Co to ja jestem – paczka, żeby mnie przechowywać i oddawać?!” – irytował się Waszkinel.

I tutaj dochodzimy, pomimo tych wszystkich różnic, do punktów wspólnych w biografii obydwu księży.

Obydwaj przeżywają swoje kapłaństwo nie tyle jako „zerwanie” z tradycją żydowskich przodków – ile jako jej kontynuację i dopełnienie. Obydwóm ich matki (w pewnym sensie) przepowiedziały życiową drogę.

„Będziesz kiedyś żołnierzem Mesjasza!” – mówiła mama małemu Herszowi (później Grzegorzowi); „Pani jest chrześcijanką, wierzy pani w Jezusa. – mówiła Batia Weksler do Emilii Waszkinel – A przecież On też był Żydem. Tak więc przez wzgląd na tego Żyda, w którego pani wierzy, niech pani ratuje to żydowskie niemowlę! Zobaczy pani, on będzie księdzem, będzie nauczał ludzi…”

I, paradoksalnie, dla obydwu to ich przepowiedziane kapłaństwo jest źródłem problemów z państwem Izrael… Obydwaj bowiem nie mogą uzyskać obywatelstwa we własnym kraju, bywają odrzucani nawet przez najbliższych (ks. Pawłowski po latach odnalazł brata, który pozostał przy religii mojżeszowej).

Bo to jest tak: możesz być komunistą (nawet w najgorszym, stalinowskim wydaniu), ateistą a nawet prawosławnym Rosjaninem (jakich wielu napłynęło ostatnimi czasy do Izraela). Możesz W NIC nie wierzyć – a jednak nie przekreśla Cię to jako Żyda. Ale jeśli jesteś księdzem katolickim, sprawa jest prosta: nie jesteś Żydem…

Lektury nie tylko na czas konklawe…

Muszę przyznać z niejakim smutkiem, że dopiero abdykacja Benedykta XVI uświadomiła mi, jak mało w rzeczywistości wiedziałam o tym skrytym człowieku, który przez osiem lat był papieżem. Jak mało o nim wiedzieliśmy wszyscy.

Może to z racji dość hermetycznego języka, jakim się posługiwał ten teolog (jeden z twórców Soboru Watykańskiego II, notabene, obok Hansa Künga, który z kolei do dziś egzystuje, zapomniany i zgorzkniały, gdzieś na obrzeżach Kościoła), którego media chyba zbyt pochopnie ochrzciły „pancernym kardynałem”, a który swój krótki pontyfikat rozpoczął nie – jak się spodziewano – od rzucania gromów, lecz od wzruszającego przypomnienia, że Bóg jest miłością.

Wszystko to na nic – w opinii mediów ten papież miał być kojarzony (jak i cały Kościół) z „aferami pedofilskimi” – i TYLKO z tym.

Wiedzieliście na przykład, że i ten papież odbył – podobnie, jak jego poprzednik – pielgrzymkę do Izraela? Ja nie wiedziałam…

Postanowiłam zatem wykorzystać (krótki!) czas konklawe na to, by sięgnąć do swojej przepastnej biblioteki (niestety, ciekawych książek mam o wiele więcej, niż czasu na ich czytanie…) i trochę lepiej poznać papieża seniora.

„Atak na Ratzingera.” Andrei Torniellego i Paola Rodari to dziennikarski przegląd wszystkich medialnych „wpadek” Benedykta XVI z pierwszych pięciu lat pontyfikatu, wraz z analizą ich przebiegu i źródeł. W świetle ostatnich wydarzeń wstrząsające jest już pierwsze zdanie: „Dwa-trzy lata, powiedział w rozmowie ze mną pewien kardynał, wytrwa dwa, trzy lata.” Wytrzymał aż osiem…

Aldo Maria Valli, autor książki „Ratzinger na celowniku”, analizuje z kolei głębsze przyczyny tych ataków na papieża (ataków, których, dodajmy, z taką mocą i brutalnością nie doświadczył żaden z jego bezpośrednich poprzedników: niekiedy miałam wręcz wrażenie, że im bardziej ten papież kaja się i przeprasza, tym bardziej jest atakowany. Poprzednicy na ogół nie przepraszali…). I upatruje ich m.in. w głębokich (także w łonie samego Kościoła!) różnicach w poglądach na takie kwestie, jak AIDS, stosunek do islamu, ekumenizm  czy miejsce chrześcijan w społeczeństwie.

A na koniec coś lżejszego – książka  Paola Mosci „Szewc papieża i inne opowiadania.” ukazuje nam życie za Spiżową Bramą od innej, bardziej codziennej strony, z perspektywy ludzi, którzy dobrowolnie wybrali Watykan jako miejsce życia i pracy – krawców, szewców, kierowców, piekarzy… A nawet – właścicielki sklepu zoologicznego! Można się z niej np. dowiedzieć, dlaczego poprzedni papież miał na początku swego pontyfikatu za krótką sutannę oraz… jaką pizzę lubi kardynał Ratzinger. Niektóre z tych relacji  mogą się nam wprawdzie wydawać trochę zbyt emocjonalne (gdy np. ktoś mówi o Watykanie jako o „przedsionku nieba”:)), ale może to też kwestia odmiennego od naszego, włoskiego temperamentu. Mimo wszystko – fascynujące! (Można by pomyśleć, że państewko kościelne zamieszkuje bardzo wielu różnego typu pasjonatów.)

Postscriptum: Nie wiem, czy wiecie, ale we Włoszech funkcjonuje powiedzenie, że coś jest „niemożliwe, jak spotkanie dwóch papieży.” :) No, cóż – zdaje się, że na na naszych oczach właśnie to, co było niemożliwe, nagle stało się możliwe. Ciekawe, jaka stąd nadzieja dla kogoś takiego, jak ja?

A wiecie, jak się nazywa mewa srebrzysta po łacinie? Larus ARGENTATUS!:) To musiał być jakiś znak!:)