Miłość, miłość, miłość…

Ks. Twardowski kiedyś napisał, że

ten którego kochają
zostanie zbawiony
choć kocha się dlatego
że się nie rozumie…
A wtóruje mu Tomasz Terlikowski, powtarzając za jednym ze swoich wykładowców, prof. Mieczysławem Gogaczem: „Kto był kochany przynajmniej przez jedną osobę, na pewno będzie zbawiony. Bóg nie może bowiem nie zbawić tego, kto kochał, a jeśli go zbawi, to na pewno nie pozbawi go tego, kogo ukochał…” (cyt. za: T. Terlikowski, Kościół (dla) zagubionych, Wydawnictwo M, Kraków 2007, s. 114). I nie ukrywam, że taka wizja jest bardzo bliska również mojemu rozumieniu miłości (do) Boga.
 
I w ten oto sposób płynnie doszłam do konkluzji, że ta ostatnio tak bardzo zdewaluowana „miłość” niejedno ma imię… A o tym „innym” jej obliczu, które (na szczęście!) także dane mi było w życiu poznać, w niezwykły sposób mówi ten piękny tekst, który odkryłam całkiem niedawno:
No, proszę – a już myślałam, że niewiele jest rzeczy, które są w stanie jeszcze mnie poruszyć…


Nagość i okolice.

Niedawno z pewnym zdziwieniem odkryłam, że wieczorami na uważanej niegdyś za „katolicką” stacji TV PULSmożna oglądać także programy bynajmniej nie modlitewne – a dokładniej, produkcję zrealizowaną w konwencji „ukrytej kamery” w której nagość ponętnych modelek jest pretekstem do aranżowania zabawnych (mniej lub bardziej) sytuacji.

Ale zaraz pomyślałam: „A właściwie – DLACZEGO nie? Czyż to nie Bóg stworzył ludzkie ciało?” 🙂
Czytałam zresztą u (ks.) Tomasza Jaeschke, że jednym z udziałowców znanego wydawnictwa BAUER-WELTBILD Media (w Polsce znanego pod szyldem 'Klubu dla Ciebie’, z którego propozycji też czasem korzystam) jest niemiecki Kościół katolicki…a przecież oficyna ta firmuje – obok innych wartościowych pozycji – także filmy, książki i czasopisma przeznaczone „tylko dla osób pełnoletnich.”
Skoro więc wielebni księża biskupi nie widzą w tym nic zdrożnego, to dlaczego ja miałabym się gorszyć? „Nic, co ludzkie…”
Zasmucił mnie natomiast casus pewnej młodej Francuzki, poszukującej pracy. W ichnim urzędzie przedstawiono jej intrygującą ofertę zatrudnienia w charakterze „administratorki czata dla dorosłych.” Zajęcie wydawało się proste, a płaca dość wysoka (bo ponad 2 tysiące euro), tak więc pani zadzwoniła, gdzie trzeba.
I dowiedziała się, że owszem, praca jest i czeka na nią, musi się tylko zaopatrzyć w kamerę internetową i komplet seksownej bielizny, ponieważ w zakres jej obowiązków będzie wchodziło również wykonywanie striptizu dla internautów…
Oburzona niewiasta popędziła ze skargą do urzędu pracy, tam jednak spotkała się tylko ze zdziwieniem: wyjaśniono jej otóż, że to szlachetne zajęcie nie jest przecież we Francji ani nielegalne, ani (a gdzieżby!) nie nosi znamion „dyskryminacji.” O co więc jej chodzi?
I tak się zastanawiam: czy to rzeczywiście jest tylko „usługa dla ludności”, taka, jak każda inna? Czyżby naprawdę „nie było problemu”?

 

(Franciszek Zmurko, Zuzanna i starcy, źródło: Wikimedia)

Zob. też: „Praca, jak każda inna?”
***
Hip, hip, hurra! Kolejne „tabu” zostało przełamane!!! 🙁 W Sieci istnieje już nowy, amerykański reality show, w którym aktorki, wcielające się w role ciężarnych kobiet stają przed decyzją: urodzić dziecko, czy nie? Ale spokojnie: ONE już tu nie decydują! Aby zagłosować, wyślij smsa na numer… Cena jednego smsa to tylko 1 zł +VAT!Spiesz się! Ludzkie życie jest w Twoich rękach! (Gdyby to był „real” a nie reality show, jakże byłoby to wygodne – widzowie w roli mojego „sumienia”: „Ja nie chciałam go zabić[proszę księdza], to oni tak zdecydowali!”)

Decydować o ludzkim losie w konwencji zabawy. Przez chwilę poczuć się „bogiem” – bezcenne…

I tak się tylko zastanawiam, CO będzie następne? „Debata społeczna” w formie reality show o karze śmierci, z facetem („spokojnie, przecież to tylko aktor…”) siedzącym na krześle elektrycznym? A może niech kochana publisia zdecyduje, którego staruszka poddać eutanazji? No, który nam udowodni, że najbardziej cierpi? Przypominam, że umieranie przed kamerą oraz „pasjonująca” walka o jedną nerkę już były… 

I tamte programy także uzasadniano „ważnym interesem społecznym” (dokładnie tak samo, jak zrobili to „eksperci” w Dzień Dobry TVN) – ale nie zauważyłam, żeby świat stał się dzięki nim jakoś znacząco lepszy. Podejrzewam więc, że – tak w tym, jak i w pozostałych „bulwersujących opinię publiczną” przypadkach – chodzi po prostu o wywołanie kolejnego medialnego skandalu, za którym nieodmiennie podąża WIELKA KASA.  I to jest cała „naga prawda” o tego typu produkcjach…

Święte oburzenie?

Któryś z Ojców Kościoła (nie dałabym głowy, czy nie mój „ukochany” św. Augustyn) jest twórcą wygodnej formuły, w myśl której „chrześcijanin powinien nienawidzić grzechu, ale nie grzesznika” – której ja sama, przyznaję, chętnie czasami używałam.

Jednak, jak mądrze zauważył w jednym ze swoich felietonów przedwcześnie zmarły jezuita, ks. Stanisław Musiał (1938-2004), którego książkę („Dwanaście koszy ułomków.”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2002) ze wstępem (wtedy jeszcze) ks. Stanisława Obirka właśnie przeczytałam – nie jest wcale łatwo znaleźć w sobie taki „skalpel myślowy” który pozwoli nam precyzyjnie oddzielić „zło” od ludzi, którzy się go dopuścili, tak, by ich przy tym nie zranić.
I w rezultacie bywa tak, że – jak tu się niedawno ktoś wyraził – „zioniemy miłością bliźniego” w najświętszym przekonaniu, że piętnujemy tylko „grzech”, podczas gdy w rzeczywistości (zastrzegając się przy tym, że „broń Boże nie chcemy nikogo osądzać!”:)) potępiamy człowieka.
Najbardziej jaskrawo pokazuje to być może głośny casus Alicji Tysiąc. To, co chciała zrobić (a przecież ostatecznie NIE ZROBIŁA), trudno nazwać rzeczą DOBRĄ – czy jednak z tej racji zasłużyła sobie na stwierdzenie, że ona sama jest ZŁYM człowiekiem? Moim zdaniem – nie.
Podobną postawę wrogości a przynajmniej nieufności wobec wszystkich, którzy w ich pojęciu „grzeszą” lub choćby myślą inaczej niż oni przyjmują czasami niektórzy słuchacze pewnej toruńskiej rozgłośni…
Na pewno też nie przynosi chwały św. Tomaszowi z Akwinu stwierdzenie, że wszystkich „heretyków” należy karać śmiercią tak samo, jak i fałszerzy pieniędzy – bowiem ci ostatni fałszują tylko metal, a ci pierwsi – prawdę Bożą.
Może więc lepiej – zamiast tak „dzielić włos skalpelem na czworo” W OGÓLE wystrzegać się nienawiści? Nieważne – w „słusznej” czy niesłusznej sprawie?
Zamiast tego przywołuje ks. Musiał recepty na życie szczęśliwe, zaczerpnięte z pism Ojców Pustyni, a pośród nich i taką, autorstwa niejakiego o. Poemena: „Człowiek powinien wystrzegać się u siebie dwóch rzeczy: nierządu i obmowy swego bliźniego. Unikając ich, osiągnie wewnętrzny pokój.” A gdy temuż ojcu doniesiono, że pewnemu mnichowi, który w swej pustelni żył potajemnie z kobietą, urodziło się dziecko, zamiast się przykładnie „zgorszyć” polecił, by temu bratu posłano co prędzej bukłak wina – bo tam, gdzie jest nowe życie, powinna także panować radość. Urocze, prawda?:)
W tym samym zbiorku znajduje się też piękna historia, którą pokrótce (i niezbyt wiernie:)) tutaj przytoczę.

Jeden z Ojców Pustyni, z tych, co to całe życie spędzili na postach i modlitwach, chciał (co niezbyt może jest „skromne”:)) dowiedzieć się od Boga, czy jest na świecie ktoś, kto dorówywałby mu w świętości. Pan posłał mu anioła, który mu oznajmił: „Jesteś podobny do grającego na flecie w takim to a takim mieście.” Zaciekawiony pustelnik udał się do wskazanej miejscowości, odnalazł tego flecistę i zaczął go wypytywać o jego życie, pobożne praktyki… Nic z tych rzeczy! Człowiek ten, odkąd mógł sobie przypomnieć, był pijakiem, hulaką, cudzołożnikiem a „w porywach” i rozbójnikiem.

Przypomniał sobie jednak, jak kiedyś ocalił od niechybnej śmierci biedną kobietę, której męża i dzieci sprzedano za długi w niewolę. Zaopiekował się nią, wręczył kwotę potrzebną na wykup, a nawet osobiście dopilnował, by wszystko skończyło się po jej myśli.
W oczach Boga był więc „święty” na równi ze świątobliwym ascetą – i to niezależnie od tego, że niektóre wieczory zapewne spędzał trzymając w jednej ręce czarę z winem, a w drugiej rękę pięknej kurtyzany…
Św. Ignacy Loyola w swoich Ćwiczeniach duchownych umieścił stwierdzenie, że Bóg może nas skazać na wieczne potępienie z powodu JEDNEGO tylko ciężkiego grzechu w naszym życiu.
I nie ukrywam, że i mnie również, tak samo jak księdzu Musiałowi, znacznie bliższa jest wizja Boga, który gotów jest nas zbawić za jeden dobry uczynek…