Kobiety, które „siedzą” w domu…

Zawsze irytowały mnie szkolne stwierdzenia dzieci typu „moja mamusia NIC nie robi!” w znaczeniu – „nie pracuje zawodowo.”

A przecież cała ta „mało znacząca” praca, którą kobiety (a czasem także mężczyźni) wykonują w domu, ma wartość rynkową kilku tysięcy złotych! I myślę, że sprawiedliwie byłoby, gdyby za nią przysługiwała kobiecie zapłata (choć mogłoby to też sprowadzić całe nasze życie  rodzinne jedynie do rodzaju kontraktu, w którym robię dla innych tylko to, co mam „wyraźnie określone w umowie”), a przynajmniej ubezpieczenie i emerytura.

Wiele kobiet w podobnej sytuacji nigdy nie odejdzie nawet od męża-tyrana, bo przeszkadza im w tym brak niezależności finansowej. Próby wypłacania przez mężów pensji „niepracującym” żonom podejmowano już np. w Szwecji.

Niestety, u nas w Polsce nie ma nikogo, kogo ten problem naprawdę by interesował. Kościół i związane z nim środowiska konserwatywne poprzestają na ogół na gołosłownych zachwytach nad „wielkim powołaniem kobiety do budowania ogniska domowego” – natomiast dla lewicujących feministek cała „kwestia kobieca” zamyka się często w pytaniu, czy aborcja jest dozwolona, a dwóm dziewczynom wolno adoptować dziecko… Proszę wybaczyć, ale mam czasami nieodparte wrażenie, że podejście tych pań do „gospodyń domowych” dałoby się streścić w starym, ludowym porzekadle: „Czemuś głupi? Boś biedny! A czemuś biedny? Boś głupi!”

Całkiem odrębną sprawą jest tutaj często występujący model tzw. „męczennicy domowej”, z tych, co to „tyle dla nich poświęciłam, a oni tego nie doceniają!”

Pewien mój spowiednik odpowiadał na to: „Jeśli to poświęcenie jest dla Ciebie aż takim ciężarem, no, to się…nie poświęcaj!”  Prawdziwa miłość ma to do siebie, że jest BEZINTERESOWNA, to znaczy, że nie oczekuje niczego „w zamian.”

Kiedy, jako rodzic, wstajesz w nocy do małego dziecka, nie liczysz przecież na to, że ono Ci się jakoś za to „odwdzięczy”, prawda? Sądzę, że również Jezus nie chciał od nas takiej „wdzięczności.”

Choć, oczywiście, jest także prawdą, że nie jest dobrze, kiedy w związku czy w rodzinie „stara się” tylko jedna osoba. „Bliźnich należy kochać JAK siebie samego, ale nie BARDZIEJ!” – mawiał mój mądry spowiednik. A Katechizm KK uczy, że miłość to ofiarowywanie się sobie wzajemnie

A na zakończenie, tradycyjnie już, mała anegdotka:

Pewien facet wraca do domu z pracy, patrzy…a tu stosy brudnych ubrań piętrzą się w korytarzu, dziecko płacze, pies wyje z głodu, w kuchni obiadu ani śladu…Wpada do sypialni, a tam jego żona leży w łóżku w rozchełstanej koszuli i czyta sobie książkę.

– Kochanie, co się stało? – pyta zaniepokojony – Chora jesteś?
– Nie, kochanie, nie jestem chora. – mówi ona, uśmiechając się uroczo – Tylko zawsze powtarzasz, że tylko ty ciężko pracujesz, a ja tu nic nie robię…No, więc właśnie dzisiaj tego wszystkiego nie zrobiłam!

Kobieta z długą, białą brodą…

Jestem właśnie świeżo po lekturze najnowszego „Newsweeka” – a w nim m.in. artykułu o rodzicach dzieci z zespołem Downa, którzy coraz częściej stają przed dylematem, czy poddawać je operacjom przywracającym bardziej „normalny” (cokolwiek to słowo znaczy…) wygląd.

 

Jeżeli o mnie chodzi, kwestie związane z moją powierzchownością nigdy jakoś nie spędzały mi snu z powiek – choć zdaję sobie sprawę z tego, jakie okropności przychodzą niektórym z Was na myśl na hasło „porażenie mózgowe.”

 

„Ty nie jesteś, panna, chora – mawiał mój mądry, Stary Doktor (o, jakże brakuje mi teraz Jego rady, teraz, gdy już sama jestem matką…) – tylko taka już twoja uroda!” I to mi w zasadzie wystarczało.

 

Owszem, wiedziałam, że inne (sprawne) kobiety są piękne – wszystkie! – czasem z ukłuciem zazdrości śledziłam, jak się poruszają i tańczą – i jak patrzą na nie mężczyźni – i dziwiłam się ich obsesjom i kompleksom na tle własnego wyglądu. Przecież, gdybym ja tak wyglądała… (No, ale wiadomo, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma…) Miałam przynajmniej ten luksus, że – nie biorąc udziału we wszechświatowym konkursie piękności, mogłam się zeń naśmiewać do woli. Nie moje małpy, nie mój cyrk. „To prawda, że one są piękne – mówiłam sobie – a ja za to jestem inteligentna. (Bo jakoś w końcu trzeba się pocieszać…;)) Każdy posiada własny dar. I tyle.”

 

Do pewnego momentu unikałam obiektywu – dopiero na pewnych warsztatach chrześcijańskich dane mi było spotkać fotografa, niezwykłego artystę, który, z wielką delikatnością i taktem wyleczył mnie z tej fobii, robiąc mi całe serie zdjęć, na których…spodobałam się sobie! Myślę, że po prostu pokazał mi to „wewnętrzne piękno”, które – bardzo głęboko w to wierzę! – każda ludzka istota nosi w sobie. A warsztaty taneczne, pantomima i modlitwa dopełniły reszty – nauczyłam się akceptować i LUBIĆ swoje ciało (która z Was, dziewczyny, może to samo powiedzieć o sobie?;)). A odkąd wiem, że w oczach P. jestem „najpiękniejsza” – tego typu dylematy już zupełnie przestały mieć dla mnie znaczenie.

 

Jeżeli już coś sprawia mi ból (i czasami chciałabym, żeby było „tak, jak u ludzi”) – to są to raczej różne kwestie praktyczne, związane z moim macierzyństwem.

 

No, bo jak wychować niemowlę, którego nie można nawet samodzielnie wziąć na ręce i utulić, kiedy płacze?! Wciąż zachodzę w głowę, czemu – w dobie tylu wspaniałych wynalazków – nikt jeszcze nie wymyślił specjalnego nosidełka dla niepełnosprawnej matki, w którym maleństwo pozostawałoby bezpieczne, nawet gdyby ona upadła… Zapewniam, że byłaby to rzecz godna co najmniej Nagrody Nobla. (Nawiasem: dlaczego nikt, nigdy i nigdzie, nie organizuje „szkół rodzenia” dla takich mam, jak ja? Czemu nikt mi nie powiedział, na przykład, jak mam przewinąć maluszka, mając tylko JEDNĄ w pełni sprawną rękę? Obawiam się, że ogólnodostępne pisemka z gatunku „dla rodziców” nie mogą mi w tej sprawie służyć żadną pomocą… Często odnoszę wrażenie, że osoba niepełnosprawna z własnym dzieckiem to w naszym kraju ciągle jeszcze rodzaj „dziwoląga”, coś w rodzaju tej tytułowej kobiety z brodą…)

 

Na szczęście mój mały synek wykazuje (już teraz!) duże zdolności adaptacyjne – odkryłam np. że równie skutecznie, co tradycyjne noszenie, działa na niego moja układana ad hoc i śpiewana półgłosem kołysanka i delikatne głaskanie. Dowodów czułości zresztą – głaskania, pieszczotliwych słów, całusów i przytulania staram się mu nie szczędzić – tym bardziej, że – jak już mówiłam – nie mogę go wziąć na ręce i po prostu przejść z nim przez pokój…

 

Kupiłam sobie także świetną książkę Jackie Silberg „Gry i zabawy z niemowlakami” – i choć już wiem, że będę musiała odrzucić wszystkie rozpoczynające się od słów „podnieś dziecko do góry…” (w te będzie się z nim bawił P., który kiedyś powiedział, że jego ręce są moimi…) – to jednak wierzę, że jest tam i sporo takich, które pozwolą mi skutecznie umacniać więź z moim dzieckiem.

Nie poddaję się. W końcu jestem jego matką.

Dziecko pod specjalnym nadzorem?

Nie da się ukryć – jestem niepełnosprawną mamą. A jednak pierwszego stycznia urodziłam ślicznego, ZDROWEGO i wyjątkowo szybko się rozwijającego chłopczyka.

Tym bardziej więc boli mnie, że lekarze jak gdyby uparli się, że moje dziecko MUSI być na coś chore. I tak od chwili swego urodzenia mały „na wszelki wypadek” przechodzi wszelkie możliwe badania. Zdaje się, że już teraz jest najlepiej przebadanym niemowlęciem w Polsce. 😉 Audiolog, nefrolog, ortopeda, neurolog… A przy każdym z tych badań ja truchleję z niepokoju – bo zawsze chodzi mi po głowie, czy to nie jest jakaś kara za to, co zrobiliśmy… (Tuż po narodzinach sama sprawdzałam uważnie, czy aby nie ma sześciu palców albo czegoś w tym rodzaju…)To prawda, że mam porażenie mózgowe – ale czy to znaczy, że moje dziecko nie może być po prostu zdrowe?  Kiedy się to wreszcie skończy?!

Ja wiem, że lekarze będą się bronić, mówiąc, że robią to wszystko po to, żeby niczego nie zaniedbać – ale robiąc tak, jednocześnie wpędzają mnie w poczucie winy, że się zdecydowałam go urodzić. Ostatnio od jednej lekarki usłyszałam, że mały miał „traumatyczny” (bo niefizjologiczny) poród. Dziwne, bo zawsze uważałam, że mniej narażam swego synka, pozwalając mu się urodzić przez cesarskie cięcie. Nie byłam pewna, czy poradzę sobie fizycznie z trudami naturalnego porodu (to jest naprawdę bardzo, bardzo cięzka praca!).  I tak źle – i tak niedobrze. Co więc miałam zrobić? I czy to oznacza, że takie jak ja w ogóle nie powinny mieć dzieci?!