Co naprawdę myślę o…”Nowej Ewangelizacji”?

Wiem, że to zabrzmi jak truizm, ale mijają już (chyba bezpowrotnie) czasy, kiedy to „ludzie przychodzili do kościoła” – teraz nadchodzą takie, że to Kościół będzie musiał „wyjść do ludzi” – wszędzie tam, gdzie ONI są, choćby i do pubów i na dyskoteki. Jezus, bądź co bądź, nauczał nie tylko „pobożnych” w synagogach, ale i „grzeszników” na ucztach…

Kiedy byłam młodziutką dziewczyną, marzyłam nawet, że założę zgromadzenie, zajmujące się ewangelizacją takich „bezbożnych” miejsc – żeby i ludzie, którzy kościół omijają szerokim łukiem, mogli ten Kościół zobaczyć…z bliska. I od zupełnie innej strony.

I od razu mówię, że NIE CHODZI O TO, by przy każdym kuflu piwa odmawiać różaniec, a po każdym tańcu – koronkę do Miłosierdzia Bożego. 🙂 Czy jest jednak ktoś, kto by nie potrzebował od czasu do czasu zwykłej rozmowy, pocieszenia, wysłuchania, nadziei? A Ewangelia to przecież (w najbardziej podstawowym sensie)… dobra nowina.

Kiedyś słyszałam taką piosenkę, napisaną przez jakiegoś księdza (niestety, ciągle bezskutecznie szukam całego tekstu): „Czy w Twoim Domu są same mieszkania? Może przedpokój się znajdzie dla tych, co nie słuchali niedzielnych kazań – ale tęsknili często przez łzy?”  No, to wypisz-wymaluj tak, jak ja sama w tej chwili…

Nie ukrywam, że zawsze idea „ewangelizacji bez nawracania” była bardzo bliska mojemu sercu. Mój ulubiony ks. Guy Gilbert mawia, że do ludzi trzeba iść z krzyżem w sercu, a nie w dłoni. Ano, właśnie.

A po co w ogóle w coś wierzyć? Choćby po to, żeby mieć NADZIEJĘ –  że to wszystko ma jednak jakiś sens, że nie jesteśmy przeznaczeni – jak mi to niedawno napisała pewna młoda kobieta – tylko „do piachu.” I żeby w konsekwencji tego nie żyć tylko „jak zwierzęta”, co to jedzą, piją i kopulują…

No, i Pan Bóg stworzył KONSEKWENCJE…

Nie wiem , czy u niektórych z Was  nie zasłużę sobie tym postem na epitet „faszystki” (zresztą, to na pewno nie jest jeszcze najgorsze, co można by o mnie powiedzieć ;)), ale powiem Wam coś – wg mnie JEST pewna znacząca różnica, czy ktoś choruje niejako „na własne życzenie” czy też z przyczyn (bezpośrednio) nie zawinionych przez siebie.

Jako osoba niepełnosprawna od urodzenia nigdy np. nie mogłam pojąć, czemu młodzi, zdrowi ludzie (w przeważającej części są to mężczyźni) sami robią sobie krzywdę, chociażby skacząc na główkę do wody, a POTEM wielkim głosem wołają o prawo do eutanazji, bo (bardzo w to wierzę!) nagle cały świat im się zawalił… Można by jednak powiedzieć, że ich godny współczucia stan jest konsekwencją ich własnej głupoty, a za głupotę – jak ktoś powiedział – się płaci. Czasami bardzo wysoką cenę…

(Oczywiście, możecie mi teraz powiedzieć, że także pewne moje „cierpienia duchowe” są wyłącznie konsekwencją moich wcześniejszych wyborów – i to też będzie…prawda!)

Natomiast człowiek dorosły charakteryzuje się tym, że potrafi z godnością przyjąć KONSEKWENCJE własnego postępowania. Jak mawiali starożytni: Volenti non fit iniuria, co się wykłada: chcącemu nie dzieje się krzywda. I jeśli jest pewna znacząca grupa ludzi (wg szacunków jest ich na całym świecie  ok 2%) dla których „podniecająca” jest sama perspektywa zarażenia się wirusem HIV, to czemu potem całe społeczeństwo ma płacić za skutki tego bardzo specyficznego hobby? Czy osoby takie nie powinny raczej ze spokojem przyjąć swego „daru” (tak to właśnie nazywają – the gift!)? Ale nie – one się potem grzecznie ustawiają w kolejce do lekarza… Widać perspektywa umierania na AIDS już ich tak bardzo nie rajcuje…

 

I trochę podobnie jest z paleniem. Choć „dymek” który wypuszcza palacz, jest na pewno bardziej szkodliwy dla niego samego, niż dla osób trzecich, to jednak NIE DA SIĘ ZAPRZECZYĆ istnieniu chorób spowodowanych jego wdychaniem przez osoby, które same nigdy nie paliły. I piszę to wszystko jako żona kogoś, kto pali bardzo dużo – i kiedy słyszę jego poranny kaszel, nie mogę jakoś uwierzyć, że jest to tylko jego „prywatna sprawa.”

Mam małe dziecko – i oboje z synkiem bardzo go potrzebujemy. Prawda jest taka, że palenie zabija – wcześniej czy później (a ci, którzy, tak jak prof. Religa, w to „nie wierzyli” z reguły dawno już nie żyją) chociaż palacze, podobnie jak wszyscy inni nałogowcy, z pewnością znajdą teraz 1001 argumentów, żeby usprawiedliwić swój nałóg.

Nie jest jednak prawdą, że coś automatycznie staje się DOBRE tylko z tej racji, że (niewątpliwie) sprawia nam przyjemność…

Postscriptum: Pewien król miał zwyczaj, że na każdą okrągłą rocznicę swego panowania uwalniał jednego więźnia. W oznaczonym dniu udał się więc do głównego więzienia, aby porozmawiać ze skazanymi. Natychmiast otoczył go tłum nieszczęśników, błagających o łaskę.

– Za co tu trafiłeś? – zapytał jednego.

– Ja? Ja jestem niewinny, najjaśniejszy panie, to sędzia był przekupiony!

– A ty? – zagadnął innego

– Ja też jestem niewinnym człowiekiem, wasza wysokość! Mój brat wydał mnie z zazdrości!

– A ty, człowieku? – zwrócił się monarcha do jednego z więźniów, który cicho stał pod ścianą – Co masz na swoją obronę?

– No, cóż, wasza królewska mość… – uśmiechnął się tamten smutno – Wygląda na to, że w całym twoim królestwie ja jestem jedynym słusznie skazanym… Kiedy miałem 17 lat, z głupoty zabiłem człowieka…

 

Jak sądzicie, który z nich doczekał się amnestii?:)

Małżeństwo: w pogoni za rozumem.

Cały dylemat polega, moim zdaniem, na tym, że – gdzieś tak od XIX w. – zaczęło nam się wydawać, że prawdziwa miłość nie może mieć z „rozsądkiem” nic wspólnego – bo to tylko romantyczny poryw namiętności, uczuć, etc., etc.

 

No, i po 200. prawie latach takiego myślenia mamy dziś to, co mamy: rozwody i tragedie, bo oto „wielka miłość” która miała trwać na wieki, „wypaliła się” i „nie wytrzymała próby czasu” po zaledwie trzech miesiącach…

 

No, i szukamy, szukamy wciąż tego „związku idealnego” – ale czy naprawdę jesteśmy szczęśliwi? Szczęśliwsi niż nasze prababcie, które często żyły „aranżowanych” małżeństwach?

 

A co powiecie na popularność portali randkowych i różnych „testów partnerstwa”? Czyż nie jest to w istocie rodzaj „elektronicznej swatki” która pomaga nam wybrać partnera „z puli najbardziej nam odpowiadających” (czyli jak najbardziej „rozumowo”!), w którym potem, ewentualnie, będziemy się mogli już bez obaw romantycznie zakochać?

 

Jest w „Weselu” , napisanym w dobie szalejącej „chłopomanii”, kiedy to inteligencja masowo bratała się z „ludem”, takie mądre (a nierzadko przeoczane) pytanie skierowane do nowożeńców: „A o czymże wy będziecie ze sobą gadali?” Otóż to! Bo kiedy już opadną pierwsze fale namiętności, która nierzadko sprawia, że „przeciwieństwa się przyciągają”, pozostaje jeszcze całe dłuuugie wspólne życie…

Nasze babcie mawiały, że „miłość przyjdzie po ślubie” – i bardzo często ona naprawdę przychodziła. Teraz zaś miłość (czy też to, co za nią uważamy) po ślubie najczęściej…odchodzi. (Zob. post pod tym samym tytułem;))

 

Pewna Hinduska, komentując róznice kulturowe w podejściu do małżeństwa, powiedziała: „Wy, na Zachodzie, zachowujecie się tak, jakbyście stawiali rozgrzany garnek na zimnej płycie – i on sobie na niej powoli stygnie. My, na Wschodzie, stawiamy zimny garnek na gorącej płycie – i on się wolniutko rozgrzewa…”

 

Ano, właśnie…