Mieszkańcy cienistej doliny…

W ostatnich dniach przeżyłam niezwykle silny atak kolki nerkowej (niektórzy oceniają towarzyszące temu bóle jako silniejsze od porodowych), spędziłam cały dzień pod kroplówką z powodu poważnego odwodnienia (które, być może, miało jakiś związek z faktem, że ostatnimi czasy dość intensywnie się odchudzam…) i wijąc się z bólu błagałam P. tylko o jedno: o to, by mnie rozgrzeszył. Co też w końcu uczynił, chcąc zapewne w jakiś sposób ulżyć mi w cierpieniu.

I przez chwilę było mi tak, jakby nad moją skołataną głową „otwarło się niebo” i przez chmury przebiło się Słońce… „ …i mieszkańcom cienistej krainy światło wzeszło…” :)<por. Mt 4, 16>.

I nawet, jeśli specjaliści od prawa kanonicznego uznaliby ów sakrament, który wspólnie sprawowaliśmy, ostatecznie za nieważny (bo przecież nie miałam tyle „szczęścia” i nie umarłam zaraz potem…) , to i tak uważam, że było warto.

Bo nawet „żona księdza” ma prawo do odrobiny pocieszenia… 🙂

Bienvenue dans ma réalité!

Pewna Czytelniczka (która, broń Boże, „nie ma nic przeciwko mnie”;)) napisała mi tu niedawno, że „muszę być w centrum uwagi, inaczej usycham.”

Jak widać, nie umarłam.:)  Żyję i walczę o przetrwanie w świecie odległym od tej wirtualnej rzeczywistości o całe lata świetlne.

Jestem obecnie (mam nadzieję, że tylko chwilowo) „jedyną żywicielką rodziny” – bo, jak wiadomo, mamy kryzys i nikt jakoś nie potrzebuje rozlicznych talentów mojego ukochanego Męża (ale być może i to jest nieodłączną częścią szczęścia posiadania go…) – i często mówię, że tłumaczka ma sporo wspólnego z prostytutką: obydwie muszą liczyć na klientów… 🙁

A propos: ostatnio odezwał się do mnie jeden z moich, powiedzmy, dawnych internetowych znajomych, z propozycją tzw. „bezinteresownej pomocy.”

I…nie odmówiłam, choć mam poważne i uzasadnione wątpliwości, czy dla tego akurat człowieka słowo „bezinteresowność” oznacza to samo, co dla mnie.

Wiem, że sama mogę się obejść bez wielu przedmiotów (mimo że mój „książkowy nałóg” wręcz boleśnie domaga się zaspokojenia – i mam tylko nadzieję, że to nienasycone pragnienie posiadania zawsze „jeszcze tylko kilku” książek nigdy nie popchnie mnie do robienia rzeczy, których potem musiałabym się wstydzić…:( ) – jednak tam, gdzie chodzi o potrzeby mojego synka, nie potrafię już być taka zasadnicza. Mam tylko nadzieję, że nie przyjdzie mi za tę nieoczekiwaną pomoc zapłacić samą sobą. 🙁 Ot, życie.

 

W Noc Szczęśliwego Rozwiązania…

  

Pomódlmy się w Noc Betlejemską,
w Noc Szczęśliwego Rozwiązania,
by wszystko się nam rozplątało,
węzły, konflikty, powikłania.

By anioł podarł każdy dramat
aż do rozdziału ostatniego,
kładąc na serce pogmatwane,
jak na osiołka - kompres śniegu.

Aby wątpiący się rozpłakał
na cud czekając w swej kolejce,
a Matka Boska - cichych, ufnych -
jak ciepły pled wzięła na ręce.

ks. Jan Twardowski

A tutaj znajdziecie fragment filmu „Jezus z Nazaretu” w reżyserii Zefirellego (1977), który jest uznawany przez wielu krytyków za najlepszy w tym gatunku – w prezencie od chwiejnej w wierze niczym słomka na wietrze autorki tego bloga. 🙂 A jednak… Niech On nas wszystkich napełni pokojem. Dobrych Świąt!