Terapia wstrząsowa…

Przyznam się, że doprawdy nie rozumiem – dlaczego chcą zdymisjonować tego arcybiskupa akurat za to, że zobaczył w głośnej sprawie brazylijskiej dziewięciolatki najpierw małego CZŁOWIEKA z jego indywidualnym dramatem (nad którym Kościół winien się pochylić z wielką miłością i delikatnością) , a dopiero potem pewne ZASADY, których należy przestrzegać?

Tylko za to, że przemówił „ludzkim głosem”?! Czyż nie tak właśnie postąpiłby Jezus? Czy naprawdę „obrona życia” (za którą zresztą jestem całym sercem!) musi koniecznie nieść za sobą bezwarunkowe potępienie prób obrony innego życia, równie niewinnego? Jeśli tak, to rzeczywiście jest ona ’BEZWZGLĘDNA’…:(
I przyznam się Wam, że przez takie coraz bardziej niezrozumiałe decyzje pewnych grup nadgorliwych katolików moja (już i tak przecież niełatwa) miłość do Kościoła bywa wystawiona na bardzo ciężkie próby…

A to jest Lina Medina, najmłodsza znana matka świata, która urodziła dziecko w Limie (no, proszę, znowu ta Ameryka Łacińska…) w roku 1940. 

Co ciekawe, zarówno ciąża jak i poród w jej przypadku przebiegły (podobno) bez zakłóceń – a ona sama nigdy nie ujawniła tożsamości ojca ani też okoliczności, w jakich doszło do zapłodnienia. 

Z pewnością cierpiała na syndrom przedwczesnego pokwitania, ale… 

Zastanawiałam się, czy nie padła aby ofiarą czegoś gorszego: jakichś eksperymentów medycznych? Istnieje jej fotografia w towarzystwie synka i lekarza, który odbierał poród, na której dziewczynka wygląda na mocno przestraszoną…  A te jej szokujące zdjęcia w zaawansowanej ciąży znalazłam na portalu www.wolnemedia.net.

 


Trzy smutne opowieści.

Mam wrażenie, że ludzie będący świadkami jakiegoś dramatycznego wydarzenia dzielą się zasadniczo na dwie grupy: takich, którzy mają to wszystko w nosie i wolą się nie wyrywać z pomocą, żeby tylko uniknąć późniejszych „kłopotów” – albo na takich którzy może i chcieliby pomóc, ale ostatecznie nie pomagają, ponieważ „nie wiedzą, jak”. 

I tylko dlatego właśnie w Polsce aż tyle osób umiera na oczach innych ludzi. Wszyscy myślą:”To nie moja sprawa, niech ktoś inny się tym zajmie!” A przecież w większości przypadków nawet nieudolna próba pomocy jest lepsza od jej braku…

Miałam przyjaciółkę (która później została siostrą kalkutanką), która z goryczą mówiła o tym, jak ludzie w Warszawie omijali leżącego na ulicy młodego chłopaka jakby był padliną… Inna moja koleżanka była jedyną osobą wśród tłumu gapiów, która próbowała zastosować zasady pierwszej pomocy podczas wypadku komunikacyjnego… 

Nie da się ukryć, że strach jest wielką siłą – większość z nas wręcz paraliżuje – i różnej maści chuligani świetnie to wykorzystują.

W pewnym „mniejszym mieście” przez wiele miesięcy grasowała banda gimnazjalistów, 13-15-letnich wyrostków, którzy specjalizowali się w okradaniu swoich ofiar z drobnych, cennych przedmiotów, takich jak np. komórki.
Łatwo powiedzieć, że były to „tylko dzieci” – jednak atakowały „kupą” – i któż by się z nimi kłócił? Rzecz trwała do momentu, aż pewien starszy pan, chyba były policjant czy wojskowy, odważył się ostro im postawić. Uciekli jak psy z podkulonymi ogonami…
Myślę więc, że zawsze warto reagować – nawet narażając się na najgorsze konsekwencje (jak tamten dzielny, warszawski policjant). Bezkarność rozzuchwala.
***
Toczące się właśnie Zimowe Igrzyska moim zdaniem jasno pokazują, że podstawową zasadą współczesnego sportu jest „the show must go on!” Choć według mnie szlachetna idea de Coubertina umarła najpóźniej wówczas gdy nie przerwano olimpiady w 1972 r. w Monachium nawet po zamachu terrorystycznym, w którym zginęli izraelscy sportowcy. A kto wie, może nawet już wówczas, gdy przyznano organizację igrzysk (zimowych i letnich, jak to wówczas było w zwyczaju) III Rzeszy Hitlera – (czymże jest wobec tego wszystkiego tragiczna śmierć „jednego gruzińskiego saneczkarza”)?:(
Teraz pogrąża się jedynie w coraz większym „cieniu” – uczcijmy ją minutą ciszy…
Publiczność jest żądna coraz bardziej wyśrubowanych wyników, więc budujemy coraz szybsze tory, coraz bardziej strome trasy i coraz większe skocznie narciarskie… A możliwość, że ktoś czasem na nich zginie, staje się powoli zwykłym „czynnikiem ryzyka” wkalkulowanym w sport wyczynowy.
Z drugiej jednak strony muszę przyznać, że nie wiem, co MKOL powinien robić w podobnych okolicznościach… Tragiczna śmierć jednego sportowca nie powinna przecież (chyba) przekreślać szansy na występ wszystkim, którzy przygotowywali się doń przez całe lata. Trudne to wszystko…
 

Droga w przeciwną stronę?

Niedawno (na fali wzrastającej popularności starszych notek) pod postem na temat „pogańskiego” traktowania sakramentów przez niektórych ludzi pojawił się wpis pewnej Czytelniczki, śmiertelnie oburzonej tym, że ośmieliłam się użyć w tytule słowa „pogański” , tak rzekomo obraźliwego dla „rodzimowierców.”


Przyznam, że zrazu się zdziwiłam – spodziewałam się ataku raczej ze strony „metrykalnych” katolików, o których (i do których) był ten tekst. 

Pominę tu już fakt, że słowo „poganin” NIE MA w moich ustach żadnego wydźwięku pejoratywnego- jest to po prostu NEUTRALNE określenie dla wyznawców różnego rodzaju „politeistycznych religii naturalnych” stosowane przez wielu historyków i religioznawców o różnych światopoglądach (używał go także w swoich książkach mój wielki mistrz, prof. Aleksander Krawczuk, który, o ile mnie pamięć nie myli, był ateistą. Było wolno jemu, to wolno i mnie, biednej). 

Słowo to wywodzi się od łacińskiego rzeczownika’paganus’ oznaczającego po prostu mieszkańca wsi lub pasterza – i proszę tutaj znowu nie dorabiać sobie do tego negatywnych znaczeń, które zazwyczaj wiążą się z potocznym użyciem słowa „wieśniak.” Określenie to powstało po prostu dlatego, że tradycyjne kulty dłużej utrzymywały się na wsiach niż w miastach… (I proszę zauważyć, że także tzw. „ludowy katolicyzm”  nadal zachował całkiem sporo schrystianizowanych elementów „pogańskich.”) Kiedy św. Paweł mówił o „poganach” to z pewnością nie czynił tego po to, aby kogokolwiek obrazić.

Ale kiedy już ochłonęłam z pierwszego szoku, wywołanego niezasłużoną w moim odczuciu krytyką, zaczęłam myśleć (wbrew pozorom, czasami mi się to zdarza:)).
 
Jako że sądzę, że monoteizm jest mimo wszystko LEPSZYM rozwiązaniem „problemu Boga” niż politeizm, zastanawiam się, co sprawia, że tylu współczesnych ludzi wraca do tradycyjnych wierzeń? Co ich skłania do wykonania tego swoistego „kroku wstecz”?

Myślę, że po pierwsze zainteresowanie własną kulturą i historią, które każe im dostrzegać większą wartość w tym, co rodzime, niż w tym, co odbierane jest jako „narzucone z zewnątrz” (niekiedy nawet siłą). To na pewno nie przypadek, że różnego typu obrzędy pogańskie są niezwykle popularne w krajach skandynawskich, gdzie chrześcijaństwo wprowadzano ogniem i mieczem…

Kolejna sprawa to to, że w dobie intensywnego rozwoju rozmaitych ruchów ekologicznych kulty przyrody cieszą się nieraz większym uznaniem, niż tradycyjnie pojmowany judaizm, chrześcijaństwo i islam – które ustawiały człowieka zawsze w roli samowolnego „pana i władcy” wszelkiego stworzenia. Ksiądz Stanisław Musiał w cytowanej już tutaj przeze mnie książce („Dwanaście koszy ułomków”) słusznie zauważa, że zmierzenie się z tym problemem jest jednym z ważniejszych wyzwań dla chrześcijaństwa XXI  wieku. Pilnie potrzebujemy nowego św. Franciszka!

Także i feministki coraz częściej odczuwają pokusę, aby zastąpić postać Boga Ojca, jednoznacznie kojarzoną przez nie z „podporą patriarchalnego ucisku” bardziej „przyjazną” dla kobiet postacią Gai, bogini-matki.

A wreszcie, co wcale nie najmniej ważne, za wzrost liczebności wyznawców kultów neopogańskich jesteśmy także odpowiedzialni my sami – chrześcijanie, ilekroć spełniamy nasze „obowiązki religijne” mechanicznie, rutynowo, bez zrozumienia i bez najmniejszego przełożenia na nasze codzienne życie. W takim klimacie nawet nasza wiara w Boga Jedynego staje się dla innych ludzi jakąś bardzo odległą abstrakcją. W zetknięciu z nami łatwiej im już uwierzyć w „bliskie” nam siły natury, które, jak się zdaje, zewsząd nas otaczają.

I TO dopiero jest prawdziwe „pogaństwo” – w porównaniu z którym magiczne kulty przyrody mogą się wydawać niezwykle żywotne i pełne duchowej głębi…

Aczkolwiek warto pamiętać, że każda taka nasza próba ożywienia dawnej religii (podobnie jak próba wskrzeszenia martwego języka) jest z konieczności zawsze trochę sztuczna, teatralna. Jesteśmy bowiem w stanie (a i to nie zawsze…) odtworzyć dawne obrzędy, ale już nie rzeczywiste przeżycia i myśli, które im towarzyszyły. Bo, jak to ktoś mądry kiedyś powiedział, „bogowie żyją tylko tak długo, jak długo żyją ich wyznawcy.”

Mój wykładowca od historii starożytnej opowiadał kiedyś, jak to na terenie byłej Jugosławii spotkał bardzo wykształconego człowieka (zdaje się, że tamten był filologiem klasycznym), który uważał się za ostatniego prawdziwego czciciela Zeusa: „Zapytałem go: „Słuchaj, a jak ty go czcisz? Stać cię na to, by składać mu przepisaną ofiarę ze 100 wołów?” Ano, właśnie…

   

(Artur Grottger, Modlitwa wieczorna rolnika)