I tak upłynął jeszcze jeden rok…

naszego wspólnego życia z P…

Z tej okazji – tym razem jedna z najpiękniejszych piosenek o miłości małżeńskiej, w wykonaniu Natalii Niemen. Choć wiem, że właściwie nie mam żadnego prawa jej śpiewać…

Kiedy Cię ujrzałam, nie czułam nic…
Nie przeszedł żaden dreszcz – nawet przez myśl!
Nie było żadnych szans na MIŁOŚĆ w nas…
Kiedy Cię poznałam, odkryłam, że
jesteś PIĘKNY W ŚRODKU, zadziwiasz mnie!
Zakochałam się
w Twojej nieśmiertelnej duszy!
Zakochałam się na 100%!
I nie zmieni tego nic…

Dlatego wszystkich zgorszonych z góry serdecznie przepraszam!

 

Miłość po grecku.

Na temat czasów antycznych panuje wiele błędnych przekonań, a jednym z nich jest i to, że greccy i rzymscy „poganie” radośnie oddawali się wszelkim możliwym uciechom seksu – aż przyszło to wstrętne chrześcijaństwo i zakazało w tym względzie wszystkiego, co tylko dało się zakazać.

Tymczasem jednak prawda jest (jak zwykle) o wiele bardziej skomplikowana.

Wprawdzie homoerotyzm czy też biseksualizm (i to zarówno w wersji męskiej, jak i kobiecej) uznawano zasadniczo za zjawisko normalne, ale przede wszystkim jako swego rodzaju „fazę rozwojową”, przygotowującą młodych ludzi do społecznie użytecznego heteroseksualnego małżeństwa.

Jeśli związek młodego ucznia z mistrzem przekraczał granicę erotyczną, był tolerowany społecznie do czasu, gdy na ciele młodzieńca pojawiał się zarost – znak, że okres dojrzewania ma on już za sobą. (W przypadku dziewcząt zwykłym punktem granicznym było wystąpienie pierwszej miesiączki).  Wiek tych chłopców wahał się więc (co może być dla nas szokujące) od około 12 do 17 lat.

Grecka „pederastia” (miłość do chłopców) była typowym elementem życia wyższych sfer – zamożnych, wolnych obywateli, których stać było na hojne obsypywanie prezentami swoich młodych ulubieńców. Nawet w Atenach była to raczej nieliczna grupa. Ówczesne komedie dobitnie świadczą o tym, że przeciętny obywatel uważał namiętność mężczyzn do urodziwych chłopców za przejaw degeneracji i rozpasania.

Mimo wszystko podlegało to rozmaitym regułom – niedopuszczalna była np. jakakolwiek penetracja młodszego partnera przez starszego, tolerowano wyłącznie tzw. „pozycję międzyudową”, przy której mężczyzna zaspokajał własne pragnienia między udami młodzieńca. Zakładano, że chłopiec nie powinien przy tym doświadczać rozkoszy (być może dlatego, by nie uległ przyzwyczajeniu, zgodnie z prawem pierwszych połączeń?). Stosunki tego rodzaju mogły trwać jedynie do osiągnięcia pełnej dojrzałości płciowej, później postrzegano je jako nieprzyzwoite.

Z tego też powodu  Grecy znali jedynie pojęcie „pederastia”, nie zaś „homoseksualizm” – stosunków homoseksualnych nie postrzegano jako wzorca dla bardziej długotrwałych czy wręcz dożywotnich związków między dwoma wolnymi mężczyznami. A już tymi, którzy by w takich związkach przyjmowali bierną (a więc „niemęską”) pozycję, jawnie pogardzano.

Normalnie oczekiwano od młodzieńca po ukończeniu „efebii” (w wieku około 20 lat), że się ożeni i założy własny „dom” (oikos), w skład którego oprócz jego żony i dzieci wchodziła także służba i niewolnicy obojga płci.

W Atenach jednak związki małżeńskie zawierano dość późno, mężczyźni, w przeciwieństwie do kobiet, dopiero około 25 roku życia, lub nawet później, pod trzydziestkę. Co więc pozostawało?

Hetery (rodzaj luksusowych gejsz o znacznych nieraz wpływach) albo wizyty w domach publicznych. Prostytucję uprawiały zarówno kobiety wolne, jak i niewolnice. Te ostatnie za pieniądze uzyskane z nierządu mogły na ogół wykupić się z niewoli, potem jednak zazwyczaj skupiały wokół siebie inne niewolnice i otwierały własne „salony.” Na klientów czekały tu zarówno damskie (pornai), jak i męskie (pornoi) prostytutki.

W Atenach największe skupisko takich przybytków znajdowało się w porcie Pireus, słynęła z nich także śródmiejska dzielnica Kerameikos. W Koryncie (który był tak znany ze swych uciech, że określenie „córa Koryntu” stało się wręcz starożytnym synonimem prostytutki), ponad 100 kapłanek świątyni Afrodyty oferowało swe „święte” usługi przybyszom. Płatna miłość nie cieszyła się uznaniem, ale tolerowano ją, o ile tylko oddający się jej obywatele sumiennie wykonywali przy tym swoje powinności wobec rodziny.  Niektórzy (podobnie jak później św. Tomasz z Akwinu) uważali nawet prostytucję za niezbędną, aby chronić „szacowne”  żony i córki obywateli przed wybujałymi apetytami mężczyzn.

(Co ciekawe, z zachowanych dzieł sztuki wynika również, że duże fallusy uważano ówcześnie za przejaw pewnej zwierzęcej dzikości i nieokrzesania – stąd przypisywano je głównie satyrom, względnie niewolnikom – cywilizowany obywatel winien był się szczycić atrybutami skromniejszych rozmiarów.)

Hetery („towarzyszki, przyjaciółki”) to najbardziej luksusowa klasa prostytutek. Również ich działalność polegała głównie na uprawianiu seksu, ale koniecznie z domieszką wyrafinowanej erotyki, artystycznego powabu i wdzięku. Umiały one grać na instrumentach, tańczyć i zabawiać biesiadników błyskotliwą rozmową – tak więc w świecie greckim były (zgodnie z nazwą) intelektualnymi partnerkami dla wolnych mężczyzn, których na próżno szukaliby oni we własnych domach.

Nie dziwota więc, że to hetery bywały przedmiotem prawdziwej miłości i natchnieniem dla artystów, jak niejaka Fryne, która użyczyła swoich kształtów posągowi Afrodyty z Knidos Praksytelesa (kiedy przeciw pięknej modelce wytoczono proces sądowy, jej obrońca w kulminacyjnym momencie swej mowy ściągnął z niej suknię – a sędziowie patrząc na nią oniemieli w nabożnym skupieniu – ujrzeli bowiem przed sobą już nie oskarżoną Fryne, lecz żywe wcielenie bogini.:)).

Dla byłej hetery, mądrej i pięknej Aspazji z Miletu, nawet wielki Perykles stracił głowę do tego stopnia, iż porzucił dla niej swoją prawowitą małżonkę (której nawet nie znamy z imienia) i żył z nią w konkubinacie, uzyskując w drodze wyjątku obywatelstwo ateńskie dla spłodzonego z nią syna, również Peryklesa.

Czy jednak to, że wolnym mężczyznom w Atenach wolno było bezkarnie utrzymywać stosunki intymne ze służącymi (choć nie wbrew ich woli – tłumaczyłoby to tak wielką popularność domów publicznych), heterami i konkubinami – za „zdradę małżeńską” uchodziło JEDYNIE współżycie mężczyzny żonatego z mężatką z innego oikos – musi oznaczać, że wydawane w młodym wieku za mąż „przyzwoite kobiety” były skazane na zawsze nieszczęśliwe życie – bez miłości? Niekoniecznie.

Malowidła na wazach ukazują nam wielokrotnie mężatki, oczekujące powrotu męża do domu: kokieteryjnie obnażone do pasa i przebierające z namysłem wśród kosmetyków i biżuterii. Na mężczyzn szczególnie podniecająco działały żółte jak szafran przejrzyste tuniki i wstążki na piersi, które więcej odsłaniały, niż zakrywały.

Zarówno mity greckie (takie, jak ta urocza historia o dwójce staruszków, którzy ubłagali Zeusa, aby dane im było RAZEM zejść z tego świata), jak i niektórzy filozofowie sławili ideał pożycia małżeńskiego, opartego na przyjaźni, harmonii i związku miłosnym. I jeśli nawet dopiero cywilizacja łacińska (rzymska  i chrześcijańska) zacznie ów ideał – nie bez trudności! – wcielać w życie – to jednak już w niektórych komediach Arystofanesa (jak Lizystrata) pobrzmiewa wyraźna tęsknota za takim właśnie, bardziej „partnerskim” małżeństwem.55

 

Bibliografia: Michael Weithmann, Ksantypa i Sokrates. Eros, małżeństwo, seks i płeć w antycznych Atenach, wyd. polskie Klub dla Ciebie, Warszawa 2005.

Głos w sprawie monogamii.

Nie da się ukryć, że monogamia należy bezsprzecznie (obok aborcji, eutanazji i Kościoła katolickiego:)) do najbardziej „gorących” blogowych tematów.

Co pewien czas ktoś tu ogłasza triumfalnie, że oto odkrył przyczynę bez mała wszystkich nieszczęść nękających ludzkość, wyłączając jedynie trzęsienie ziemi i koklusz. Wszystkiemu winna jest, oczywiście, ta okropna monogamia, która to jest „sprzeczna z naturą” i ogólnie be.

Innymi słowy, gdyby tylko to „restrykcyjne społeczeństwo” pozwoliło ludziom kochać się w dowolnie wybranych konfiguracjach (już pominę tu „drobny” fakt, że w społeczeństwach zachodnich nikt nikogo nie wsadzi za kratki za utrzymywanie stosunków z większą liczbą partnerów. Kiedyś, owszem, bywało inaczej, choć też częściej w teorii, niż w praktyce. W niektórych krajach można było ponieść karę nawet za niedotrzymanie OBIETNICY małżeństwa.:)) – wszyscy pławilibyśmy się w szczęściu i wiecznotrwałej miłości. Bez zdrad, rozwodów, chorób wenerycznych i tym podobnych skutków ubocznych monogamii oczywiście.

A mnie jednak jakoś tak stale chodzi po głowie nauczanie mojego spowiednika, który wbijał mi w głowę, że „człowiek jest naturą otwartą” – tzn. że może zrealizować swoją „naturę” na wiele różnych sposobów. O ile, z grubsza rzecz biorąc, wiemy, jakie zachowania są „naturalne” dla psa (wiemy np. że żaden pies ni stąd ni zowąd nie zacznie latać), o tyle w przypadku homo sapiens sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana. Krótko mówiąc, autorytatywne twierdzenie, że coś tam „jest naturalne dla człowieka” (bardziej, niż coś innego) często mija się z celem.

Jednocześnie mam bardzo mocne przeczucie, że Stwórca wpisał w naszą „naturę” wiele cech, skłaniających nas raczej ku monogamii, niż ku czemukolwiek innemu. Większość z nas ma np. „naturalną”, głęboką potrzebę bycia dla kogoś jedyną, niepowtarzalną i wyjątkową istotą.

A gdybyśmy nawet – jak uczynił to niedawno w „Newsweeku” psycholog Bogdan Wojciszke – próbowali postawić tezę, że normą jest raczej poligamia, ponieważ żyje w niej większość ludzkości, to tego typu argument z „racji większości” (czego, zdaje się, profesor w porę nie zauważył) musiałby nieuchronnie prowadzić także do stwierdzenia, że „nienaturalne” są także inne zjawiska „mniejszościowe”, jak choćby leworęczność, homoseksualizm czy ateizm. A z tym, jak sądzę, niewielu byłoby skłonnych się zgodzić.

Osobiście mam wrażenie, że zbudowanie opartego na miłości i zaufaniu związku powinno być zasadniczo łatwiejsze pomiędzy dwoma, niż na przykład  pięcioma osobami. Pewna zwolenniczka „poliamorii” (o której już tu kiedyś pisałam) sama stwierdziła, że w układach tego typu normalnie występujące problemy trzeba jeszcze pomnożyć przez liczbę zaangażowanych osób.

Wydaje mi się też, że pewnych argumentów na rzecz „naturalności” ludzkiej monogamii mogłaby nam dostarczyć właśnie sama przyroda.

Wśród zwierząt monogamiczne są te gatunki, które muszą wkładać szczególnie dużo wysiłku w wychowanie potomstwa (np. niektóre ptaki). A nie znam żadnego innego ssaka – nawet wśród naczelnych! – u którego droga młodych do dorosłości trwałaby równie długo, jak u  człowieka…

Obawiając się jednak, że moje prywatne intuicje mogą się okazać nazbyt subiektywne, zaczęłam także szukać bardziej „twardych”, naukowych dowodów.

Szczerze powiedziawszy, za wiele tego nie było.:) Z tym większą przyjemnością dowiedziałam się, że badania laboratoryjne (Masters i Johnson) potwierdziły, że największą radość ze stosunków seksualnych przeżywają stałe (a jednak:)) pary jednopłciowe. Czy to jednak oznacza, że monogamiczni heteroseksualiści – a już zwłaszcza małżonkowie! – skazani są niejako „z góry” na porażkę zdrady, a przynajmniej samooszukiwania się, nudy i monotonii?

Na szczęście nie. Uczennica Mastersa i Johnson, Dagmar O’Connor, twierdzi nawet, że najlepszy seks jest możliwy właśnie w związkach typu małżeńskiego (trzeba tylko stale nad tym pracować – w związkach przygodnych dużą część ekscytacji „załatwia” za nas już sama nowość partnera…) i że – co mnie nieco zdziwiło – statystycznie duża część eksperymentów z tzw. „małżeństwami otwartymi” kończy się mimo wszystko niepowodzeniem. Widocznie nie wystarczy sobie powiedzieć, że „dopóki o czymś wiem, wcale mnie to nie dotyka” – aby rzeczywiście pozbyć się cierpienia związanego z poczuciem zdrady, zazdrością, etc. Ach, ta nasza „natura.” 🙂

Reasumując, myślę, że stosunkowo niewiele jest na tym świecie rzeczy, które są dobre lub złe „same w sobie” – dowolne zasady współżycia społecznego mogą nas uszczęśliwić lub zmienić nasze życie w piekło. I nie zawsze będzie to wina tych zasad – znacznie częściej ludzi, którzy je stosują (albo nie).

Zawsze warto przy tym pamiętać o zaleceniu Jezusa, według którego to „szabat jest dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu.” Jeśli zasady, które wyznajemy, zaczynają przynosić więcej cierpienia, niż dobra, to należy je zmienić. Po prostu.

blog_ii_564575_4042888_tr_malzenstwo

Bibliografia

Mary Roach, Bzyk. Pasjonujące zespolenie nauki i seksu., wyd. ZNAK, Kraków 2010.
Dagmar O’Connor, Jak kochać się z tą samą osobą do końca życia…i wciąż to lubić., wyd. Czarna Owca, Warszawa 2010.