Kiedy dziecka nie ma w domu…

Kiedy dziecka nie ma w domu, wszędzie panuje cisza, spokój i porządek.


Ta cisza aż w uszach dzwoni…

Kiedy dziecka nie ma w domu, wszystkie samochody stoją równo, jak pod sznurek, a lew z żółtej włóczki („Lep” – jak go nazywa mój syn:)) śpi sam w łóżeczku…

Nie ma kto się nimi bawić…

Kiedy dziecka nie ma w domu, mamy więcej czasu na wszystkie te bardzo ważne „swoje sprawy.” Więcej czasu na pracę – i więcej czasu dla siebie nawzajem („Czyż ja nie znaczę dla Ciebie więcej, niż dziesięciu synów?!”:)) .  Któż by tego nie chciał?

A jednak chciałabym, żeby tu po prostu był… Tęsknię!

Kiedy dziecka nie ma w domu, moje piersi (zdawałoby się, dawno już nieczynne) znowu nabrzmiewają pokarmem… 

„Wodą jestem – a brak tego, co by pił.
Skibką chleba, co nikogo nie nasyci…”

WITAJ W DOMU, SYNKU!!!!!


Kościół dla początkujących.

Niedawno głośno było o kolejnej artystycznej prowokacji – ustawionym na ulicy „grzechomacie” w który należało wstukać swoje przewinienia, aby w zamian otrzymać „pokutę” w postaci paragonu…

No, cóż – w dzisiejszych czasach modna jest każda „sztuka” która choćby pośrednio dotyka tematu wiary – a zwłaszcza tego „znienawidzonego” chrześcijaństwa. (Bo o buddyzmie, na przykład, ludziom kulturalnym nie wypada mówić inaczej, jak tylko z sympatią i szacunkiem:)). Paradoksalnie wydaje mi się zresztą, że to dobrze – bo to oznacza, że te sprawy wciąż nie straciły dla ludzi na ważności. A taki „grzechomat” pozwala się np. zastanowić nad sensem wiary mechanicznej – w duchu „ja Ci dziesięć Zdrowaś Mario – a Ty mi, Boże, zdrówko!” Albo wiary sprowadzonej do cennika usług duchowych. („Co łaska, ale nie mniej, niż…” ) Normalnie: w jedną dziurkę wrzucasz, inną otrzymujesz…:)

No, bo ludzie, niestety, przyzwyczaili się do tego, że Kościół to coś w rodzaju „teatru”, czy innego „cyrku” w którym odpowiednio przeszkolony „aktor” (ksiądz) produkuje się dla nich, zazwyczaj biernej i znudzonej „publiczności” – która łaskawie przyszła na „przedstawienie.” (E, tam, ten nowy ksiądz – nic nowego/nic szczególnego nam nie powiedział/nie pokazał!).

Ewangelia to jest Dobra Nowina – a problem z nami jest taki, że (czasami po obu stronach ołtarza!) – dla nas to już często ani dobra, ani tym bardziej, nowina…A jak mnie uczył pewien ksiądz, niestety już nieżyjący – odpowiedzią na wyuczony „wierszyk” z jednej strony może być tylko inny wierszyk z drugiej… I tak się przerzucamy tymi wierszykami, w które od dawna już nie wierzymy – i świeccy i duchowni… Na ambonie, w konfesjonale, w kościele, na kolędzie, na rekolekcjach… Nauczyliśmy się reagować mechanicznie, jak pieski Pawłowa – wstać, uklęknąć, usiąść. Powiedzieć amen, przeżegnać się, wydukać podziękowania dla rekolekcjonisty albo dla biskupa, dać co łaska… Wyjść. Odetchnąć z ulgą.

A jaka na to wszystko rada? Ano, myślę, że przede wszystkim księża powinni mówić bardziej „od siebie” z własnego doświadczenia (wiary), niż nawet z najmądrzejszych książek. To od razu widać, kiedy człowiek mówi o czymś, co jest dla niego autentycznie ważne.Jak mają „zapalać” innych ci, którzy sami ledwo „kopcą”?:)  To po pierwsze.

A po drugie – myślę, że należy w większym niż dotąd zakresie pozwolić ludziom „mówić własnym głosem” w kościele – co by się stało, na przykład, gdyby formą niedzielnej modlitwy powszechnej była prawdziwa „modlitwa wiernych” , np. odczytywana z karteczek  składanych anonimowo w skrzynce intencji przez cały tydzień? Myślę, że Kościół by się od tego nie zawalił. 🙂 A nawet i od tego, gdyby to świeccy od czasu do czasu wyszli na ambonkę i powiedzieli OD SIEBIE, z czym im się skojarzył usłyszany tekst Pisma Świętego. Dzięki temu może poczuliby się bardziej „uczestnikami” niż „widzami” – no, i być może bardziej doceniliby potem trud kaznodziei.:)

Miałam szczęście zetknąć się w życiu z takim Kościołem (np. we wspólnotach  Drogi Neokatechumenalnej i Odnowy w Duchu Świętym) – i jestem głęboko przekonana, że chrześcijaństwo jest piękną i pełną życia religią, trzeba tylko ją taką ZOBACZYĆ. A nie wszyscy, niestety, mieli  taką możliwość… 

 

Ostatnimi czasy mam wrażenie, że – rozpaczliwie starając się nie stracić mojej wiary – szukam Boga w książkach, czytając zachłannie wszystko, co tylko wpadnie mi w ręce. Wracam myślą do miejsc i ludzi, wśród których dane mi było Go spotkać – i wśród których byłam szczęśliwa (Chociaż takie powroty zawsze są trochę bolesne). Czuję się dosyć samotna w mojej wierze – bo dawni przyjaciele odwracają się ode mnie nawet w moich snach… No, cóż – taka pewnie jest cena za to, że poszłam swoją drogą… Chodzę po własnych duchowych ścieżkach i depczę po własnych śladach…  

Jestem brzydka!:)

Znałam kiedyś jedną „seksbombę nie z tej ziemi” – wszyscy faceci, którzy ją ujrzeli, choćby tylko w przelocie, natychmiast doznawali amoku z zachwytu. Każdy marzył, żeby „taką” mieć dla siebie, tylko dla siebie, podziwiać i kontemplować w domowym zaciszu… Wszyscy, włącznie z jej mężem. 


Niestety, tylko do czasu, aż ją bliżej poznał – okazało się bowiem, że w istocie lepiej by ją było zamknąć w szklanej trumnie i podziwiać jak Królewnę Śnieżkę czy też inną Królową Śniegu. Była bowiem tylko zjawiskowo pięknym posągiem, osobą niemal zupełnie niezdolną do okazywania jakichkolwiek żywszych uczuć…

I nawet jej współczułam – taki defekt emocjonalny to przecież też jakiś rodzaj niepełnosprawności. Ktoś kiedyś powiedział, że gdyby połączyć jej powierzchowność z moją pasją życia, wynik byłby bliski ideału. 😉


Ja sama, zapewne, jako niepełnosprawna, zaliczam się według powszechnej opinii do kategorii kobiet”nieatrakcyjnych fizycznie” (a kto wie, może nawet do tych, które niektórzy mało elegancko nazywają „lochami”:P) – choć mam jednak nadzieję, że co nieco nadrabiam charakterem i ognistym temperamentem…:)

 I wiecie, co?:) Wydaje mi się, że 1) naprawdę piękne kobiety (tak samo, jak i mężczyźni!) to te, którym to wewnętrzne „coś” przebija aż na zewnątrz. Wielu gestapowców miało powierzchowność godną anioła, ale przecież nikt by o nich nie powiedział,że byli „pięknymi ludźmi”, prawda?

Kiedy pewnego dnia, będąc jeszcze młodą i bardzo zakochaną osóbką, szłam przez miasto, zauważyłam z pewnym zdziwieniem, że wszyscy mężczyźni przyglądają mi się z wyraźną sympatią – widocznie taka byłam szczęśliwa i rozpromieniona, że nic innego nie było widać; 2) każdy człowiek staje się piękny w oczach tego, kto na niego spogląda z miłością. Wiem, że dla mojego męża jestem najpiękniejszą kobietą na świecie. A cała reszta świata się nie liczy!:)

Inna sprawa, że dzisiejsze czasy raczej nie uczą mężczyzn „przyklękać” z zachwytu przed kobietą – prędzej już pozwalają im „sprowadzać je do poziomu rozporka…” 🙁

  
Nie, nie – to NIESTETY nie ja. 🙂 To jest Jo Croissant, żona założyciela Wspólnoty Błogosławieństw, brata Efraima. Prawda, że PIĘKNA z niej kobieta?