No, co z tym POSTEM?

W dobie powszechnej mody na odchudzanie i anorektycznych modelek mogłoby się wydawać, że pojęcie „postu” będzie miało większe wzięcie.

 

 

Tymczasem…nawet post ograniczony do kilku dni w roku spotyka się w naszych społeczeństwach, niechętnych jakiemukolwiek „umartwianiu się”, z oskarżeniami o „hołdowanie średniowiecznym zabobonom” – a na Zachodzie Europy  praktycznie już zanikł (przy milczącej rezygnacji tamtejszej hierarchii kościelnej), zastąpiony dość mglistym wymaganiem praktykowania w zamian „miłości bliźniego” (jak gdyby jakiekolwiek „pobożne praktyki” temu przeszkadzały!:))

 

Warto jednak sobie uświadomić, że post nie jest (podobnie jak celibat i jeszcze parę innych rzeczy :)) wynalazkiem katolickim a nawet chrześcijańskim (choć wiemy z Nowego Testamentu, że uczniowie Chrystusa niekiedy pościli, zwłaszcza przed ważnymi wydarzeniami – Dz 13,2; a sam Rabbi, zdaje się, przewidywał, że będą pościć po Jego śmierci (Łk 5,35), choć za życia nie należał do tak surowych ascetów, jak np. Jan Chrzciciel (Łk 5,33), który na pustyni żywił się wyłącznie „szarańczą i leśnym miodem” (Mt 3,4) – ba, niektórzy mieli Go nawet za „żarłoka i pijaka”, bo chętnie bywał na ucztach i to w mocno „podejrzanym” towarzystwie (Mt 11,13). A jednak i On przebywał przez 40 dni na pustyni i pościł (Łk 4,2), przygotowując się do publicznej działalności).

 

Post znajdujemy również w Starym Testamencie, zwykle jako wyraz pokuty i gotowości do nawrócenia – jest tam także piękny opis postu króla Dawida w intencji dziecka, które niestety później zmarło (2 Sm 12, 17-22). Współcześni wyznawcy judaizmu zachowują ścisły post (nie jedzą i nie piją) podczas święta Jom Kippur, które jest żydowskim Dniem Pojednania i pokuty za grzechy. Muzułmanie mają cały miesiąc takiego postu (trwającego każdego dnia do zachodu słońca) w ramadanie, który zazwyczaj przypada na przełom sierpnia i września lub września i października – tegoroczny ramadan będzie trwał od 21 sierpnia do 19 września. Wyznawcy islamu wierzą, że jest to okres, w którym Allah szczególnie hojnie wybacza ludziom wszelkie przewinienia. Jeżeli z jakiegoś powodu nie można przestrzegać postu (zwolnione są z tego m.in. kobiety ciężarne i matki karmiące), należy wybrać sobie na to 30 innych, dowolnych dni w roku, a w czasie ramadanu nakarmić przynajmniej jedną osobę, której nie stać na przyzwoity posiłek.

 

A z historii starożytnej wiem, że posty praktykowali także kapłani różnych kultów, np. egipskich, jako rytuał oczyszczenia i przygotowania. Wynika z tego, że istoty ludzkie od zawsze uważały, że „wyrzeczenie” ma jakąś istotną wartość duchową – i tylko w naszej epoce ludzi, którzy nadal je praktykują, uważa się w najlepszym razie za nieszkodliwych maniaków albo fanatyków (świadczy o tym np. niezdrowe wyolbrzymianie praktyk Opus Dei – któremu „gębę” religijnych masochistów dorobił Dan Brown); choć, oczywiście, zdarzają się w tej kwestii „przegięcia” przed którymi zresztą myśliciele zawsze przestrzegali. (W ujęciu wczesnochrześcijańskim „post” – rozumiany także niekiedy jako rezygnacja ze współżycia seksualnego <1 Kor 7,5)  czyli drugiej rzeczy, którą nasze czasy kochają najbardziej;) – ma służyć wyłącznie pomocy w modlitwie oraz temu, by zaoszczędzone w ten sposób pieniądze można było poświęcić na wspomaganie ubogich). 

 

A najpowszechniejszym chyba z nich jest tzw. „post na pokaz”, który piętnował zarówno Jezus jak i prorocy Starego Testamentu:

 

„[Pytacie:] „Czemu pościliśmy, a Ty nie wejrzałeś?

Umartwialiśmy siebie, a Tyś tego nie uznał?”

Otóż w dzień waszego postu wy znajdujecie sobie zajęcie

i uciskacie wszystkich waszych robotników.

Otóż pościcie pośród waśni i sporów,

i wśród bicia niegodziwą pięścią.

Nie pośćcie tak, jak to dziś czynicie,

żeby się rozlegał zgiełk wasz na wysokości.

Czyż to jest post, jaki Ja uznaję,

dzień, w którym się człowiek umartwia?

Czy zwieszanie głowy jak sitowie

i użycie woru z popiołem za posłanie –

czyż to nazwiesz postem i dniem miłym Panu?

Czyż nie jest raczej ten post, który wybieram:

rozerwać kajdany zła, rozwiązać więzy niewoli,

wypuścić wolno uciśnionych i wszelkie jarzmo połamać;

dzielić swój chleb z głodnym,

wprowadzić w dom biednych tułaczy,

nagiego, którego ujrzysz, przyodziać

         i nie odwrócić się od współziomków?” (Iz 58. 3-7)

 

No, tak, jest to postawa, którą nasza mądrość ludowa określa zwięźle jako „modli się pod figurą, a diabła ma za skórą” – i coś, co skutecznie odstrasza ludzi od postu…i poszczących.

 

Tymczasem w ujęciu Jezusa post nie powinien być nawet „smutny” (Mt 6, 16-17), powinien bowiem dotykać bardziej naszego „serca” niż ciała. No, to… radosnego postu Wam życzę! 🙂

 

A żeby się zrobiło jeszcze weselej, mała anegdotka.

Po zakończeniu święta Jom Kippur ojciec mówi do dzieci: „Po tak długim poście nie należy się tak od razu rzucać na jedzenie. To niezdrowo. Trzeba jeszcze odczekać jakieś 10 minut!”

 

  

 

Kozetka i konfesjonał.

Po wielu innych modach z Zachodu przyszła do nas również „moda” na psychoterapeutów – w niektórych środowiskach po prostu „wypada” mieć swojego, podobnie jak gosposię, trenera fitness, nianię, wróżkę albo jakiegoś osobistego „ducha przewodnika.”

Mój ukochany lekarz zawsze mi powtarzał, że medycyna nie zna ludzi zupełnie zdrowych, są tylko niedokładnie przebadani. No, to wygląda na to, że teraz stajemy się także społeczeństwem ludzi chorych psychicznie…

A ja w tym widzę również pewną „zastępczą formę religii”, ponieważ wiadomo, że natura ludzka nie znosi próżni. Skoro to „obciach”chodzić do spowiedzi, no, to się „kulturalnie” pójdzie do psychoterapeuty,zapłaci mu za wysłuchanie naszych żalów i usłyszy „rozgrzeszenie”, że tak właściwie, to jesteśmy całkiem w porządku, a wszystkiemu winni są nasi toksyczni rodzice.

Freud, który twierdził, że u podłoża większości problemów nerwowych leżą „przesądy religijne”, od których należy co prędzej uwolnić pacjenta (ponieważ rodzą konflikty wewnętrzne), sam stworzył ze swojej nauki coś na kształt świeckiej religii – gdzie terapeuta jest „duchowym przewodnikiem” pacjenta i ma nawet swojego przełożonego (supervisora), któremu z kolei sam powierza własne trudności.  A niektórzy ze znanych terapeutów (jak Wojciech Eichelberger) pragnęli w swoim czasie uchodzić za „mistrzów życia” w każdej dziedzinie.

To chyba nie przypadek, że pierwsze na tę epidemię psychoanalizy zapadły kraje protestanckie, w których przed wiekami zniesiono spowiedź indywidualną. Bo człowiek to jest taka istota, że czasami MUSI komuś „wywalić” co mu leży na wątrobie – a coraz rzadziej może szczerze pogadać z najbliższymi – bo tatuś ma trzecią żonę, mamusia nowego faceta, kumpela właśnie się rozwodzi, a żona poleciała na bardzo ważną konferencję do Honolulu…

A jednym z ciekawszych skutków ubocznych tego zjawiska jest niemal zupełna likwidacja pojęcia „grzechu” (czy, jak kto woli, moralnej winy), które obecnie zastąpiła choroba.  

Dla przykładu, prawie nie uświadczysz już starych, poczciwych rozpustników i „cudzołożników” – wokół sami tylko erotomani albo seksoholicy. Nawet złodziei sklepowych czy kieszonkowych coraz częściej zastępują budzący współczucie kleptomani. A rzecz cała zaczyna się już w szkole – jeżeli nie masz ochoty wkuwać nudnych zasad ortografii, nie ma sprawy: wystarczy, że załatwisz sobie zaświadczenie o dysleksji (choć, ściśle rzecz biorąc, chodzi tu o dysortografię). A przecież jest jeszcze dyskalkulia (niezdolność liczenia) i parę innych…

Można łatwo dojść do wniosku, że jeżeli w ogóle zdarzy nam się popełnić jakieś zło, to trzeba nas leczyć, a nie karać – ponieważ tak naprawdę to my za nic nie odpowiadamy. Niedawno udowodniono przecież, że nasz mózg podejmuje „za nas” decyzję ułamki sekundy przedtem, zanim dotrze ona do naszej świadomości…

UWAGA: Nie chcę przez to powiedzieć, że wymienione w tekście jednostki chorobowe w ogóle nie istnieją! Sądzę jedynie, że nie są tak powszechne, jak to się dziś uważa. Podobnie jak nie twierdzę, że psychoterapia nie pomaga ludziom rzeczywiście chorym – mam jedynie wątpliwości, czy jest naprawdę potrzebna wszystkim, którzy z niej korzystają. Tylko tyle.

Taniec na linie.

Wiara tym się różni od WIEDZY, że nigdy nie jest pewnością – tak więc często bywam rozbawiona treścią niektórych blogów, w których co rusz jakiś autor (sądząc z tonu, bardzo młody) ogłasza, że jest absolutnie PEWIEN że Boga nie ma, zaświatów nie ma, piekła nie ma… No, żeby zacytować „klasyka” Kononowicza: że nie ma NICZEGO. 🙂

Tymczasem wiara jest swego rodzaju „balansowaniem” pomiędzy pewnością a niepewnością, poszukiwaniem odpowiedzi raczej, niż przekonaniem, że się ją już znalazło.

Już Pascal stwierdził, że w otaczającym świecie istnieje tyle samo rzeczy i zjawisk, które skłaniają nas do wiary, jak i takich, które zdają się nas od niej odstręczać. Bardzo odpowiada mi koncepcja, w myśl której Bóg się „ukrywa” po to, aby uszanować naszą wolność – i aby ateizm uczynić równie realną możliwością. Bo gdyby rzeczywiście (jak chcą muzułmanie) Bóg był „widoczny jak słońce na niebie”, to jakaż trudność byłaby w tym, żeby w Niego uwierzyć? Wtedy dopiero (śmiem twierdzić) wiara stałaby się wiedzą…

Dlatego też równie sceptycznie podchodzę do tych, którzy twierdzą, że zawsze wierzyli i nigdy nie zwątpili. Jeżeli ktoś mi mówi, że nigdy nie wątpił, mam też poważne wątpliwości, czy w ogóle wierzył…

A sama wiara…no, cóż, opiera się na ZAUFANIU w to, że mimo wszystko gdzieś jest Ktoś, kto nad nami czuwa w każdej sytuacji.

A lepiej od wszystkich teologicznych rozważań, do których zresztą nie mam właściwego przygotowania, ilustruje to taka urocza anegdotka:

W Nowym Jorku występował linoskoczek, którego specjalnością było przechodzenie z tyczką po linie, rozpiętej między dwoma wieżowcami. Skończywszy swój zwykły pokaz, akrobata zszedł na dół i zapytał zgromadzonych: „Czy WIERZYCIE, że mogę zrobić to samo także bez tyczki?” „Wierzymy, wierzymy!” Cyrkowiec wjechał więc na górę i powtórzył występ bez tyczki. „A czy wierzycie, że zdołam to zrobić także pchając przed sobą niewielką taczkę?” „Oczywiście!” „Tak? No, to kto z was wejdzie do tej taczki?!” Zapadła niezręczna cisza. Nagle z tłumu wysunęła się mała dziewczynka: „Ja pojadę!” I facet przewiózł ją na taczce pomiędzy budynkami. Na dole dziewczynkę otoczył tłum zaciekawionych dziennikarzy: „No, i co, nie bałaś się?!” „Eeee, tam! – mała wzruszyła ramionami – Przecież to jest mój tatuś i my co tydzień robimy taki numer…” 🙂