Dwie matki…

A jednak stało się to, czego się tak obawiałam – i myślę, że mojemu maleńkiemu synkowi słowo „mama” kojarzy się z dwiema różnymi osobami – z tą, która je kąpie, ubiera i przebiera – oraz z moimi mlecznymi piersiami. Czasami myślę, że niemowlęciu – ostatecznie – bardziej potrzebna jest sprawna opiekunka (choćby nawet była robotem…), niż nawet najbardziej kochająca, niepełnosprawna mama. Bo w rzeczywistości tak niewiele jest rzeczy, które mogę zrobić dla mojego synka. I lękam się, że tak już będzie zawsze…

 

I tylko kiedy karmię Antosia, buntowniczo szepcę mu do uszka: „To ja jestem Twoją mamusią, maleńki. To ja Ciebie urodziłam, a nie babcia. Jesteś tylko mój… Mój i tatusia, Bulbulku…”

 

Bo mam wrażenie, że moja mama jest tak szaleńczo zakochana we wnuku, że karmiłaby go i własną piersią, gdyby tylko mogła. Na szczęście nie może…. (Któregoś dnia powiedziałam jej, że najlepiej by było, gdyby go w ogóle adoptowała…)

 

Ale głośno jej tego nie powiem, bo wiem, że jestem zdana na jej pomoc (przynajmniej dopóki P. jest w pracy) – mogłaby się jeszcze obrazić i przestać mi pomagać. A przecież – co mnie niezmiennie doprowadza do łez rozpaczy – nie potrafię nawet sama wyjąć małego z łóżeczka, aby go nakarmić… Co ze mnie za matka?!

 

Jakieś smutne jest to moje upragnione macierzyństwo…aż czasami zastanawiam się, czy to aby nie był błąd?

Postscriptum: Nie był. 🙂

Karmić czy nie? – Oto jest pytanie!

Dziś już chyba nikt nie odważyłby się zakwestionować twierdzenia, że pokarm matki jest najlepszym sposobem żywienia niemowlęcia – a twierdzić inaczej, to jakby sądzić, że witaminy w pastylkach są zasadniczo lepsze od obecnych w naturalnym pożywieniu.

 

Udowodniono na przykład, że dzieci karmione sztucznie mają większą skłonność do zaburzeń pokarmowych, a w późniejszym wieku – do otyłości a nawet cukrzycy.

 

Myślę, że i w tym przypadku (jak zresztą w każdym innym!) najlepiej byłoby nie poprawiać Stwórcy – czy, jak kto woli, Matki Natury.

 

Tym niemniej…Zastanawiam się czasem, czy ZAWSZE to, co najlepsze dla oseska, jest także najlepsze dla jego matki? Wprawdzie ostatnie badania naukowe uwolniły karmienie naturalne np. od zarzutu deformowania biustu (wydaje się wręcz,że używanie piersi zgodnie z ich naturalnym przeznaczeniem może zmniejszać ryzyko nowotworu, a za zmiany ich kształtu z wiekiem bardziej odpowiedzialne są inne czynniki, jak chociażby palenie papierosów) – ale mimo wszystko ze współczuciem myślę o tych wszystkich kobietach, które całymi miesiącami męczą się na dwuskładnikowej diecie, przyglądając się jedynie, jak inni jedzą, bo dzidziuś jest uczulony prawie na wszystko. Albo o ich poranionych sutkach – bo, wbrew pozorom, te maleńkie szczęki potrafią mieć ogromną siłę… 

Jeżeli o mnie chodzi, to zawsze starałam się wyznawać zdrową zasadę, że SZCZĘŚLIWA MATKA TO SZCZĘŚLIWE DZIECKO – i vice versa.

 

Z drugiej jednak strony, bardzo mnie niepokoją te dziewczyny, które domagają się od lekarzy tabletek na powstrzymanie laktacji, ponieważ (cytuję!) „nie mają czasu, żeby dbać o piersi” (sic!). Przecież to prawie tak, jakby ktoś powiedział, że nie ma czasu na mycie zębów…

 

I tak sobie myślę, że być może za większość problemów, jakie współczesne kobiety mają z życiem (a nie tylko z karmieniem!) odpowiada fakt, że MY NA NIC NIE MAMY CZASU: na przyjaźń, na miłość, na macierzyństwo i na odpoczynek…A zamiast tego domagamy się od nauki „cudownych” pigułek na: zablokowanie płodności (i to często już od najwcześniejszej młodości – a później jesteśmy wielce zdziwione, że nie możemy mieć dzieci, gdy już do tego „dojrzejemy”…), na pobudzenie popędu, na powstrzymanie  laktacji, na odchudzanie, na migrenę, na zmęczenie, na bezsenność – a  wreszcie na depresję… Jednym słowem: „Zróbcie coś, żebym miała TO z głowy! I to jak najszybciej!”

 

Tylko nikt – jak dotąd – jakoś nie wymyślił pastylek na to, byśmy czuły się naprawdę szczęśliwe i spełnione. Więc może wystarczyłoby po prostu zwolnić trochę tempo i żyć bardziej zgodnie z naturą?

 

A jeżeli chodzi o (równie często podnoszony) „mistyczny” wymiar karmienia piersią (to te wszystkie obrazy Matki Boskiej Karmiącej, i tak dalej…), to ostatnio wpadły mi w ręce fragmenty „poematów mleka”, napisanych przez XX-wieczną francuską poetkę, Marie- Noël:

 

„Pij, maleńki, mleko, które tryska z mojej piersi (…)

Jam jest źródło (…)

Chwytaj ciepłe mleko, które ze mnie płynie (…)

Adam, Adam, jak słodko stawać się pokarmem (…)

Słucham (…)

Kiedy szczęśliwe mleko płynie w tobie, mały,

Coś ze mnie wtedy w twoich żyłach zginie,

Kropla za kroplą

coś ze mnie, co stanie się tobą.”

 

(Cyt za: Jean Vinatier, Kobieta w Kościele, Warszawa 1976, s. 121) 

 

Piękne, prawda?
 

Wszystkie moje troski…

Wczoraj zaczął się 36. tydzień mojej ciąży – i wszystko wskazuje na to, że nasz synek czuje się nieźle, czego, niestety, nie można powiedzieć o jego matce.

Nie mam pieniędzy, ani – co gorsza – siły do pracy, najchętniej spałabym 24 godziny na dobę, a duchowo jestem jak wyschnięta studnia, i już chyba nawet czuła miłość P. nie wystarcza, by ją wypełnić.

Już od dobrych kilku dni z pulpitu mojego komputera spogląda na mnie twarzyczka mego synka – i patrząc na nią pytam sama siebie:
„I co z nami będzie, mój maleńki? Jakże ja zdołam Ciebie urodzić i wychować?”



Można to oczywiście zrzucić na karb jakiejś „depresji przedporodowej” (ciekawe, czy w ogóle istnieje coś takiego?:)), ale kiedy się jest „mamą niepełnosprawną”- jak ja! – to nawet najzwyklejsze rzeczy – w rodzaju wyjmowania niemowlęcia z łóżeczka! – urastają do rangi palącego problemu, domagającego się znalezienia natychmiastowego rozwiązania. Zupełnie tak samo, jak we własnym codziennym życiu musiałam np. „wynaleźć” wygodny sposób wchodzenia do wanny…

Bo nie chciałabym przecież, żeby mój mały kojarzył sobie pojęcie „MAMA”z objęciami i rękoma innej kobiety (to właściwie bez znaczenia, czy byłaby to wynajęta opiekunka, czy też np. moja matka).

Ba, kiedyś wydawało mi się, że w ogóle nigdy do tego nie dopuszczę. Ale przecież moje własne dłonie są takie słabe! Czy więc wolno mi narażać mego synka na niebezpieczeństwo w imię moich „macierzyńskich” ambicji? I czy mam z nich całkiem zrezygnować dlatego tylko, że jestem niepełnosprawna?