Smutek Sokratesa…

W związku z niedawnym jeszcze Dniem Nauczyciela naszła mnie taka oto refleksja (nawet mnie się to czasem zdarza;)) – że nauczyciele, a szerzej – niemal wszyscy współcześni „intelektualiści” („okularnicy” , jak ich trafnie nazywała Agnieszka Osiecka:)) należą do ludzi, którzy najczęściej czują się niedoceniani i nieszczęśliwi. Itepe. Itede. 🙂 Jak sądzicie, z czego wynika ta dość powszechna frustracja?

Przyznam się Wam, że szczerze NIE ZNOSZĘ filmu Marka Koterskiego „Dzień świra.” Główny bohater, choć z racji wykształcenia uważa się za kogoś lepszego od swoich sąsiadów, w rzeczywistości jest tak samo chamski i miałki, jak oni…

A przecież nawet w najtrudniejszej sytuacji zawsze można mieć tę podnoszącą na duchu świadomość własnej wyższości intelektualnej nad otaczającym nas „tłumem.”:) (Choć z drugiej strony pamiętam też, jak nieopisanie mnie irytował kolega, który jeszcze nie skończył doktoratu, a już nie mówił o sobie inaczej jak „my, naukowcy.” O wszystkich innych zaś wyrażał się per: „ten ciemny lud.”:) Prawdziwy mędrzec jest pokorny wobec swojej wiedzy.)

Jako osoba, która przez wiele, wiele miesięcy po ukończeniu studiów pozostawała bez pracy – nadal z uporem twierdzę, że osobista satysfakcja z własnej wiedzy i wewnętrznej wartości może pomóc człowiekowi przetrwać nawet najcięższe chwile. MNIE w każdym razie pomogła. No, przynajmniej trochę – reszty dokonali prawdziwi przyjaciele.

To ostatecznie oznacza powiedzenie, które wbijamy do głowy naszym dzieciom: „uczysz się DLA SIEBIE, nie dla innych!” A zdaje się, że od zawsze było aktualne to stwierdzenie z Biblii: „To nie mędrcom chleb się dostaje w udziale, ani rozumnym bogactwo – i nie waleczni w walce zwyciężają…”

  

„Psychologia chrześcijańska”? A czemuż by nie?:)

To jest ten tekst, który miał ukazać się wczoraj… Ale że też ja zawsze muszę wsadzać kij w mrowisko… Przecież zaraz znowu ktoś mnie zmiażdży i przygwoździ – dla własnej przyjemności… 🙂

Dawno temu, w jakiejś dyskusji (nie wiem, czy nawet nie na tym blogu:)) padło zdanie: „Nie może istnieć chrześcijańska psychologia, podobnie, jak nie ma na przykład chrześcijańskiej biologii czy matematyki!”

I wydaje mi się, że jest w tym pewien błąd, wynikający z niezrozumienia, że psychologia nie jest (jak tamte dziedziny) nauką ścisłą, lecz humanistyczną – zajmującą się CZŁOWIEKIEM. A skoro tak, to zasadne może okazać się stwierdzenie, z jakiego filozoficznego punktu widzenia patrzymy na obiekt naszych badań. Tym bardziej, że mówimy przecież o chrześcijańskiej antropologii czy etyce. Nie zgadzam się wprawdzie z traktowaniem „chrześcijańskiej psychologii” jako li tylko „zamiatania drogi do Kościoła” (podobnie jak filozofia NIE JEST jedynie ancilla theologiae, służką teologii:)). Niemniej wydaje mi się (choć od razu zastrzegam – nie umiem tego „udowodnić”:)) że także ludzie wyznający zupełnie odmienny światopogląd mogą odnieść korzyści ze spotkania z terapeutą, mającym specyficznie „chrześcijańskie” spojrzenie na ludzką psychikę.

Ale trzeba sobie powiedzieć jasno, że uprzedzenia są stale obecne po obydwu stronach.

Freud uważał religię za rodzaj „protezy”, którą człowiek podpiera się w walce z własną bezradnością – i ta jego teza zapoczątkowała trwającą po dziś dzień „cichą wojnę” pomiędzy psychologią a religią.  Niektórzy psychologowie nadal uważają religię za coś, co może jedynie ograniczać ludzki potencjał – a niektórzy wierzący z kolei uważają psychologię za rodzaj nowego, świeckiego „kultu”.

„Kiedyś – wspomina Mark W. Baker, amerykański psychoterapeuta i autor świetnej książki, przedstawiającej nauki Jezusa w perspektywie najnowszych odkryć psychologicznych – po odbyciu trudnej dyskusji na temat chrześcijaństwa z grupą psychoanalityków, podzieliłem się z przyjacielem (również psychoanalitykiem) swoim rozczarowaniem dotyczącym ich pełnego uprzedzeń stosunku do osób wierzących. Wyjaśnił mi swoją opinię w sposób następujący: 'Dobrze znam tych ludzi i nie sądzę, by spotkali chociaż jednego terapeutę, który byłby inteligentny i jednocześnie był chrześcijaninem!'”*

I właśnie tacy ludzie, wykluczający zupełnie zagadnienia religijne ze swego życia zawodowego, mogą być równie winni wzajemnej nieufności, jak wierzący, którzy nie dopuszczają w ogóle psychologii na obszar swego życia duchowego…

Na szczęście Freud nie powiedział ostatniego słowa ani w kwestii psychologii ani religii. Liczni badacze, którzy zajmują się jego naukową spuścizną, coraz częściej dociekają też przyczyn jego uprzedzeń wobec religii, które polska psychiatra, Elżbieta Sujak, określa wprost jako „promieniowanie osobistej nerwicy na jego myślenie.”

Inaczej Baker, który po wielu latach studiowania zarówno psychologii jak i teologii doszedł do wniosku, że Jezus prawie cały czas nie mówił o niczym innym, jak o uzdrawianiu naszych związków z bliźnimi (z samymi sobą i z Bogiem). Można nawet powiedzieć – stwierdza – że zbawienie to odnowienie więzi. I na tym założeniu oparł całą swoją szkołę terapii relacji – całkowicie otwartą na ludzi wszelkich przekonań. 🙂

„Z punktu widzenia Jezusa – pisze amerykański autor – religia istnieje po to, by ułatwić nam odnalezienie sensu życia i nawiązywanie więzi. Rytuały (zresztą nie tylko religijne!-Alba) mogą pomagać nam w życiu, jeżeli stosujemy je tak, jak Jezus stosował je w religii: aby pomóc nam pamiętać o miłości. Ale rytuały, stosowane same dla siebie, mogą pozbawić nas miłości. Jezus i Freud zgadzali się co do tego, że sztywność religijna prowadzi do duchowej i emocjonalnej śmierci. Niestety, Freud nigdy nie zrozumiał, że religia może niekiedy również ocalić życie.”**

Czasami psychologowie i psychoterapeuci jak relikwie pielęgnują własne uprzedzenia wobec religii (ze szczególnym uwzględnieniem chrześcijaństwa:)). Często też duchowni mają elementarne braki w wiedzy psychologicznej. Tymczasem psycholog, który jest zbyt zapatrzony w swoje teorie, by uznać wkład religii w zrozumienie człowieka, grzeszy pychą – podobnie zresztą,  jak człowiek głęboko religijny, który jest za bardzo przekonany o własnej „prawości”, by uznać wkład psychologii w poznanie tajników ludzkiego umysłu…

Jestem naprawdę przekonana, że kapłan i psycholog nie muszą być nawzajem dla siebie wrogami. I choć nie zawsze mogą (a niekiedy nawet nie powinni!  FATALNIE byłoby na przykład, gdyby taki psycholog zamiast mieć na uwadze dobro pacjenta, próbował go nachalnie „nawracać” – a słyszałam, niestety, o takich przypadkach. Od chrześcijanina należałoby wymagać raczej, by nauczył się patrzeć na wszystkich ludzi tak, jak patrzył na nich Jezus: z głębokim zrozumieniem i miłością…) wzajemnie się zastępować – bo każdy z nich powinien znać granice własnych kompetencji – to jednak mogą doskonale się uzupełniać w różnych sytuacjach. Jestem głęboko przekonana, że tak jak nowoczesna psychologia nie daje nam pełnego opisu życia wewnętrznego człowieka, tak też nie wszystkie problemy psychiczne da się rozwiązać jedynie na gruncie religijnym czy sakramentalnym. Podobnie, jak niektórzy egzorcyści, którzy od lat owocnie współpracują z psychologami i psychiatrami…

 

Z kolei u dr Elżbiety Sujak  znalazłam ciekawe refleksje z czasów, gdy (na prośbę przełożonych) „hurtowo” badała psychiatrycznie kandydatów do kapłaństwa i zakonu. Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkie patologie da się wykryć od razu „na wejściu” – ale i tak uważam, że takie testy powinny stać się standardem przy przyjmowaniu do seminarium lub nowicjatu.  Przecież wiadomo, że jeden zły ksiądz może zrobić co najmniej tyle samo złego, co zły lekarz. Może dzięki temu przynajmniej niektórych z tych tragedii dałoby się uniknąć?

Bibliografia i przypisy:

Jestem od zamiatania drogi do Kościoła. Z Elżbietą Sujak rozmawia Cezary Sękalski. Wyd. Serafin, Kraków 2009.

* Mark W. Baker, Jezus – największy terapeuta wszech czasów. Psychologiczne przesłanie Ewangelii, Wyd. Czarna Owca, Warszawa 2010, s. 12.
** Tamże, s. 148-149.

Czytelnicy bardziej zainteresowani tematem mogą również zajrzeć na stronę Stowarzyszenia Psychologów Chrześcijańskich: http://spch.pl

Jak bumerang: prawo, prawda, sumienie.

Przepraszam tych z Was, którym zaczynam się wydawać nieco monotematyczna, ale co najmniej od czasów pracy maturalnej, którą pisałam m.in. o rozterkach Antygony, problem „prawo a sumienie” nieustannie, że tak powiem, zapładnia mój umysł.

Ostatnio znowu „podniecił” mnie w tym względzie mój były spowiednik, Tadeusz Bartoś, publikując w dodatku „Europa” do Newsweeka (nr 8/2010) artykuł z jakże modną ostatnio tezą, że „religia powinna być sprawą prywatną” – a to dlatego, że (jak twierdzi mój dawny przyjaciel i mentor) także Jezus zwracał się ze swoim przesłaniem jedynie do jednostek, a nie do społeczeństw.
Ta skrajnie indywidualistyczna wizja „religijności” (muszę przyznać, że kiedy to przeczytałam, wyobraźnia podsunęła mi plastyczny obraz „duszyczek” zmierzających ku Światłu, każda we własnej, szczelnie zamkniętej i odizolowanej od innych „bańce mydlanej”. A więc jednak rację miał Różewicz – i „będziemy zbawieni pojedynczo”?:)), pomijając fakt, że kłóci się z moim rozumieniem „wiary” jako osobistego przekonania, zaś „religii” jako zbioru aktów, mimo wszystko, społecznych,
podaje także w wątpliwość wiele przekonań, w moim odczuciu, zupełnie fundamentalnych dla chrześcijaństwa. Bo jak w takim razie rozumieć stwierdzenia Jezusa typu: „Ja jestem prawdą, drogą i życiem”? (J 14, 6). Zauważmy, że Jezus nie stawia, jak Piłat i greccy filozofowie, pytania o to, „czym jest prawda” – On, zdaje się, bezczelnie udziela na nie odpowiedzi…
A jeśli, jak twierdzi Bartoś, w dzisiejszych czasach nastąpił już „koniec prawdy absolutnej” to czy takie stwierdzenie nie jest jedynie uroszczeniem chorego umysłu? W takim ujęciu nauka, którą przynosi Jezus (Budda czy Mahomet) nie jest ani na jotę więcej warta, niż „prawda” jaką ma do przekazania facet spod budki z piwem – w obu przypadkach mamy do czynienia jedynie z „prawdą jednostkową”, czysto subiektywną.
I co wtedy począć z tym „nieszczęsnym” nakazem „nauczania wszystkich narodów” (Mt 28,19)? Jakim prawem i w imię czego chrześcijanie mieliby sądzić, że prawda ich Mistrza (z tak wyraźną tendencją do megalomanii, jak widać…) jest bardziej godna polecenia, niż jakakolwiek inna z miliona „prawd” dostępnych na tym świecie?
W opowiadaniu Tomasza Terlikowskiego pt. „Operacja Chusta”, publikowanym w odcinkach na jego blogu na Fronda.pl, jest taka czarna (jak to zwykle u niego – swoją drogą, jak na chrześcijanina, to straszny z niego pesymista:)) wizja niedalekiej przyszłości w zupełnie już zdechrystianizowanej Europie, kiedy to pewien ateista postanawia przyłączyć się do chrześcijan.
Ksiądz, czy też pastor, przyjął go niechętnie i zaczął przekonywać: „A po co to panu? Przecież jako niewierzący też może pan być dobrym i szlachetnym człowiekiem!” No, właśnie – po co miał reklamować innym coś, w czym sam już od dawna nie widział nic szczególnego? No, cóż – ten przynajmniej był uczciwy…:)
Ale mój dawny duszpasterz jednocześnie zdaje się przyznawać prawu państwowemu wyraźny prymat nad prawem religijnym (z dość niefortunnym, moim zdaniem przykładem, że państwo powinno sprawdzić, czy prawo kanoniczne aby „nie łamie podstawowych praw człowieka” z tej racji, że na przykład księdzu nie pozwala się na „swobodną zmianę zawodu.” Przyznam, że wciąż mnie trochę razi traktowanie kapłaństwa li tylko jako „fachu” takiego samego, jak inne – nawet, jeśli to robi były już duchowny. Ale czyżby to oznaczało, że Kościół, w ramach swojej autonomii, nie ma prawa ustalić dla kandydatów na swoich „pracowników” dowolnych warunków?:)) – a nawet (chyba że go źle zrozumiałam) ponad prawem moralnym.
Jest jednak prawdą, że w praktyce nie da się „zostawić za progiem domu” swoich prywatnych przekonań – a inaczej mówiąc, oddzielić w nas grubą linią tego, co „publiczne” od tego, co „tylko prywatne.” (Dobrze to zapewne rozumieją nasi polscy homoseksualiści, kiedy walczą np. o – równorzędne z  „heterykami”- prawo do posiadania zdjęcia swego partnera na służbowym biurku. Jeżeli nasza seksualność – podobnie jak nasza religijność – jest „sprawą prywatną” – nie zaś dotykającą relacji społecznych! – to po co to robią?:)). A mówiąc ściśle, chyba nie da się dokonać takiego zabiegu, nie popadając w hipokryzję.
Jestem całym sercem za ograniczeniem udziału „Kościoła” (aczkolwiek niekoniecznie wszystkich jego członków:)) w polityce – niemniej, jak ktoś kiedyś powiedział, w dzisiejszych czasach „wszystko jest sprawą polityczną.” I czy np. mówić (głośno i publicznie) że zgodnie z moim najgłębszym przekonaniem coś tam jest „złe” i nie mogę się na to zgodzić, to już jest ta „nieuprawniona ingerencja w politykę”, czy jeszcze nie?
Czy naprawdę zainteresowania „Kościoła” (którym są przecież wszyscy wierzący!) powinny się ograniczyć do roztrząsania jakże istotnej kwestii, ile aniołów zmieści się na czubku szpilki – we wszystkich zaś pozostałych sprawach chrześcijanie powinni być (tak, jak i wszyscy inni) bezwzględnie posłuszni prawu państwowemu, niezależnie od tego, czy uznają je za słuszne, czy też nie? „Dura lex-sed lex”?
Przyznaję, że w teorii brzmi to nawet kusząco – zagłębić się w metafizycznych dociekaniach, dotyczących zbawienia duszy SWOJEJ (bo niczyja inna, zgodnie z tym, co powiedziano wyżej, nie powinna mnie nawet obchodzić:)), a cały otaczający świat mieć w…dużym poważaniu.
I to prawda, że Jezus powiedział także: „Królestwo moje nie jest z tego świata” – i że wszelkie próby zbudowania „Królestwa Bożego na ziemi” zazwyczaj kończyły się raczej piekłem…
Rzeczywistość wszakże – jak to zwykle ona – skrzeczy. Jeśli bowiem to prawda, że zasada „religia musi być sprawą wyłącznie prywatną” jest jedynie godna, słuszna i zbawienna, to można dojść do wniosku, że pierwsi chrześcijanie byli nie tylko „wariatami” którzy zginęli zupełnie niepotrzebnie (bo przecież tolerancyjne Imperium Rzymskie nikomu nie zabraniało czcić – „w zaciszu swojej izdebki” – jakich chciał bogów, albo też nie czcić żadnego, wedle uznania). Gorzej. Oni byli buntownikami przeciw państwu, anarchistami. Nikt im przecież nie kazał wyrzekać się swojej „wiary” – oczekiwano od nich jedynie zwykłego respektu dla PRAWA PAŃSTWOWEGO – które to nakazywało od czasu do czasu wszystkim obywatelom wykonać pewne czynności (nikt przecież nie wymagał od nikogo, aby to czynił z wewnętrznego przekonania!). Żeby nie być niesprawiedliwą (choć, co prawda, taka jednostronność przystoi „ciemnocie”, którą podobno jestem:)) – podobnym restrykcjom ze strony prawa stanowionego przez chrześcijan podlegali potem „niewierzący.”
(Nawiasem mówiąc, „rozdział Kościoła od państwa” – choć w dawnych „państwach chrześcijańskich” rzadko był przestrzegany – można uznać również za „wynalazek” Ewangelii:„Oddajcie Bogu, co boskie, a cesarzowi – co cesarskie.” (Łk 20,25) – to tak gwoli przypomnienia dla tych, którzy uważają że jest to wynalazek ze wszech miar szatański. 🙂 Cywilizacje starożytne, włącznie z islamską – nie znały rozdziału „tronu” i „ołtarza.” Inaczej mówiąc – tak, jak dla nas dziś wszystko może być sprawą „polityczną” – tak też w owych czasach wszystko było sprawą „religijną.” W pewnym sensie dokonaliśmy więc zwrotu o 180 stopni…)
Podobnie tym, którzy w przeszłości odmawiali służby wojskowej czy wzięcia udziału w usankcjonowanym prawem ludobójstwie, włos by na pewno nie spadł z głowy, gdyby swoje prywatne przekonania przezornie zachowali dla siebie, grzecznie egzekwując prawo – i nic oprócz prawa.
I wychodzi na to, że ci pracownicy charytatywni, których talibski sąd skazał na śmierć za zbrodnię (domniemanego) posiadania Biblii – też byli sami sobie winni. Po co czynili to, czego „nie wolno” zgodnie z prawem tamtego kraju?
A co mi tam… Jestem chrześcijanką – anarchizm i bunt mam we krwi…:) I myślę, że każdym sporze pomiędzy „Antygoną” a „Kreonem” będę bronić prawa jednostki do wyrażenia sprzeciwu sumienia… Nawet, uspokajam nie podzielających mych przekonań Czytelników, gdyby to Kreon był katolikiem, a Antygona – ateistką… 🙂 Ale, z drugiej strony… (dla mnie, jak dla Tewjego Mleczarza, zawsze istnieje jakaś „druga strona”:)) czy nie jest to, przynajmniej w niektórych przypadkach, popieranie BEZPRAWIA przeciw PRAWU? Dalej nie wiem…