Dobre rady ciotki Ady…

czyli o czym zazwyczaj mówię dziewczynom, które zwierzają mi się z problemu p.t. „Kocham księdza!” – oczywiście zakładając, że zechcą mnie w ogóle słuchać, bo wiadomo, że na tym świecie”rada jest najtańszym towarem.” 🙂

  1. Czy „on” odwzajemnia Twoje uczucia? Jeżeli nie jesteś tego w 100% pewna, to dobrze się zastanów, czy należy go koniecznie „uświadamiać” w tej kwestii. Czasami na pewno lepiej wiedzieć, „na czym stoimy” ale… nie zawsze. Z drugiej jednak strony – między przyjaciółmi szczerość jest najważniejsza, prawda?

  2. Niezwykle często bywa tak, że „miłość do księdza” rodzi się przy okazji jakichś wspólnie rozwiązywanych problemów. Św. Teresa z Lisieux mawiała, że uczucie, jakim darzymy naszego spowiednika, jest czymś naturalnym, ponieważ przez niego otrzymujemy wielkie dobro. Ale…

  3. Nie każda autentyczna miłość między księdzem a dziewczyną musi się zaraz przekształcić w relację damsko-męską. Pamiętaj, że są różne rodzaje miłości. Zastanów się, którego z nich pragniesz w odniesieniu do tego kapłana?

  4. Nigdy nie pozwól sobie wmówić, że grzechem jest sama „miłość do księdza” – miłość nigdy nie jest grzechem… ważne jest natomiast, co się z tą miłością zrobi.
  5. Bardzo często się zdarza że kochamy księży właśnie za to, że są… księżmi a kiedy przestają nimi być, to nagle okazuje się że wcale nie są tacy wspaniali…kiedy przychodzi ta „szara codzienność. ” To dlatego na samym początku P. mnie pytał: „Kochasz MNIE czy tego KSIĘDZA, którym jestem?” To jest bardzo, ale to bardzo ważne pytanie!

  6. Przykazanie uczy, że mamy kochać innych „tak jak siebie samego” czyli – że nie jesteśmy w stanie naprawdę pokochać nikogo, dopóki nie kochamy siebie. Nie możemy wymagać, by inni nas kochali, jeśli sami siebie nie kochamy. Zastanów się, czy nie zakochałaś się w księdzu tylko dlatego, że czujesz że komuś w końcu naprawdę na Tobie zależy – i pamiętaj, że powołaniem dobrych księży jest kochać właśnie wszystkich tych, których nikt nie kocha (albo którzy sami czują się niekochani).
  7. Daj mu tyle czasu do namysłu, ile on potrzebuje – i sama też postaraj się dobrze rozeznać, czego pragniesz i dlaczego. Zanim podjęliśmy tę ostateczną decyzję, pojechałam… na rekolekcje i P. też.:) Bądź przygotowana na to, że on powie Ci: „Bóg dał mi inną drogę, taką, na której nie ma dla Ciebie miejsca.” Uszanuj to.

  8. Nie myśl o „nim” bez przerwy – postaraj się nawiązywać relacje z innymi ludźmi, z „normalnymi” chłopakami. Jeżeli naprawdę jesteście sobie „przeznaczeni” to i tak będziecie razem, bez względu na wszystko. Ja miałam jakieś siedem lat, kiedy „przepowiedziałam” sobie, że się ze mną ożeni jakiś ksiądz – i potem przez całe moje życie starałam się usilnie, żeby jednak do tego nie doszło. 🙂

  9. Rozejrzyj się, czy w Twoim otoczeniu nie ma czasem kogoś innego, komu zależy na Twoim szczęściu? Kto wie, może Cię w końcu „przekona”swoją miłością? Nie zamykaj się na miłość, która może przyjść z miejsca, z którego byś się jej wcale nie spodziewała.
  10. Spróbuj go traktować po prostu jako przyjaciela – wbrew pozorom „oni” BARDZO potrzebują przyjaciół. Miałam w życiu wielu spowiedników, a w pierwszym z nich byłam mocno zakochana. Miałam wtedy 16 lat i uważałam się za bardzo zbuntowaną nastolatkę. Marzyłam, że on dla mnie „zrzuci sutannę” (dziś już wiem, że to była dziecinada…:)) – ale ostatecznie wyszło mi to tylko na dobre, ponieważ patrząc na niego (był naprawdę mądrym i prawym człowiekiem!) zaczęłam wierzyć w Boga a jego nauczyłam się w końcu traktować jak „starszego brata” i przyjaciela (podobnie jak kilku innych) – a niektórych znów traktowałam jak ojców i mądrych przewodników.

  11. Jeżeli nie możesz inaczej, to kochaj go nadal, ale – SPRÓBUJ KOCHAĆ GO TAK JAKBY BYŁ TWOIM BRATEM A TY JEGO SIOSTRĄ.
  12. Myślę że to naprawdę jest tak, jak pisał ks. Twardowski „Miłości się nie szuka – jest albo jej nie ma”;”Kto miłości nie znalazł – już jej nie odnajdzie – a kto na nią wciąż czeka – nikogo nie kocha. Jeśli jest miłość, to po prostu jest…wie się o tym. Tak więc w miłości zawsze musi zaistnieć ta „informacja zwrotna” bo bez niej…nic z tego nie będzie… Miłość nieodwzajemniona to tylko wieczna tęsknota.

  13. Od każdego można oczekiwać tylko tyle miłości, ile on jest w stanie Ci dać – nie chciej więc od niego więcej, niż on może.

  14. Nie próbuj na siłę skracać dystansu między wami – pozostaw wasze relacje tak, jak są. Z czasem powinien się ustalić charakter związku, jaki was łączy.

  15. Pamiętaj,że decyzja o „byciu z księdzem” na stałe powoduje pozbawienie dostępu do sakramentów. I to jest trudne. Bardzo. Pamiętam jak dziś, jak P. napisał mi: „No, właśnie –sakramenty. Musimy o tym porozmawiać. O tym, że kiedy się pobierzemy, będziemy ich pozbawieni. Czy jesteś w stanie tyle dla mnie poświęcić?” A ja… ja się rozpłakałam… Jeżeli jesteś wierząca, to zastanów się, czy jest w Tobie gotowość do tak wielkiej ofiary. Kiedy już poznałam P., a jeszcze przed„ostateczną decyzją” często przystępowałam do komunii i do spowiedzi z takim strasznym uczuciem, że to może już ostatni raz w moim życiu.
  16. Korzystaj z sakramentów tak często, jak tylko możesz. Co ja bym za to dała!

  17. Przeczytaj sobie historię Moniki i Marka! Ona miała 17 lat, kiedy się spotkali, a on chyba 27 i był młodym wikarym. Potem była szybka decyzja o odejściu z kapłaństwa, chyba ślub, poszukiwanie pracy,wyrzuty sumienia, kłótnie, sceny zazdrości… Ostatnio chyba znowu wrócili do siebie, ale nie wiem na jak długo bo w pewnym momencie on się wyprowadził od niej do matki. Nie ma co, burzliwy mają związek! Odnośnik do bloga Moniki znajduje się w moich linkach (ku przestrodze że i tak bywa). Mam wrażenie, że z nich dwojga to Monika „starała się” bardziej, a Marek ją tylko obwiniał… 

  18. Zdaję sobie sprawę z tego, że – szczególnie po pobieżnej lekturze mojego bloga – nasza historia może się wydawać idealna, ale… Prawdziwe życie jednak zaczyna się dopiero po „happy endzie.” P. jest na ogół bardzo dobry i cierpliwy, ale czasami jednak puszczają mu nerwy i wtedy go prawie nie poznaję. A potem on mnie przeprasza, ach, przeprasza… 😉 A ja znów potrafię się na niego gniewać i złościć o byle co…a potem go przepraszam… (Choć ja się zwykle złoszczę niezasłużenie…bo on i tak robi o 200% więcej, niż inni mężczyźni – i jest mi posłuszny niczym wierny sługa jaśniepani 😉 – a ja czasem zachowuję się jak obrażona księżniczka…jakby nie wiem jakie cudo ze mnie było. ;)) Ale jestem absolutnie pewna , że on mnie kocha POMIMO wszystkich moich wad i wrednego charakteru – a ja kocham jego, mimo że mnie czasem denerwuje – i zawsze jesteśmy gotowi sobie wybaczyć i porozmawiać. 

  19. Osobnym problemem jest zawsze rodzina (a właściwie dwie rodziny). Wiem, że wszyscy moi bliscy byliby bardzo zadowoleni, gdybym „to” zakończyła w odpowiednim momencie. Do dzisiaj jeszcze niecała nasza rodzina i wcale nie wszyscy znajomi wiedzą, kim P. jest naprawdę. Nie ukrywamy tego specjalnie,ale i nie rozpowiadamy. (Po prawdzie, to i nie za bardzo jest się czym chwalić, a to jest bardzo małe miasteczko…). Wszyscy zresztą na pewno chcieli DOBRZE – pewnie myśleli, że on mnie tylko „wykorzysta”i porzuci.

  20. Przygotuj się na to, że prawdopodobnie odniesieniu do JEGO rodziny czekają Cię jeszcze większe wyrzuty sumienia. Dla niektórych rodziców „syn-ksiądz” jest jedynym powodem do dumy. Jako ci, którzy „wychowali kapłana” są podziwiani, szanowani, etc. Zastanów się, czy naprawdę chcesz im to „odebrać.” W każdym razie ja się długo czułam jak ten bogacz z przypowieści, co to zabrał biedakowi jego jedyną owieczkę…

  21. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie możesz o tym nikomu opowiedziećdlatego właśnie zaczęłam pisać bloga. Widocznie człowiek zawsze ma potrzebę wyrzucenia z tego co w nim siedzi… Mam wrażenie, że ja nie udźwignęłam tej „tajemnicy.”

  22. Z drugiej jednak strony nie chciałabym, abyś myślała, że jak się już jest tą „żoną eksa”to jest taka „czarna dziura”, zupełnie inny świat i wielka tragedia. Ja tak właśnie myślałam – a to jest PRAWIE normalne życie – przy czym to „prawie” czyni wielką różnicę – a w każdym razie nie jest aż tak „strasznie”, jak się spodziewałam. 🙂
  23. Przypuszczam, że zawsze będziesz go kochała w jakiś sposób – bo tego się nigdy nie zapomina – prawdziwa miłość nigdy (do końca) „nie przemija.” Z czasem jednak ta miłość się zmieni i będzie (najprawdopodobniej) tylko pięknym wspomnieniem, czymś , do czego będziesz wracać z sentymentem.
  24. Pozwól Panu Bogu wypełnić w Twoim życiu to, do czego Cię przeznaczył – bo może takie życie, jak moje, to jednak nie jest Twoje”powołanie”? Ludzie często niepotrzebnie boją się tego, co przyszłość ma im do zaoferowania…

Krótka historia pewnej korespondencji.

Z pewnym zdziwieniem zauważyłam ostatnio, że mój blog przyciąga „dysydentów” wszelkiej maści – od prawa do lewa – choć ja sama nigdy nie uważałam się za „buntowniczkę.” 🙂

Oto zapis interesującej skądinąd korespondencji, jaką przeprowadziłam z pewnym zwolennikiem tzw. „Tradycji Katolickiej”, czyli, mówiąc prościej, bpa Lefebre’a.

>Od: Tradycjonalista
> Do : Alba
> Temat: Wszystko, co niemożliwe
> http://cienistadolina.blog.onet.pl
>
Dwie drogi
Każdy człowiek ma wolną wolę i może wybrać wieczność dla siebie dobrą lub złą. Żeby iść do piekła nie trzeba robić nic. Żeby się zbawić należy się mocno starać. Św. Paweł napisał: 1P 4:18 „A jeśli sprawiedliwy z
trudnością dostąpi zbawienia, to bezbożny i grzesznik gdzież się znajdzie?” Słowa Pana Jezusa nie pozostawiają  żadnych wątpliwości. Mt 7:13 „Wchodźcie przez ciasną bramę; albowiem szeroka jest brama i przestronna droga, która wiedzie na zatracenie, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. W „Dzienniczku” Św. Faustyny czytamy:
„W pewnym dniu ujrzałam dwie drogi: jedna droga szeroka, wysypana piaskiem  i kwiatami, pełna radości i muzyki, i różnych przyjemności. Ludzie szli tą drogą, tańcząc i bawiąc się – dochodzili do końca, nie spostrzegając, że już koniec. Ale na końcu tej drogi była straszna przepaść, czyli otchłań piekielna. Dusze te na oślep wpadały w tę przepaść, jak szły, tak i wpadały. A była ich tak wielka liczba, że nie można było ich zliczyć. I widziałam drugą drogę, a raczej ścieżkę, bo była wąska i zasłana cierniami i kamieniami, a ludzie, którzy nią szli [mieli] łzy w oczach i różne boleści były ich udziałem. Jedni padali na te kamienie, ale zaraz powstawali i szli dalej. A w końcu drogi był  wspaniały ogród, przepełniony wszelkim rodzajem szczęścia, i wchodziły tam te wszystkie dusze. Zaraz w pierwszym momencie zapominały o swych cierpieniach.
Ja, siostra Faustyna, z rozkazu Bożego byłam w przepaściach piekła na to, aby mówić duszom i świadczyć, że piekło jest. O tym teraz mówić nie mogę, mam rozkaz od Boga, abym to zostawiła na piśmie. Szatani mieli do mnie wielką nienawiść, ale z rozkazu Bożego musieli mi być posłuszni. To, com napisała, jest słabym cieniem rzeczy, które widziałam. Jedno zauważyłam: że tam jest najwięcej dusz, które nie dowierzały, że jest piekło.”
Wybór drogi należy do Ciebie.
Warto poświęcić trochę czasu dla wieczności.
 Pozdrawiam. T.; katolik
>
Przepraszam jeśli nie chcesz poznać Prawdy, która wyzwoli z błędów
ciemności.
>

> Od: Alba
>Do: Tradycjonalista
>Temat: Re: Wszystko, co niemożliwe.
>
T. drogi, ja WIEM, ze piekło istnieje – jednak ufam, ze Bóg, w swej nieskończonej miłości i miłosierdziu, nie zechce tam posłać mnie,
grzesznej.
Pozdrawiam – Alba
>
>Od:  Tradycjonalista
>Do: Alba
> Temat: Re: Re:

Albo, żeby dostać się do nieba, trzeba pełnić wolę Boga  a nie diabła.
Pozdrawiam i życzę nawrócenia. A nawrócenie polega na odcięciu się od „Kościoła” posoborowego i powrocie do Kościoła Katolickiego. T.
>Od: Alba
>Do: Tradycjonalista
>Temat: Re: Re: Re:

T., a mnie uczono, że bycie w Kościele Katolickim polega m.in. na

posłuszeństwie wobec papieża i biskupów. 🙂 Jezus powiedział, że kto ich
słucha, Jego samego słucha. (Łk 10,16). I gdyby Sobór postanowił, że od dziś mamy sprawować Eucharystię stojąc na głowie, to też bym to przyjęła z niezmąconym spokojem. 😉 I tak mi się tylko jakoś zdaje, że nie pełni woli Boga ten, kto dla ludzkich tradycji rozbija Kościół Chrystusowy. Jeden ze średniowiecznych papieży  (a więc tych, których autorytet Ty też powinieneś uznawać) powiedział: „Bóg nie powiedział – Moje imię jest ZWYCZAJ.” Diabeł zaś, po grecku diabolos, to „ten, który
powoduje rozłamy”. A nawrócenie polega na odcięciu się od zła, a nie od jakiegokolwiek Kościoła. Wiem, że sama jestem 'grzesznicą’, bo nie powinnam mieć za męża kapłana, ale ufam, że Kościół kiedyś daruje mi moja winę. Dlatego przy nim pozostanę. Zostań z Bogiem. Alba.
>
>Od:Tradycjonalista
>Do: Alba
>Temat: Re (4):

Jestem posłuszny wszystkim katolickim papieżom, aż do ostatniego Piusa XII włącznie, co i Tobie polecam.
Kłamców i fałszywych nauczycieli nie warto słuchać, bo grozi to potępieniem. Pozdrawiam i życzę nawrócenia.
Nawrócenie polega na odcięciu się od „Kościoła” posoborowego i powrocie do Kościoła Katolickiego.

No, cóż, pierwsze, co rzuca mi się w oczy w tych listach, to to nieustanne „straszenie” piekłem i potępieniem, charakterystyczne dla Kościoła przedsoborowego. Drugą sprawą jest natomiast fakt, że w oczach mego korespondenta większym „złem” wydaje się fakt, że należę do znienawidzonego przez niego „Kościoła posoborowego” niż to, że pogwałciłam prawa tego Kościoła, biorąc sobie za męża kapłana. Nawiasem mówiąc, jeżeli mój szanowny rozmówca szukał we mnie „konwertytki” to zdecydowanie źle trafił. Myślę, że w Bractwie Piusa X moja (nasza!) sytuacja wcale nie byłaby lepsza niż obecnie. Najwyżej postraszyliby mnie ogniem piekielnym…

Ale potem weszłam na stronę prawicowych organizacji, związanych ze Stowarzyszeniem Kapłańskim Piusa X (tak to się oficjalnie nazywa) i się przeraziłam – tyle tam było nieskrywanej nienawiści do Żydów, masonów…i w ogóle do wszystkich inaczej wierzących i inaczej myślących (oberwało się nawet Katolickiej Agencji Informacyjnej!).

I choć doceniam niedawny gest Benedykta XVI, który zdjął ekskomunikę z dwóch biskupów – lefebrystów, to jednak zastanawiam się – czy, w ostatecznym rozrachunku, „Paryż wart jest mszy”?

Podobno każdy człowiek z wiekiem staje się bardziej „konserwatywny” (i stąd powiedzenie, że „kto w młodości nie był socjalistą, ten na starość będzie łajdakiem.”:)) – i papieża to pewnie też dotyczy.

 

A może, myślę sobie, on od dawna myślał tak, jak teraz – a tylko myśmy się po nim spodziewali czegoś innego? Może pierwszym sygnałem, że będzie probował się odwoływać do innej, starszej niż soborowa, tradycji, był już sam wybór imienia? Zamiast, wzorem swoich poprzedników, przyjąć imię Jana lub Pawła, „niemiecki papież” nazwał się Benedyktem…

A jednak myślę, że to smutne, iż Joseph Ratzinger, który jako młody teolog był jednym z architektów Soboru, teraz zdaje się sprzyjać jego przeciwnikom. Jestem w stanie zrozumieć, że robi to po to, by „zbuntowanym” umożliwić powrót do Kościoła katolickiego (a także, zapewne, by wzmocnić siłę Tradycji wewnątrz samego Kościoła, bo tendencje skrajnie „liberalne” praktycznie uśmierciły już protestantyzm w Europie Zachodniej. Tak więc „wszystkie ręce na pokład” Piotrowej łodzi – nawet, gdyby to miały być ręce lefebrystów!).

„Wierzę w Kościół powszechny” tzn. taki, w którym jest miejsce i dla „konserwatystów” i dla „postępowców”, dla byłych księży i dla lefebrystów…

Ale przecież oni wcale tego „pojednania” z Kościołem nie chcą – ba, nie czują się nawet „schizmatykami”. Nie chcą być tylko jedną z wielu możliwych „duchowości” w ramach katolicyzmu. Nie. Oni chcą, by cały Kościół stał się taki, jak oni. Brrrr…

Blogowe wojny: ateiści i antyateiści.

Mam ostatnio wiele okazji, by czytać blogi zarówno wojujących ateistów, jak i zajadłych wierzących – i wydaje mi się, że często obydwie strony zbytnio się zapędzają.

Przede wszystkim, nie każdy ateista jest „człowiekiem niemoralnym i złym” – znałam wielu prawych i szlachetnych, którzy – jak wierzę – na pewno trafią do nieba (i będą wtedy bardzo zdziwieni, bo przecież dobrze czyniąc przez całe życie wcale na to nie liczyli:)).

Nie zawsze ateizm wynika z chęci zrzucenia moralnych ograniczeń, choć bywa i tak (czytałam kiedyś wywiad z jednym takim, który twierdził, że z dziesięciorga przykazań uznaje dwa – „nie zabijaj” i „nie kradnij” – i do dziś nie mogę zrozumieć, dlaczego jego ateistyczna moralność pozwala mu np. nie szanować rodziców, kłamać czy zdradzać żonę? Przecież te nakazy nie mają nic wspólnego z wiarą w Boga!).

I wcale nie wszyscy wierzący czynią to, co wiara im nakazuje – a przecież wszyscy będziemy sądzeni z uczynków („Byłem głodny, a daliście Mi jeść…Spragniony, a daliście Mi pić…”– Mt 25,35 i nast.), a nie z „teoretycznie” wyznawanej wiary. Jezus mówił nawet: „Nie każdy, kto Mi mówi:”Panie, Panie!”, wejdzie do Królestwa Niebieskiego.” (Mt 7,21)

Wierzący chętnie mówią o zapiekłości ateistów – ale czy pisząc takie blogi sami nie stają się do nich podobni? To prosty fakt, że zbyt długo kimś walczysz, stajesz się podobny do niego. Miałam kiedyś znajomego, który tak długo „walczył” ze Świadkami Jehowy, że w końcu zaczął zachowywać się tak samo, jak oni.

A czy my, wierzący, zamiast „walczyć” nie powinniśmy raczej nadstawić drugiego policzka? Przecież NAM Bóg objawił, że mamy miłować nawet nieprzyjaciół. Czyżby ateistów to nie dotyczyło?:)

Zawsze się bałam, by ktoś nie powiedział o mnie tak, jak Mahatma Ghandi, gdy go pytano, dlaczego przy całej swojej sympatii dla ideałów Ewangelii mimo wszystko nie został chrześcijaninem. Odparł:”Lubię waszego Chrystusa, ale nie waszych chrześcijan!” A przecież Biblia mówi:„Jakże mieli wzywać Tego, w którego nie uwierzyli?” (Rz 10,14) A jak myślicie, w jaki sposób ludzie na ogół „poznają” Boga, jeśli nie przez spotkania z tymi, którzy twierdzą, że w Niego wierzą? I z tego samego powodu często odchodzą od wiary. Jeżeli na świecie jest aż tylu ateistów, to jest to w dużym stopniu wina nas, wierzących.

Nie ukrywam, że „pokojowe” rozwiązanie zawsze bardziej mi odpowiadało – chociaż (a może właśnie dlatego) że sama DOŚWIADCZYŁAM obecności Boga i teraz nie mogę (bez zakwestionowania tego, że jestem przytomna i normalna) wyrzec się tego doświadczenia. Choć pewnie żonie byłego księdza byłoby łatwiej przejść na „ciemną stronę mocy” (czy też, jak chcieliby blogowi ateiści, na „jedynie słuszną stronę”:)).

A jednak nie czuję przejmującej potrzeby „nawracania” kogokolwiek na swój światopogląd – pomijając już fakt, że sądzę, że tylko Bóg może ostatecznie „przekonać” do siebie człowieka – wydaje mi się, że „prawienie kazań” jest konieczne tylko wtedy, kiedy jesteśmy przekonani, że nasz bliźni robi coś złego. Co jest jednak tak strasznie „złego” w tym, że ktoś nie wierzy w Boga? Albo, że w Niego wierzy? Mnie tam nie przeszkadza, że ktoś wierzy w krasnoludki… Jeżeli ta wiara czyni go szczęśliwszym, to ani myślę go „uświadamiać.”

A jeżeli Bóg jest PRAWDĄ, to nie potrzebuje „obrońców” (Jezus też nie miał adwokata!:)) – bo prawda obroni się sama. Z drugiej strony, jak na Kogoś, kto podobno nie istnieje, to On ma zadziwiająco dużo „osobistych wrogów.” 🙂 Czy to aby nie dlatego, że Homo sapiens to jest taka istota, że bardzo pragnie, by wszyscy inni podzielali jej przekonania – może na zasadzie: „Skoro jest nas tak wielu, to przecież nie możemy się mylić”? 

Nawiasem mówiąc, czy sądzicie, że wielu ateistów „nawróci się” po lekturze tego bloga?;)