Mniej więcej w I w. n.e. szybko rosnące Cesarstwo Rzymskie zaczęło odczuwać pierwsze braki „rąk do pracy” – czemu np. Oktawian August próbował przeciwdziałać poprzez swoistą „politykę prorodzinną.”

"Błogosławiony jesteś milosierny Boże…, który chcesz tego co jest zabronione…"
Mniej więcej w I w. n.e. szybko rosnące Cesarstwo Rzymskie zaczęło odczuwać pierwsze braki „rąk do pracy” – czemu np. Oktawian August próbował przeciwdziałać poprzez swoistą „politykę prorodzinną.”
W związku ze zbliżającą się rocznicą zakończenia II wojny światowej przeczytałam słynną książkę „Kobieta w Berlinie” (wyd. polskie: Warszawa 2009).
Przeczytałam te zapiski anonimowej trzydziestolatki z ostatnich tygodni wojny i pierwszych pokoju z mieszanymi uczuciami.
Może sprawił to fakt, że sama jestem obolała (i choroba przytępia we mnie wszelkie inne emocje) – a może po prostu…odmienna perspektywa historyczna?
Ja wiem – strach, ból, nędza, głód i gwałty (nierzadko zbiorowe) popełniane przez pijanych żołnierzy w zdobytym mieście. Sama autorka została zgwałcona co najmniej kilka razy.To wszystko JEST straszne. Ale przecież nie inaczej działo się wszędzie indziej – na wszystkich frontach tej wojny. Każdej wojny. Zawsze i wszędzie walec historii przetacza się również (a może ZWŁASZCZA) po kobietach i dzieciach…
Ale kiedy ta bywała w świecie Niemka mimo wszystko nie umie się wyzbyć poczucia wyższości własnego narodu nad rzekomo bardziej „barbarzyńskimi” zdobywcami; kiedy z podobnym poczuciem niesmaku odnosi się do osób ułomnych bądź starszych (przywołując nawet przykłady niektórych „ludów pierwotnych”, wśród których niedołężni starcy sami odchodzili ze społeczności, aby umrzeć); kiedy po prostu nie może jej się pomieścić w głowie, że jej tak cywilizowani i kulturalni rodacy również dopuszczali się niewyobrażalnych zbrodni, kiedy wreszcie (nie posiadając właściwego poczucia proporcji – bo i skądże by je miała mieć?) porównuje niemiłą nadzorczynię robót publicznych (zresztą Polkę z Górnego Śląska…) do „kapo w obozach koncentracyjnych” – wtedy jakoś bardzo trudno mi jej współczuć…
Dnia 30 października 1984 roku z zalewu przy tamie na Wiśle we Włocławku wydobyto zmaltretowane zwłoki legendarnego kapelana „Solidarności”, ks. Jerzego Popiełuszki (1947-1984).
Jedenaście dni wcześniej ksiądz został uprowadzony wraz ze swoim kierowcą, Waldemarem Chrostowskim, w drodze powrotnej z Bydgoszczy do Warszawy. Chrostowskiemu udało się zbiec dzięki brawurowej ucieczce z pędzącego samochodu…
I tutaj zaczynają się pewne niejasności. Podczas przeprowadzonej później wizji lokalnej kaskader, który próbował powtórzyć ten wyczyn „zwykłego kierowcy” przy prędkości zaledwie 40 kilometrów na godzinę, złamał sobie rękę – tymczasem Chrostowski doznał jedynie powierzchownych obrażeń. Spontanicznie nasuwa się tu pytanie, kim naprawdę był człowiek, który dokonał tego, co nie udało się profesjonaliście?
Pytań wszakże jest o wiele więcej – dlaczego kierowca zatrzymał samochód na nieuczęszczanej drodze w lesie, gdy jakiś nieznajomy oślepił go długimi światłami? Przecież jako (podobno) zaufany współpracownik księdza powinien był wiedzieć, że Popiełuszko jest od dłuższego czasu śledzony. Wobec tego takie zachowanie zakrawa co najmniej na nieostrożność. Czy możliwe jest, by Waldemar Chrostowski był jednym z licznych współpracowników SB (innym miał być, podobno, ks. Michał Czajkowski) w otoczeniu kapłana i współuczestniczył w jego porwaniu?
Skąd wzięły się pogłoski, że ks. Jerzego widziano przy życiu już po „oficjalnej” dacie śmierci (a niedawno tę rozbieżność potwierdzono oficjalnie w toku przygotowań do jego beatyfikacji) – a jego ciało odnaleziono na tamie już 25 października, po czym poddano wstępnym oględzinom i ponownie zatopiono? A jeśli to prawda, to w jakim celu to uczyniono?
Muszę przyznać, że w całej tej bulwersującej zbrodni od dawna nie dawały mi spokoju pewne szczegóły, świadczące o wybitnej wręcz nieporadności wytrawnych przecież zabójców. Dlaczego na przykład pozwolili uciec jedynemu świadkowi uprowadzenia, skoro było wiadomo, że dzięki temu rzecz natychmiast wyjdzie na jaw? A może właśnie o to im chodziło?
Dlaczego na miejscu przestępstwa porzucono milicyjny orzełek (zresztą o przestarzałym kroju i taki, który, jak wykazały późniejsze ekspertyzy, najprawdopodobniej nigdy nie był przytwierdzony do żadnej czapki…) choć ten ślad wskazywał aż nadto wyraźnie na sprawców? Czyż nie jest tak, że dowody nazbyt oczywiste rzadko bywają prawdziwe?
Dlaczego wreszcie dwaj funkcjonariusze ówczesnej milicji, zajmujący się sprawą ks. Jerzego Popiełuszki, zginęli w dość tajemniczym wypadku samochodowym? I dlaczego głównym oskarżonym w tej sprawie tak szybko, bo już w 1986 roku złagodzono zasądzone wyroki (z inicjatywy samego gen. Kiszczaka) – Adamowi Pietruszce karę 25 lat zamieniono na 15 lat, Leszkowi Pękali z 15 lat obniżono do 10 lat, Chmielewskiemu z 14 lat do 8?
(W grudniu 1987 r. sprawców objęła zresztą kolejna amnestia – Adamowi Pietruszce złagodzono wówczas karę z 15 do 10 lat (wyszedł na wolność w 1995 r); L. Pękali z 10 do 6 lat, W. Chmielewskiemu z 8 do 4 lat i 6 miesięcy. Grzegorzowi Piotrowskiemu zamieniono karę z 25 na 15 lat, wyszedł na wolność w 2001 r.)
Wojciech Sumliński, autor książki na ten temat (Kto naprawdę go zabił?, wyd. Rosner&Wspólnicy, 2005), którą niedawno czytałam, tłumaczy tę niezwykłą łaskawość Temidy wobec zabójców ks. Jerzego faktem, że mieli oni być jedynie pionkami w jakiejś misternej grze prowadzonej przez władze PRL przeciwko opozycji i Kościołowi – która z niejasnych powodów nigdy nie została doprowadzona do końca.
No, cóż – może to i prawda, ja jednak (opierając się na pradawnej zasadzie – cui prodest? – komu to służy?) ciągle nie mogę się uwolnić od natrętnej myśli: a co, jeśli także komuś w łonie ówczesnej opozycji (a nawet w samym Kościele) również zależało na śmierci kapelana „Solidarności”? Czy ktoś mógł pomyśleć (piszę to z wielkimi oporami!!!), że ruchowi potrzeba własnego męczennika?! Bo nie da się ukryć, że brutalne zabójstwo popularnego kapłana stało się raczej „gwoździem do trumny” systemu komunistycznego w Polsce, aniżeli przyniosło mu jakąkolwiek korzyść…
A ilustracją do tych moich dzisiejszych niewesołych rozważań niech będzie piękny temat z filmu Agnieszki Holland „Zabić księdza”, którego fabuła jest luźno osnuta na powyższych wydarzeniach:
http://www.youtube.com/watch?v=EbQec0BKA3w