Tam Jahwe nam udzielił swego błogosławieństwa…

Stałam przed Tym, który mnie stworzył…mnie i to dzieciątko w moim łonie… – i nic innego się nie liczyło.

 

Stałam i śpiewałam: „Ześlij deszcz, ześlij deszcz! Otwórzcie się, bramy nieba…” – i nie było chyba na świecie osoby, która by bardziej pragnęła tego, o co się modli. Byłam tylko pyłkiem, pustynią, spieczoną, zeschłą ziemią…

 

A potem podeszłam i na znak oddania dotknęłam monstrancji z Najświętszym Sakramentem. Chciałam przedstawić i oddać moje dziecko Panu. Tylko tyle.

 

W tym momencie moim udziałem stało się doświadczenie Abrahama, który powiedział do Pana: „Oby przynajmniej Izmael żył pod Twoją opieką!” Wiedziałam, że nie mam prawa prosić o nic więcej. 

 

A On podniósł to małe ziarnko piasku, za które się uważałam – i stał się dla mnie „jak ten, który podnosi do swego policzka niemowlę.” Pobłogosławił mnie, mojemu dziecku i mojej miłości…

 

Moc Najwyższego mnie osłoniła – i spoczęło na mnie Jego błogosławieństwo.

 

Ktoś może uznać, że to bluźnierstwo – ale tak właśnie to odczułam…

 

Życie Fasolki.

Krwawiłam, więc poszłam do lekarza. A on popatrzył na ekran usg i powiedział: „Jaki tam znowu polip? Przecież to jest żywa ciąża! Ma około sześciu tygodni…” I jeszcze: ” Dobrze, że się państwo nie zgodzili na wyłyżeczkowanie…” No, pewnie!

 

Myślałam, że się rozpłaczę z radości. Moja Fasolka żyje! Żyje! Żyje! Bogu niech będą dzięki!

 

Wprawdzie jej życie ciągle wisi na włosku (zagraża mi poronienie), jest maleńka, ale bardzo dzielna… Więc co 8 godzin łykam grzecznie kwas foliowy i leki na podtrzymanie ciąży – jakże mogłabym tego nie zrobić?! (chociaż niektórzy „życzliwi” mówią mi, że byłoby dla mnie lepiej, gdybym poroniła – i wiem, że moja matka wpadnie w szał, gdy się dowie: zupełnie, jakbym miała 13 lat, a nie 30…)- modlę się i opowiadam maleństwu jakieś niekończące się historyjki o tym, że ja i tatuś bardzo je kochamy…

 

Jeszcze jeden długi dzień, jeszcze jedna długa noc… Ale czas pracuje na Twoją korzyść, Fasolko. Tylko rośnij nam zdrowo!

 

Wszystko nie tak…

Usiadłam przy stole, Fasolko, i wpatrywałam się z niedowierzaniem w dwie kreseczki, zwiastujące Twoją obecność we mnie – choć przecież od dawna już przeczuwałam, że gdzieś tam jesteś…

Jesteś – a więc ja będę – mamą…

Chciałam, żeby ten moment był bardziej uroczysty, żebyśmy potwierdzili Twoje istnienie razem z tatusiem. Żebyśmy się mogli cieszyć, że jesteś już z nami. I przepraszam Cię, moje dzieciątko, że wyszło troszkę inaczej.

Chciałabym, żeby Twój tatuś wziął mnie w ramiona. A potem poszedł do moich rodziców i oświadczył się o mnie. Żebym mogła Cię obnosić z dumą i radością.

Ale teraz…na razie…będę musiała Cię ukrywać przed całym światem. I jakże ja zdołam Cię obronić, Muszelko malutka, przed moją mamą, która (pod pozorem sprzątania!) regularnie i dokładnie przetrząsa wszystkie moje rzeczy, nawet te najbardziej osobiste?

Wczoraj zdołałam ukryć test ciążowy w koszu na śmieci, pod czarnym, nieprzezroczystym workiem – ale gdzie schowam Ciebie, moje biedne maleństwo? Gdzie ucieknę przed jej czujnymi oczyma?

W moim sercu P. jest moim mężem, a ja jego żoną. Nie będę „matką bękarta”, czy jak to się tam nazywa. Ale mężatkom wolno cieszyć się błogosławionym stanem – a dla mnie jest tylko strach. Inne trzydziestoletnie kobiety mogą się cieszyć nawet „nieślubnym” macierzyństwem. Ale przecież nie ja, nie ja! Niezamężne niepełnosprawne dziewczęta nigdy nie bywają w ciąży. A już na pewno nie z księdzem. To się po prostu nie zdarza. No, ale cóż – sama tego chciałam, sama chciałam…

Panie Boże – jeżeli to jest kara, to proszę, ukarz mnie, ale nie to dziecko, nie dziecko! Ono nic nie jest winne, że ma takich lekkomyślnych  (choć bardzo zakochanych!) rodziców. Zrób z nami, co zechcesz – byle ono żyło!

Boję się. O Ciebie i o siebie, Fasolko. Nie wiem, czy jesteś zdrowa, czy dobrze się rozwijasz. A jeśli to jest ciąża pozamaciczna i ja umrę? Albo nie będę mogła mieć więcej dzieci? A jeśli nawet jesteś we mnie całe i zdrowe, to nie mam pojęcia, jak uda mi się Ciebie donosić i bezpiecznie wydać na świat. Nie mam tych słynnych porannych mdłości, ale nie mam także apetytu, a dziś rano obudziłam się zlana zimnym potem. Panicznie boję się poronienia, które przecież zagraża mi na każdym kroku. Ciąża u kalekiej dziewczyny to stan nieomal patologiczny…

Chudnę. Z najwyższym trudem zmuszam się do codziennych ćwiczeń – i nie wiem, czy to, co tutaj robię, Ci nie zaszkodzi, Kruszynko. I modlę się, abyś to jakoś wytzymało – i obiecuję Ci, że już nigdy więcej nie będziemy tego robili. Będziemy dużo spali, racjonalnie się odżywiali i odpoczywali (bo ciągle jakoś chce mi się spać, Muszelko – ciekawe, czy to też z Twojego powodu?).Mamusia Cię ochroni.Tylko żyj! Proszę…

Tatuś…Twój tatuś, Fasolko, jest jedynym jasnym punktem w tym wszystkim (nie licząc tego, że właśnie dostałam pracę – i będę mogła z tego utrzymać ciebie i siebie). Wiem, że mnie kocha – i pokocha Ciebie. Mówił, że już wyobraża sobie, jak będzie słuchał bicia Twego serduszka. Tatuś jest moim jedynym oparciem, jedyną nadzieją, koteczku. Wiem, że osłoni mnie przed całym światem. I przed Twoją babcią. Zabierze mnie do siebie..Tylko kiedy to będzie? Przecież na razie nie mamy nawt żadnego „u siebie”, gdzie moglibyśmy się schronić…

Mieliśmy trochę inne plany, chcieliśmy się najpierw oficjalnie pobrać, a potem powołać Cię do życia. Żeby było „po Bożemu.” We właściwej kolejności. Wiem, że tak właśnie powinno być – i przepraszam Cię, moje dzieciątko, że tak nie jest. Ale wynagrodzimy Ci to, zobaczysz.

„Naszym prawem jest być dzieckiem miłości –
powitanym tu jak najmilszy z gości…”

– jak mądrze śpiewał znany zespół Ich Troje, na długo przedtem, zanim zaczął być taki znany…

A zatem witaj na świecie, Gościu niespodziewany! Kochamy Cię…i to chyba jest najważniejsze, prawda?