Dzieci i ryby (opowieść prawie wigilijna).

Dwa dni temu w naszej wannie zalęgły się karpie. Sztuk trzy. Żywe. Bo niestety nie mogę przekonać Rodziców, że lepiej by je było kupić już w stanie uśmierconym – a najchętniej wcale. 

Wiem, wiem, że ryba to symbol chrześcijański, że ICHTYS i tak dalej… A jednak wydaje mi się że Boże Narodzenie doskonale by się obeszło bez „krwawej jatki” tych stworzeń. (Które zresztą stały się „tradycyjną potrawą” dopiero w XVIII stuleciu). Ja w ogóle mało „rybożerna” jestem, a jeszcze na Wigilię je się tyle innych pysznych rzeczy, że w ogóle nie ma o czym mówić…

Antoś był „rybkami” zachwycony. Do tego stopnia, że próbował im umilić kąpiel w wannie przez dodanie swego szamponu o zapachu malinowym. Altruista. 🙂 Na szczęście wspólnymi siłami udaremniliśmy ten zamiar.

Niestety, nie miałam w sobie dość odwagi, by powiedzieć synkowi, co naprawdę stało się następnie z jego nowymi „przyjaciółmi.” Ostatnio sytuacja rodzinna zmusiła nas do tłumaczenia mu zjawiska śmierci LUDZI – pomyślałam sobie, że rzeczywistość świątecznej śmierci karpia mogłaby być dla niego już zbyt wstrząsająca.

I tak oto ja, która za naczelną zasadę przyjęłam sobie nigdy swego dziecka nie okłamywać – stałam się nagle „wspólniczką w zbrodni” i opowiadałam mu gładkie historyjki o wypuszczaniu karpi do przerębla…

Jedyne, co mnie usprawiedliwia, to to, że z całej duszy chciałabym, żeby to była prawda.

Tak teraz, jak i wtedy, kiedy razem ze starszym o 5 lat bratem urządzaliśmy w domu marsze protestacyjne w obronie biednych karpi („Liga Obrony Karpia” to się nazywało, czy jakoś tak:)) – i podejrzliwie patrzyliśmy na ręce wszystkim wchodzącym do łazienki dorosłym, czy aby nie dzierżą w dłoniach jakiegoś skrytobójczego narzędzia… 🙂

Większości ludzi to podobno przechodzi – mnie jakoś nie przeszło.

 

Myślicie, że ta rybka to karp? Albo śledzik?

Co kogo gorszy?

Jeden z lokalnych Kościołów anglikańskich z okazji Świąt Bożego Narodzenia zaserwował światu taki oto „szokujący” plakat:

  
Napis głosi co następuje: „Biedny Józef – trudno przeskoczyć Boga!”
No, cóż – jeśli w ogóle czymś tutaj jestem „zgorszona,” to tym, że Maryja na tym billboardzie jest taka brzydka i nabzdyczona jak „stara panna”, Józef wygląda na zabiedzonego, zaś oboje zachowują się tak, jakby pod kołdrą grasował wąż…
Gdyby to miało mieć jakikolwiek pozytywny sens, to oni powinni być młodzi, piękni i radośni – że już nawet nie wspomnę o tym, że Józef nie musiał „konkurować” z Bogiem o serce Maryi. On był także WEWNĄTRZ ich miłości! A w takiej  formie jak jest, ten przekaz odbieram raczej jako „antyewangelizację.”
A w związku z tym „kontrowersyjnym” tematem pozwolę sobie jeszcze zacytować kilka refleksji (nie ze wszystkimi się zresztą zgadzam) z wielokrotnie już tu przywoływanej książki mojego znajomego, (byłego) ks. Tomasza Jaeschke.
” To, że anioł wszedł do Niej (łac. „w nią”) w momencie zwiastowania, można interpretować albo symbolicznie albo dosłownie. Jeżeli symbolicznie, to znaczy to tylko tyle, że Dziecko, które się w Niej poczęło (…) było Bogiem samym, że On/Bóg niejako położył rękę na Jej ciąży i tym sposobem zaingerował w ludzką naturę. I tylko tyle. Reszta jest nieistotna. Ważne jest przesłanie wiary.

Jeżeli zaś potraktować to dosłownie, to Gabriel musiałby „wejść” w Maryję przez narządy rozrodcze, by Maryja dzięki niemu poczęła, zaszła w ciążę, by jajeczko połączyło się z plemnikiem. Swoją drogą, ktoś ten plemnik jeszcze by musiał nie tylko dostarczyć, ale i jakoś wszczepić… Z tego chyba lepiej zrezygnować.

Poza tym, jeżeliby przyjąć wiarygodność „wersji dosłownej”, trzeba by się (…) zgodzić, że Jezus może być uważany za patrona wszystkich tych poczętych in vitro dzieci, bo sam byłby pierwszym dzieckiem z próbówki.”  Nie wiem, co na to Kościół, ale ja mam mieszane  uczucia. Tego to już nawet dla mnie…za wiele, Lepiej więc chyba pozostać przy tej „symbolicznej” wersji…

[Odmiennego] zdania byli ebionici (hebr. „biedni”), chrześcijanie wywodzący się z judaizmu (…), których Kościół uznał później za heretyków. Twierdzili oni, że Jezus narodził się ze zbliżenia Józefa i Maryi, a na dodatek, że nie był jedynakiem, lecz miał braci (nie tylko w sensie pokrewieństwa) i siostry! Teza, która niejednego męża Kościoła mogła przyprawić o zawrót głowy: Jezus poczęty ze stosunku kobiety i mężczyzny…i na dodatek nie jedyny Syn swoich rodziców!

O Poczęciu Jezusa drogą bliskości fizycznej Maryi i Józefa z całą pewnością można zapomnieć, bo to byłaby już prawdziwa rewolucja w Kościele. Trzeba by najpierw uświęcić współżycie seksualne, skoro tą drogą Jezus wszedł na świat; trzeba by wtedy przyjąć, że Józef podziwiał nagą Maryję i był Nią nie tylko zauroczony [i] zafascynowany, ale odczuwał naturalny pociąg i fizyczne podniecenie; to by też znaczyło, że oboje przeżyli być może tej nocy orgazm, zatracając się w szczęściu fizycznej bliskości i intymnym zjednoczeniu… 

Aż włosy stają dęba na samą myśl o tym, do czego doprowadziłyby takie rozważania… Aczkolwiek… Jeżeli mówi się, że Józef nie zbliżał się do Maryi  poczęła i porodziła Syna (por Mt. 1, 25), to przy zaledwie namiastce uważnego studiowania tego framentu Ewangelii można by dojść do wniosku, iż PO poczęciu i narodzeniu Syna Bożego na drodze [do] ich wzajemnego fizycznego zbliżenia nic już nie stało na przeszkodzie…”
Cyt. za: T. Jaeschke, Nierządnice. O moim kapłaństwie i moim Kościele, wyd. Rajski Ptak, Katowice 2006, s. 245 i nast.
A mnie się w tym miejscu przypomniała jeszcze opowieść znajomego księdza o dyskusji, jaka na ten temat toczyła się w pewnym pociągu międzynarodowym pomiędzy ludźmi różnych wyznań i niewierzącymi. 

„W pewnym momencie – wspominał tamten kapłan – wszyscy znaleźliśmy się w kropce. Aż „zewangelizował” nas pewien Afrykanin, który powiedział po prostu: „Słuchajcie, JEŻELI Jezus jest Synem Bożym, to Jego Ojcem może być tylko Bóg…”

A w takiej perspektywie już nie tak bardzo istotne jest, W JAKI SPOSÓB dokładnie się to dokonało… Dla Boga przecież nie ma NIC niemożliwego. Prawda?:)

Błędne ogniki…

W pewnej „multikulturowej” szkole podstawowej we Włoszech na fali niedawnych sporów światopoglądowych postanowiono zamiast tradycyjnych obchodów Bożego Narodzenia zorganizować fikcyjne (wymyślone tylko na tę okoliczność) „Święto Świateł” – oczywiście po to, żeby (broń Boże!) „nie urazić inaczej wierzących.”

Inicjatywę tę (czemu raczej nie należy się dziwić) z entuzjazmem poparła jedynie Włoska Partia Komunistyczna. 
No, tak, w czasach „politycznej poprawności”, kiedy w środowiskach anglojęzycznych próbuje się nawet ukryć wstydliwy dla niektórych fakt, od jakiego to wydarzenia (zresztą z „błędem”rzędu 4-6 lat:)) na Zachodzie liczymy czas – i dotychczas używany skrót B.C. –before Christ –  zastąpić „neutralnym światopoglądowo” B.C.E – before Common Era („przed powszechną erą” – a jakaż ona, przepraszam, „powszechna”?! – muzułmanie mają własny kalendarz, a Żydzi czy Chińczycy jeszcze inny…) – im mniej KONKRETNE święto obchodzimy, tym lepiej… 
Podobne próby były zresztą już podejmowane w Europie co najmniej od czasów Rewolucji Francuskiej (kiedy to, na przykład, hucznie dawniej obchodzony dzień świętej Katarzyny próbowano zastąpić Dniem Świni…). Już rzymski historyk Ammian Marcellinus z IV w. po Chrystusie pisał, że „ludzie lubią świętować, ponieważ wtedy nie pracują, zakładają piękne szaty i jedzą smaczne potrawy…” 
A w takiej perspektywie nie jest wcale ważne, CO, kiedy i dlaczego świętujemy. Ważne, by było wesoło…
I pomyśleć, że kiedyś marzyła mi się szkoła naprawdę „wielokulturowa” – taka, w której dzieci, zamiast tworzyć na siłę jeden „oficjalny obchód” wspólny dla wszystkich, dowiadywałyby się np. że w grudniu obchodzi się nie tylko chrześcijańską „Gwiazdkę”, ale i żydowską Chanukę… Zawsze mi się wydawało, że TOLERANCJA to poszanowanie dla różnorodności, a nie udawanie za wszelką cenę, że wszyscy jesteśmy tacy sami…

  

No, to ja  chcę być teraz (jak zwykle zresztą:)) zupełnie „niepoprawna politycznie” i życzyć Wam wszystkim (wierzącym i nie) wszelkiego błogosławieństwa z okazji wspomnienia narodzin Tego, który narodził się dla wszystkich. „Pokój! Pokój dalekim i bliskim!” (Iz 57,19)