Jestem… Kim jestem…?

Niedawno pewna, łagodnie mówiąc, nie przepadająca za mną użytkowniczka pewnego forum dla rodziców napisała mi coś takiego:

„Zajrzałam na tę [Twoją ] cienista dolinę, skoro tak polecasz i dosłownie fizycznie zachciało mi się rzygać. Muszę wyłączyć kompa.

U Ewy Drzyzgi już byłaś? Weź napisz scenariusz filmowy, albo książkę. W Znaku będzie szła jak ciepłe bułeczki.

Pana Boga w to nie mieszaj! Bo grzeszysz! Wybierasz sobie z religii i wiary co Tobie pasuje i jak Ci pasuje.

Tak, jesteś bardziej perwersyjna ode mnie. Dużo bardziej. Ja świętości nie ruszam. Księży nie uwodzę….”

Czy Wy też macie podobne odczucia, obcując ze mną? Obrzydzenie Was nie ogarnia? Jestem wstrętną, obrzydliwą hipokrytką? Wybaczcie – po czymś takim nie mam siły na więcej pytań. I pewnie dłuugo nie będę miała…

Chcę wierzyć!

Zygmunt Pinkowski, dawny ksiądz katolicki, a obecnie ateistyczny racjonalista, w swojej książce „Od kapłaństwa do ateizmu” (wyd. BRANTA, Bydgoszcz 2009), którą oczywiście kupiłam (ten straszny nałóg kiedyś mnie zgubi…:)) napisał tak:
„Jak można wierzyć w Boga, który tak urządził świat, że jedno stworzenie musi zjadać drugie, aby przeżyć? Trudno też wierzyć w takiego Boga, który jako wszechmocny i – podobno – miłosierny, straszy ludzi trzęsieniami ziemi, wichurami, głodem, powodziami i chorobami, każe im się do Siebie modlić, a On wtedy może się nad nimi zlituje albo nie, czyli ich zniszczy. Wygląda na to, że Bóg lubuje się w nieszczęściach ludzkich. Najpierw ich stwarza, a potem ich morduje. To naprawdę trudno pojąć. Bóg nie może być taki zły i przewrotny. To, że z przekonania zostałem ateistą, nie znaczy [jednak], że chcę z Bogiem walczyć. Ja po prostu szukam Boga prawdziwego.”

Muszę przyznać, że choć coś mi bardzo „zgrzyta” w tym dramatycznym obrazie Boga mściwego i okrutnego (tylko błagam, nie pytajcie mnie, co to takiego – jest to coś tak ulotnego, że chyba nawet nie umiałabym tego nazwać…) to przynajmniej jedną cechę mam wspólną ze swoim „poszukującym” bratem. Jest to właśnie owo „poszukiwanie Boga prawdziwego.” Chciałabym bardzo wierzyć w Boga takiego, jakim jest, a nie takiego, jakim się WYDAJE, że jest. Moja wiara jest w rzeczywistości raczej ciągłym poszukiwaniem, miotaniem się pomiędzy „credo, quia absurdum!” (wierzę, ponieważ to jest niemożliwe), a „fides querens intellectum” (wiarą poszukującą zrozumienia) – niż zarozumiałą pewnością, że coś już znalazłam. Tak, tak – moja wiara to pytające zwierzę.

Ale Pinkowski pyta: „Jak można wierzyć?!” a ja wiem tylko że… chcę wierzyć – bo gdybym nagle straciła wiarę, straciłabym tym samym jakąś cząstkę samej siebie, mojej własnej tożsamości. Niedawno w jakimś filmie usłyszeliśmy zdanie, że „utrata wiary jest pewnym rodzajem samobójstwa” – i przynajmniej w odniesieniu DO MNIE jest to święta prawda.

A co, jeśli… rację ma raczej Michael Novak, autor świetnej książki „Boga nikt nie widzi. Noc ciemna ateistów i wierzących.” (wyd. ZNAK, Kraków 2010), który pisze m.in. tak:

„Bądźmy szczerzy. Bóg, który stworzył ten świat, ewidentnie nie jest Racjonalistą, Utopistą ani Perfekcjonistą. Sami widzimy, że większość żołędzi spada, nie rodząc żadnego dębu. Niektóre gatunki wymierają – może nawet 90 procent z tych które kiedykolwiek żyły na Ziemi, już wymarło. Niemowlęta rodzą się martwe, inne zdeformowane. Dzieci zostają sierotami, a małe dziewczynki, przerażone, łkają nocami w swoich łóżeczkach. To najbardziej niedoskonały ze światów, zaprojektowanych przez t e g o Projektanta.

Ale przyjmijmy, że… Bóg nie jest Racjonalistą, Logikiem, Geometrą liniowym niebios. Przyjmijmy, że Bóg Stwórca – niczym wielki powieściopisarz, na długo, zanim przybył na Ziemię człowiek – stworzył świat schematów prawdopodobieństwa i redundancji, marnacji i obfitości, ciężkich razów i trudu. Kwiaty opadały na ziemię, obracały się w pył. Gwiazdy, jarzące się na firmamencie przez miliony lat świetlnych, nagle się wypalały. Przyjmijmy, że ten Bóg kochał dzikie lasy nie mniej niż architektoniczny układ, statystyczne schematy uporządkowania równie mocno, jak klasyczną logikę. Przyjmijmy, że ten Bóg kochał ideę powolnej, niepełnej, niedoskonałej historii, w której większość rzeczy dobrych rodzi się z cierpienia. Taki świat mógłby być zadziwiająco piękny. A krzyż mógłby pasować do jego drzwi jak klucz.

Przyjmijmy, że Bóg pragnął świata niedookreśleń z całym jego pogmatwanym zamieszaniem, by mogła w nim rozwinąć skrzydła, eksperymentować i znaleźć swoją drogę WOLNOŚĆ.”

Takiemu Bogu z pewnością można by śpiewać za pewnym angielskim poetą:

 

„Za wszystko, co pstrokate, chwała niech będzie Panu –
Za niebo wielobarwne, za łaciate cielę;
Za grzbiety pstrągów, różem nakrapiane w cętki;
Za skrzydła zięb, żar szkarłatny rozłupanych kasztanów (…)
Wszystkiemu, co nadmierne, osobliwe, sprzeczne;
Rzeczom pstrym i pierzchliwym (któż wie, jak to się dzieje?);
Wartkim i wolnym, słonym i słodkim, mocnym i miękkim;
On początek wciąż daje, Ten, czyje piękno jest wieczne:
Jemu niech będą dzięki.”
(Gerard Manley Hopkins, Pstre piękno, w tłum. Stanisława Barańczaka)

I w takiego właśnie Boga chcę wierzyć…  


Uwolnić sumienie!

W mediach szum: papież wreszcie pozwolił biednym, uciśnionym przez NPR katolikom (innych przecież ten zakaz nigdy nie dotyczył!) na korzystanie z prezerwatyw! Swoją drogą, ta troska o wyzwolenie seksualne „ciemnych katoli” jest doprawdy wzruszająca.

W rzeczywistości Benedykt powiedział jedynie: „W konkretnych przypadkach, kiedy celem jest zmniejszenie ryzyka zarażenia się wirusem HIV, użycie prezerwatywy może być krokiem w kierunku bardziej ludzkiej seksualności.” Wydaje mi się, że jest to krok w dobrą stronę – w inną jednak, niż się na ogół sądzi.

Wcale nie marzy mi się Kościół nauczający: „bzykajcie się z kim chcecie, jak chcecie i gdzie chcecie – byle bezpiecznie i odpowiedzialnie! W prezerwatywie!”

Niektórzy znani publicyści, jak choćby Sam Harris, dowcipkują, że „tak zwanego Boga” nie może aż tak bardzo obchodzić to, „co ludzie robią na golasa.” Jeśli chodzi o goryle i szympansy, piszą, jest oczywiste, że Stwórcy nie interesuje, czy publicznie pocierają genitalia, czy właśnie kryją samicę, czy też są pokrywane. No, cóż – pisze Michael Novak w świetnej książce „Boga nikt nie widzi. Noc ciemna ateistów i wierzących.” – wygląda na to, że od ludzi oczekuje się nieco więcej samokontroli, romantyczności i wzajemnego szacunku. To wcale nie jest kwestia wiary. To kwestia ludzkiej godności.

To prawda, że w nauczaniu Kościoła katolickiego (szczególnie w Polsce) różne kwestie związane z seksem czasami niepotrzebnie przesuwają się z pozycji SZÓSTEJ na samodzielną pierwszą. Grzechem (nawet w świadomości niewierzących!) jest aborcja, in vitro, seks pozamałżeński, masturbacja, a potem… długo, długo nic. A przecież głęboko niemoralna jest również przemoc w rodzinie, wywożenie śmieci do lasu (słynny „grzech ekologiczny” z telewizyjnej reklamy:)) albo dawanie (i branie!) łapówek… Ale nie o tym chciałam.

W moim przekonaniu wypowiedź Benedykta w sprawie prezerwatyw mogłaby stanowić pierwszy, nieśmiały krok w kierunku innej, znacznie donioślejszej reformy.

Chciałabym, aby mój Kościół wreszcie zrezygnował z pragnienia dokładnego i ostatecznego definiowania WSZYSTKIEGO: „stąd dotąd jest grzech, a tutaj już nie!” która to praktyka chce ująć właściwie całe życie bogobojnego chrześcijanina w sztywne ramy zakazów i nakazów – nawet w jego najbardziej intymnych i osobistych aspektach („taki to a taki rodzaj pieszczot jest zakazany nawet w małżeńskiej sypialni!”), nie pozostawiając prawie zupełnie miejsca na własny osąd sumienia.

Marzy mi się taki Kościół, w którym sprawy związane nie tylko z antykoncepcją, ale także np. z leczeniem niepłodności, kapłaństwem czy rozwodami byłyby rozstrzygane nie tyle „z góry”, jednym, ogólnym, nie znoszącym sprzeciwu orzeczeniem („Roma locuta, causa finita!”) ale raczej „z dołu” – w indywidualnych rozmowach z lekarzem, psychologiem i kierownikiem duchowym. Każdy przecież przyzna, że JEST znacząca różnica w ocenie moralnej człowieka, który stosuje środki antykoncepcyjne jedynie po to, by „bez konsekwencji” zaliczać kolejne kochanki, a kobietą, która przy ich użyciu broni się przed mężem, który gwałci ją po pijanemu… W podobny sposób wiele z tych „drażliwych” kwestii rozstrzyga już dzisiaj siostrzana Cerkiew Prawosławna, do której zdrowej doktryny i szacunku dla chrześcijańskiej tradycji mam duże zaufanie.

A wystarczy tylko obudzić sumienie… 🙂