Wiara po „końcu świata.”

Kiedy poznałam P. sądziłam, że jeśli wyjdę za niego, to będzie koniec wszystkiego – koniec mojego życia, takiego, jakie znałam, a przede wszystkim koniec mojej wiary.

Czułam się więc, jakbym stanęła u wrót czarnej dziury (bo wtedy jeszcze nie wiedziałam, że w rzeczywistości stoję u wrót „cienistej doliny”:)) – albo na skraju przepaści – za którą nie wiadomo, czy jest cokolwiek. A P. stał „po drugiej stronie” i powtarzał: „Proszę, zrób tylko jeden krok… złapię cię!” 

Nie ma co się dziwić: moje wcześniejsze życie nie przygotowało mnie w żaden sposób na to, co mam teraz. „Wiedział ksiądz – napisałam kiedyś do ks. Kazimierza Sowy – że samo dno piekieł jest zastrzeżone dla żon byłych księży? Ja nie wiedziałam…”

Zauważcie, jak się potocznie mówi o księżach, którzy porzucili kapłaństwo: „Odszedł z Kościoła.” Nie wiedziałam nawet tego, że i to nie jest prawda: w rzeczywistości apostaci wśród „byłych” stanowią zaledwie 2%.

Zamknęłam więc oczy i uszy (na to, co mówili) – i skoczyłam w tę przepaść.

A kiedy je znów otworzyłam, odkryłam ze zdziwieniem, że i „po tej stronie” jest życie i wiara. Jestem, żyję, kocham, wierzę… Chociaż zapewne wielu wolałoby, żeby mnie nie było (albo przynajmniej, żebym „siedziała cicho, jak Pan Bóg przykazał.”).

Tym bardziej jestem wdzięczna „Tygodnikowi Powszechnemu” za to, że w dwóch ostatnich numerach (28 i 29/2013) podejmuje problem takich ludzi, jak ja.

Ksiądz biskup Grzegorz Ryś np. przekonuje – o czym ja dziś już wiem – że „odejście nie jest końcem” i że niekiedy podjęcie odpowiedzialności za własną rodzinę może być dla kapłana cięższym „krzyżem” niż służba przy ołtarzu („Wiedziałem – zwierzył się biskupowi pewien były – że wybierając miłość do kobiety, wybieram krzyż. Ale nie myślałem, że aż tak ciężki.”) To prawda, ja też myślałam, że ta droga nie będzie aż tak trudna – i dlatego dziś odradzam ją, komu mogę.

Z kolei Michał Rychert, były ksiądz (i jeden z tych „szczęśliwców” którzy już otrzymali dyspensę i zawarli sakramentalne małżeństwo) tłumaczy, dlaczego taka decyzja nie zawsze jest „zdradą.”  Mnie się też wydaje, że czasami może być rozumiana raczej jako „zmiana” czy „dopełnienie” wcześniejszego kierunku – mój biedny P. wraz ze mną dostał chyba ciężką pokutę :) – chociaż oczywiście trzeba z tym uważać, bo przecież tak samo mógłby twierdzić każdy mąż czy żona, zmieniający po kilku latach współmałżonka „na lepszy model.”

 Szczególnie dużo mam jednak do zawdzięczenia siostrze Małgorzacie Chmielewskiej, w której znakomitym tekście „Żyć po niewierności.” („Tygodnik Powszechny” nr 29/2013) odnalazłam wiele własnych przemyśleń na ten temat.

„Czym innym jest odejście z kapłaństwa z powodu kobiety – pisze siostra – Takich odejść nie potępiam (…) Niemniej jest to niewierność. To prawda, że przywoływany w artykule Rycherta św. Piotr również nie pozostał wierny. Jego przykład pokazuje, że po akcie niewierności można powrócić do wierności.

Oczywiście, w przypadku złamania celibatu i związania się z kobietą nie będzie to już ta sama wierność, niemniej Bóg nie odrzuca nikogo (…). Podobnie zresztą jak w przypadku małżeństw niesakramentalnych, Kościół również nie odrzuca byłych kapłanów. Choć w praktyce bywa różnie.|”

Oj, bywa, niestety, bywa, siostro – dokumenty Kościoła i nauczanie papieża Franciszka swoje, a rzeczywistość parafialna czasem skrzeczy: że przypomnę choćby moje ostatnie problemy z chrztem Anieli – jeśli Kościół wątpi, czy wierzymy dość mocno, aby wychować ją w wierze, a w przypadku, na przykład, dziewiątego dziecka pary alkoholików na ogół nikt nie zgłasza takich wątpliwości, jeśli tylko „w papierach” wszystko im się zgadza… No, cóż – widocznie także ich wiara jest prawdziwsza od mojej…

„Po drugie – pisze dalej s. Małgorzata – spotkać można dwie różne postawy. Są tacy, którzy w którymś momencie nie byli wierni swoim zobowiązaniom, ale nie zerwali łączności ani z Kościołem, ani z Chrystusem. I dla nich mam szacunek.”

Ja też – co więcej, mam cichą nadzieję, że (być może) i sama się do nich zaliczam. Chociaż czasami.

„Natomiast gdy mówimy: „Nic się nie stało. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że moje pierwsze małżeństwo/moje powołanie kapłańskie było błędem. Zatem słusznie, że złamałem ślub czystości/zmieniłem żonę.” – wówczas mamy do czynienia z relatywizmem. (…) Ja jestem za akceptacją ludzi świadomych swej niewierności. Gdyby chcieć konsekwentnie wyrzucać „niewiernych” z Kościoła, zostałby w nim zapewne jedynie Pan Jezus. Za oszustwo uważam natomiast tłumaczenie, że ktoś porzucił kapłaństwo i wziął sobie żonę, bo mu się Kościół nie podobał.”

I znowu racja, siostro – przypuszczam, że gdyby P. kiedykolwiek próbował być „drugim Kotlińskim” i atakować to, co wcześniej (świadomie przecież i dobrowolnie!) wybrał – odkochałabym się w jednej chwili – a pewnie nawet nigdy bym się w nim nie zakochała…

Zawsze uważałam za rzecz najsmutniejszą z możliwych, gdy ktoś jednym ruchem przekreśla całe swoje dotychczasowe życie.

Tak samo, wypada się zgodzić ze znaną zakonnicą (która zresztą sama wybrała dość nietypową drogę, bo będąc siostrą we wspólnocie Chleb Życia, wychowuje również adoptowane dzieci), że JEST RÓŻNICA pomiędzy byłym księdzem, który stara się jakoś (lepiej lub gorzej) zachować wiarę i jedność z Kościołem, a takim, który go zajadle atakuje – tak samo, jak jest różnica pomiędzy niewiernością męża, który postanowił po prostu „wymienić żonę na nowszy model”, a niewiernością maltretowanej żony, która dopiero u boku „tego drugiego” znalazła wsparcie i miłość.

I podobnie jak Autorka mam nadzieję, że z czasem i Kościół zacznie jakoś różnicować te dwie sytuacje. Bo przecież i małżeńskie „odejścia” (podobnie, jak te kapłańskie, na które – pozornie – Kościół patrzy jakby łagodniejszym okiem, od czasu do czasu udzielając jednak „upadłym” dyspensy) – mogą mieć najrozmaitsze przyczyny.

„Rzecz znamienna – a to znów siostra Chmielewska – że wśród byłych księży, a także wśród osób żyjących w związkach niesakramentalnych nie spotkałam osoby szczęśliwej  – zawsze dotyka ich jakieś rozdwojenie. Po niewierności pozostaje rana, bez względu na to, jak się staramy ją zabliźniać.”

A tutaj już myślę, że prawda jest nieco bardziej skomplikowana – osoby takie mogą być (i bywają, czego sama jestem przykładem!) głęboko szczęśliwe, RAZEM z tym bolesnym „cierniem”, który im zawsze towarzyszy. To trochę tak, jak z byciem szczęśliwym pomimo biedy czy niepełnosprawności.

Ja to czasem porównuję do tego Pawłowego „ościenia” (zob. 2 List do Koryntian:)), który mi został dany po to, żeby mnie utrzymywać w pokorze…

W mojej sytuacji moja samotna wiara jest wszystkim, co mam. Gdybym ją straciła, nie wiem, co by mi pozostało – więc będę się jej trzymać pazurami i zębami, jak tratwy ratunkowej, dopóki tylko zdołam.

Po dawnemu szukam więc Boga w książkach, w modlitwie – i ufam, że i On nie zechce zagasić tego „knotka o nikłym płomyku”, którym teraz jestem…

 

Co się Albie śni…

Moja tęsknota za spowiedzią chyba weszła już w zupełnie nowy etap, bo ostatnio śniło mi się, że poszłam się wyspowiadać do młodego „batiuszki” (księdza prawosławnego; uwaga: często używane określenie „pop” jest nieco obraźliwe, to coś takiego, jak „klecha”) – bo nawet we śnie wiedziałam, że do „naszego” iść nie mogę…

Chciałam mu wszystko opowiedzieć, zrzucić z siebie wreszcie cały ten ciężar, który mnie przygniata, ale gdy tylko zaczęłam mówić, on się roześmiał, powiedział dobrotliwie „Przestań gadać!” i mnie… rozgrzeszył.

I tak sobie myślę, z coraz większą natarczywością, czy naprawdę aż tak wielką „obrazą dla Boga” byłoby udzielać absolucji takim, jak ja (np. „rozwodnikom”)?

Rozumiem, jeszcze raz powtarzam, zakaz dostępu do tego, co najświętsze (choć boli mnie, że za każdym razem, gdy ksiądz mówi: „Bierzcie i jedzcie z tego WSZYSCY…” – to „wszyscy” nigdy nie dotyczy mnie i do mnie podobnych…) – ale wydaje mi się, że błędem jest tak ścisłe powiązanie Sakramentu Pojednania z Eucharystią (czy pierwsze jest „służebne” wobec drugiego – czy spowiadamy się tylko po to, by „móc” potem przystąpić do komunii?).

Jezus powiedział przecież: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, tylko ci, którzy się ŹLE mają.” (Mt 9,12).

I mnie, w mojej obecnej sytuacji, najbardziej dokucza chyba niemożność uzyskania przebaczenia za „bieżące” grzechy. Zaryzykuję twierdzenie, że katolik, który nie może się spowiadać, nie może także rozwijać się duchowo – a przynajmniej jest toBARDZO trudne. I nikt mi nie wmówi, że to „dla mojego duchowego dobra” (jak mówi tradycyjna wykładnia).

P., gdy o tym usłyszał, powiedział do mnie: „Wiesz, jak bardzo kocham Ciebie i nasze dzieci…” 

Wzruszyłam się, oczywiście, ALE to nie była odpowiedź na zadane pytanie. :)

Myślę, że jest taka przestrzeń w człowieku, której żadna ludzka miłość, nawet największa, nie zdoła wypełnić… I to miejsce właśnie mi doskwiera.:)

Co to jest „miłość”?

Kiedy ostatnio byłam u fryzjera (tak, tak – nawet mnie się to czasem zdarza:)), czekając na swoją kolej przeglądałam – jak zwykle w takich razach – kolorowe magazyny leżące na stoliku. I w jednym z nich natrafiłam na reportaż o paniach trudniących się zawodowo, jak to się teraz mówi, „seksem sponsorowanym.”

I proszę mi wierzyć, nie to mnie martwi, że takie osoby w ogóle istnieją – rzecz to przecież tak stara, jak świat.(Tyle że dawniej takie panie zwano „utrzymankami”).  Daleka też jestem od tego, by się tym „gorszyć” – skutecznie nauczono mnie kiedyś, że „tylko gorszy się gorszy!” – poza tym wiem, że w życiu bywają najróżniejsze sytuacje i że ktoś mógł się poczuć po prostu „zmuszony” (tak czy inaczej) do wykonywania takiej „pracy.” 

To pewnie nie przypadek, że większość bohaterek artykułu samotnie wychowuje dzieci – i (jak zgodnie twierdzą), robią to, co robią, po to, by „zapewnić tym dzieciom wszystko” – naturalnie wszystko to, co da się kupić za pieniądze – na co nie mogłyby sobie pozwolić, pracując za tysiąc złotych miesięcznie… Jak korepetycje z języka obcego, modne ciuchy czy zagraniczne wakacje.

I nawet nie to mnie zasmuca, że jedna z nich przyznała wprost: „Czuję się jak towar. Ale skoro już jestem towarem, staram się być przynajmniej towarem dobrze opakowanym.” 

Jeśli ktoś dobrowolnie zgadza się na własne uprzedmiotowienie, to cóż można na to poradzić?

Naprawdę zasmuciłam się dopiero, czytając odpowiedź jednej z tych pań na pytanie dziennikarki o „miłość”: „Phi! – prychnęła lekceważąco – A co ma pani na myśli, mówiąc „miłość”? Pierścionek z brylantem, który ktoś pani proponuje? Taki zaproponował mi niedawno jeden z klientów. Nie przyjęłam.”

I w tym momencie miałam ochotę krzyczeć, wrzeszczeć: „Kobieto, co ty bredzisz?! Jaki świat pokażesz swojemu dziecku? Taki, w którym liczy się tylko KASA?!”

I pomyślałam wtedy o swoim Mężu, który delikatnie brał mnie na ręce i dosłownie „wstawiał” pod prysznic, namydlał, a następnie spłukiwał, gdy jeszcze nie miałam siły zrobić tego sama po cięciu. A potem równie ostrożnie odkładał mnie na łóżko, uważając, by mi nie przysporzyć przy tym bólu.

Albo kiedy w milczeniu obejmował mnie, nie próbując (na szczęście!) „pocieszać”, gdy dowiedzieliśmy się, że z serduszkiem naszej córki nie wszystko jest jednak w porządku.

Wtedy, w Szpitalu Bielańskim, mając pozlepiane włosy i byle jaką koszulę, zakochałam się na nowo w moim Mężu (wiedząc, że niewielu mężczyzn zdobyłoby się na to, co on…). Ba – dosłownie oszalałam na jego punkcie.

A potem jeszcze raz, i jeszcze – ostatnio kiedy wspólnie „koczowaliśmy” w szpitalu przy łóżeczku Anieli, która chorowała wówczas na zapalenie płuc.

I przyznam się, że do tej pory w momentach „kryzysów” (które zresztą prędko przemijają) lubię sobie przypominać, jaki on potrafi być.

Bo jeśli to nie jest miłość, to co nią jest?