Gra w Czarnego Luda…

czyli rzecz o pedofilii.

Nikt przy zdrowych zmysłach chyba nie zaprzeczy, że przestępstwa seksualne z udziałem dzieci należą do najohydniejszych czynów, znanych ludzkości.
Ale jednocześnie trudno nie zauważyć, że współczesne społeczeństwa (skądinąd w większości bardzo liberalne zarówno w kwestii seksu, jak i wychowania) jakoś nie bardzo umieją sobie poradzić z coraz wcześniejszym dojrzewaniem młodzieży, rozpadem tradycyjnej rodziny, wszechobecnością przemocy w mediach i dostępnością pornografii.
Dla starożytnych to, co określilibyśmy dziś jako „treści pornograficzne” nie było wielkim problemem. Mity i poezja sławiły miłość do młodziutkich chłopców i dziewcząt (choć nie małych dzieci! – pierwszym, którego posądzałabym, pośród wielu innych odchyleń, także o pedofilię, był z pewnością zepsuty starzec Tyberiusz. Ponoć miał on całą armię rajfurów, którzy wyszukiwali dla niego urodziwe dzieci obojga płci z terenu całego Imperium…), a na stadionach młodzieńcy występowali ” w stroju Adama.”  Również w chrześcijaństwie – po okresach ogromnej pruderii, kiedy to nawet antycznym rzeźbom utrącano genitalia – roi się np. od nagich, barokowych aniołków…
Oczywiście, także w średniowieczu seksualną przemoc wobec dzieci karano ostrzej niż wobec dorosłych – problem jednak w tym, że w owych czasach człowiek znacznie wcześniej stawał się dorosły. Aż do czasów Oświecenia okres niedojrzałości w życiu człowieka był skracany do absolutnego minimum. Chłopak wysokiego rodu mógł się ożenić (czy raczej zostać ożeniony) w wieku 14 lat, a nasz pobożny król Jagiełło byłby dziś ścigany po całej Europie za pedofilię, bo przecież zaślubiona mu Jadwiga miała tylko 12 lat. (A cóż dopiero powiedzieć o proroku Mahomecie, którego najmłodsza – i ponoć najbardziej ukochana – żona Aisza miała liczyć sobie w chwili ślubu dziewięć wiosen?). 
Śpieszę jednak uspokoić wszystkich zaniepokojonych – zwycięzca spod Grunwaldu raczej nie gustował w niedowarzonych panienkach – historycy przypuszczają, że po dopełnieniu małżeństwa (co było konieczne, aby nie można było podważyć jego legalności) odczekał kilka następnych lat, aż oblubienica w pełni dojrzała.
Jako historyczka lękałabym się także o los innego naszego władcy, Jana III Sobieskiego, który otwarcie przyznawał, że kiedy jego córka, Kunegunda (z tej racji zwana „Pupusieńką”) była małym niemowlątkiem, ogromnie lubił ją całować w pupkę. Kto wie, czy w dzisiejszych czasach nie posądzilibyśmy go o niezdrowe zainteresowania, skoro niejeden rodzic dziś zastanawia się, czy normalne są takie rzeczy, jak całowanie własnego dziecka w pępuszek…
Sęk w tym, proszę państwa, że w dawnych i skądinąd nieraz bardziej pruderyjnych epokach nagość dzieci uchodziła za rzecz „naturalną” i (w pewnych granicach) zupełnie niewinną.
Kiedy w wiktoriańskich, bardzo „wstydliwych” czasach Charles L. Dogson (szerzej znany jako Lewis Carroll) wykonywał – za zgodą rodziców -„odważne” (jak na owe czasy) zdjęcia córeczce swoich przyjaciół,  Alicji, dagerotypy te wówczas nikogo nie oburzyły – podobnie, jak nas nie gorszy już dzisiaj (a raczej śmieszy) ówczesna „dorosła” pornografia. Ale gdy w latach 90-tych ubiegłego wieku powtórzono tę wystawę, jej organizatorów oskarżono o propagowanie pedofilii…
Jeszcze w latach 70-tych minionego stulecia zdjęcia dziecięcych „zabaw w doktora” publikowały nawet szanujące się magazyny ilustrowane, widząc w nich godny pochwały sposób odkrywania własnej seksualności przez dzieci. Uważano, że takie „nieopresywne”, jak wtedy mówiono, wychowywanie dzieci uchroni je przed późniejszymi kompleksami i blokadami. Dziś takie same treści wywołałyby zgorszenie…
Jeden z autorów piszących o dziejach pornografii zauważył, że pod wpływem coraz bardziej powszechnej histerii „antypedofilskiej” miał problemy, zwiedzając weneckie kościoły i muzea. Dawniej obrazy nagich cherubinków nie robiły na nim żadnego wrażenia – teraz zaś widział w nich już tylko potencjalną podnietę dla zboczeńców…
Z tego samego względu nie należy już dzisiaj raczej przeglądać rodzinnych albumów – można by się bowiem było niechcący natknąć na zdjęcie cioci w wieku niemowlęcym, rozciągniętej na kocyku przed obiektywem lokalnego fotografa…
I aż prosi się, aby w tym miejscu przytoczyć fragment z Listu św. Pawła do Tytusa o tym, że: „dla czystych [ludzi] wszystko jest czyste, wszystko zaś jest nieczyste dla skalanych i niewiernych – sami mają zbrukane i dusze i sumienia.” (Tt 1,15 w przekładzie Biblii Warszawsko-Praskiej)
Prawodawstwo większości krajów nie potrafi sobie także poradzić z problemem seksualności nastolatków – i stąd tak samo surowo potraktuje zwyrodnialca, wykorzystującego dzieci w filmach pornograficznych, jak i 16-latka, zaglądającego pod spódniczkę 14-letniej koleżance (choć, jeśli o nią chodzi, prawo także nie jest konsekwentne: z jednej strony, traktuje ją jak dziecko, które trzeba chronić przed wszystkim, co tylko jest związane z seksem – a z drugiej przyznaje jej „prawo do aborcji”, niekiedy nawet bez wiedzy rodziców, jakby była dorosłą i w pełni świadomą siebie kobietą. Wychodzi więc na to, że taka dziewczynka jest za młoda na to, by uprawiać seks, ale nie na to, by mieć skrobankę…).
Tymczasem, choć 14-latka nie jest odpowiednią partnerką dla trzydziesto-czy-czterdziestoletniego mężczyzny (i stąd słuszne społeczne oburzenie w sprawie Polańskiego), to jeśli chodzi o 18-latka, może już być zupełnie inaczej. Jednakże prawo traktuje go także jak przestępcę – i to właśnie tacy młodzi mężczyźni teraz najczęściej przeżywają niepokoje, czy nie mają aby niewłaściwych skłonności…
W Stanach Zjednoczonych o „zły dotyk” oskarżono nawet 6-latka, który w zabawie złapał koleżankę za gumkę od majtek…
I czy jest tu ktoś, kto nie uważa, że to już jest pewna przesada?
Przy pisaniu tego tekstu wiele skorzystałam z lektury artykułu Adama Krzemińskiego „Drżące ciała. Historia pedofilii”, zamieszczonego w numerze 42 (2727) „Polityki” z dnia 17 października 2009 r., s. 30-33.

Słodki PRL.

W odpowiedzi na apel naszej blogowej „egzekutywy” (Redakcji Onetu) postanowiłam i ja coś skrobnąć na temat słusznie minionej epoki, jako że „komunistyczne święto” (22 Lipca) tuż, tuż…

A propos…„Zakłady Przemysłu Cukierniczego 22 Lipca” – tak oficjalnie nazywała się w owych zamierzchłych czasach fabryka, którą wszyscy i tak nazywali po staremu „Wedlem.” Pamiętam, że po wyroby tejże stało się w Warszawie w długich (i wielokrotnie zakręcanych ;)) kolejkach – i to raczej tylko w okolicach największych świąt.

Wyroby były zgrzebnie pakowane (pamiętam, że mając 7-10 lat z upodobaniem zbierałam zagraniczne, kolorowe…opakowania po czekoladach – rzecz, która z pewnością żadnemu współczesnemu dziecku nawet nie przyszłaby do głowy. Dziś papierki się wyrzuca i już.), ale równie pyszne (a może nawet lepsze!) niż dziś… „Ptasie Mleczko”, „Torcik Wedlowski” – mniam, mniam…

To było od święta – a co mieliśmy na co dzień? „Wyroby czekoladopodobne”, które nazwano tak chyba dlatego, że podobne były do…wszystkiego, tylko nie do czekolady. Te, które osobiście pamiętam, bardziej przypominały raczej bardzo twardą masę krówkową, zaledwie nadającą się do spożycia.

W sezonie wakacyjnym były także lody na patyku marki „Bambino” – (podobno śmietankowe, naprawdę – o smaku wody). Wolałam owocowe, „Calypso” (w plastikowych kubeczkach), te były jednak trudniejsze do zdobycia – oraz, w miejscowościach turystycznych – tzw. „gofry”, rodzaj zimnych wafli z bardzo słodkim, ohydnym syropem. I przyznam się, że po przemianach roku 1989 byłam szczerze zdziwiona odkryciem, że prawdziwe gofry to coś zupełnie, ale to zupełnie innego…

Na szczęście były jeszcze iryski, bardzo dobre iryski, które moja babcia chowała przed naszymi bystrymi oczkami w szufladzie stołu w sieni – bo to luksusowe dobro było wydawane na kartki, w ilości, o ile się nie mylę, 10 dkg na głowę statystycznego obywatela.

Jako dziecię niewinne nie byłam za bardzo zorientowana w meandrach socjalistycznej gospodarki (nieustannie nękanej przez „przejściowe trudności”) i uważałam to za jakiś globalny spisek dorosłych przeciw dzieciom.

Mściwie obiecywałam sobie zatem, że kiedy dorosnę, kupię sobie tyle irysów, ile tylko będę w stanie zjeść… I cóż to za złośliwość historii, że dziś iryski piętrzą się wszędzie, a ja zupełnie nie mam na nie ochoty…

Jezus i prawa autorskie.

Niedawno na jednym z blogów – być może sponsorowanym przez Europejską Partię Piratów 😉 – znalazłam sugestię, że sam Pan Jezus być może popierał ten „szlachetny” proceder, bo przecież rozmnożył chleb (i to, jeśli wierzyć Ewangeliom, co najmniej dwa razy…).

Hmmm, dosyć to nieszablonowe podejście do sprawy… 😉

Niemniej warto od razu sobie powiedzieć, że Chrystus łamiąc ten chleb raczej niczyich „praw autorskich” nie złamał, bo rozmnożył („skopiował”) jedynie materiał  dostarczony Mu przez prawowitego właściciela i nie zrobił tego dla zysku, a tylko z racji wyższej życiowej konieczności – ludzie, zgromadzeni wokół Niego tego dnia I TAK BY JUŻ RACZEJ NIE KUPILI SOBIE CHLEBA (bo, jak mówi Pismo „miejsce to było puste, a i pora już spóźniona”– Mt 14,15) – tak więc Jezus swoim działaniem na pewno „nie zabierał chleba” piekarzom – czego nie można powiedzieć o współczesnych  „piratach” , którzy z pewnością odbierają dochody autorom i kompozytorom. 🙂

Inna sprawa, że nasze pojęcie „praw autorskich” to w ogóle bardzo świeży wynalazek. Jeszcze w czasach św. Izydora z Sewilli <560-636> (notabene, jest to patron Internetu:)), całość ludzkiej wiedzy była wspólną własnością i jeśli np. mnich przepisujący książkę wiedział coś jeszcze na dany temat, to bez żenady dopisywał to od siebie – i nikt nie widział w tym nic nagannego.

Pierwsze rozstrzygnięcie dotyczące tego, co dziś określamy, jako „prawa autorskie” pochodzi bodajże z VI w. n.e. i dotyczy właśnie „nielegalnego” wykonania kopii książki (bez wiedzy prawowitego właściciela pierwotnego rękopisu). Książę, poproszony o rozstrzygnięcie w tej nietypowej sprawie, orzekł, że „wykradziony” tekst powinien należeć do właściciela pierwowzoru – podobnie jak cielę należy do właściciela krowy.:)

Jednak jeszcze przez całe średniowiecze przesadne podkreślanie własnego autorstwa dzieła uchodziło za przejaw pychy – i chyba pierwszym, który to robił na wielką skalę, był dopiero Michał Anioł Buonarroti (1475 -1564).

I tak sobie myślę, że dzisiaj, w dobie globalnej Sieci i „swobodnego przepływu informacji” w naszym rozumieniu „własności intelektualnej” będziemy z powrotem zmierzać w kierunku tego wzorca… Ale może nie?

Ja, na przykład, bardzo nie lubię natrafiać na własne teksty, „skopiowane żywcem” na innych blogach – nie wiem, czemu, ale jednak czuję się z czegoś „okradziona.” Czy słusznie?