Maryja – REAKTYWACJA (I).

Mój znajomy Tomasz Jaeschke (były ksiądz ze zgromadzenia zmartwychwstańców) kiedyś napisał: „Czy można kochać Matkę Bożą nie wierząc w Jej niepokalane poczęcie, nie dociekając, czy prowadziła z Józefem życie seksualne i nie interesując się zbytnio, czy poza Jezusem miała jeszcze jakieś potomstwo? Jeśli o mnie chodzi, to z pewnością można – bo taką właśnie Maryję kocham. „ (T. Jaeschke, Nierządnice, wyd. „Rajski Ptak”, Katowice 2006, s. 242).

Już tu kiedyś gdzieś pisałam, że i dla mnie kwestia pożycia małżeńskiego Maryi nie stanowi wielkiego problemu – ani, tym bardziej, nie zaprzecza faktowi Jej absolutnej „bezgrzeszności…” (Wielu sądzi, że już samo zbliżenie fizyczne z prawowitym w końcu małżonkiem byłoby przyczyną Jej jakiegoś „pokalania” – ale czy nie oznacza to jednocześnie, że uważają oni seks, nawet w małżeństwie, za coś, co „plami” człowieka?)

A wtóruje temu zmarły w 2007 roku „Abbe Pierre”, francuski ksiądz, który trochę nieoczekiwanie stał się „idolem” swoich doskonale zlaicyzowanych rodaków (pisałam już trochę o nim), pisząc:

„W przeciwieństwie do swego Syna, który łączy w sobie podwójną naturę, ludzką i boską, Maria posiada jedynie naturę ludzką. Jest kobietą podobną do wszystkich kobiet na ziemi poprzez swą naturę, lecz została wybrana przez Boga, aby przyjąć do swego łona wcielone Słowo. Czyni to z Niej kobietę wyjątkową, lecz nie powinno oddalać Jej od nas, pozbawiając Ją wspólnych wszystkim ludziom pokus i słabości.

Dogmat Niepokalanego Poczęcia, ogłoszony w 1854, oznacza, że Maria nie jest skalana grzechem pierworodnym. (…) Nie jest podobna do innych ludzi, nawet największych świętych, którzy noszą w sobie znamię grzechu pierworodnego. (…) Jeśli grzech pierworodny istniał naprawdę, i był przekazywany z pokolenia na pokolenie od Adama i Ewy, nie rozumiem, dlaczego Maria, która jest w pełni istotą ludzką, miałaby mieć przywilej bycia od niego wolną i w czym miałoby to być potrzebne tajemnicy Wcielenia? W tym wierzeniu widzę raczej sposób oddalania nas od Marii.

Czyż nie jest tak samo w wypadku dogmatu Wniebowzięcia Marii, ustanowionego w 1950 roku? Według niego ciało Marii nie uległo rozkładowi, ale zostało wzięte do nieba, w pewnym sensie uległo przeistoczeniu. Czy nie jest to znowu sposób zabierania Marii Jej pełnego człowieczeństwa, robienia z Niej nieśmiertelnego niby-bóstwa?”  (Abbe Pierre, Mój Boże…dlaczego?, wyd. polskie VIDEOGRAF II, Katowice 2006, s. 46-48)

Uff… Zacznijmy może od początku, to jest, od samego Jej imienia.

Po hebrajsku brzmiało ono z pewnością Miriam, a w używanym ówcześnie w Palestynie aramejskim – Mariam, od czego pochodzi używana we wszystkich językach europejskich forma „Maria.”

W Starym Testamencie to samo imię nosi siostra Aarona, nazywana „prorokinią” (stąd Koran w jednej ze sur nazywa i Matkę Jezusa „siostrą Aarona”, być może chcąc podkreślić Jej pochodzenie z Narodu Wybranego), a w historii Izraela podobnie nazywa się żona Heroda Wielkiego, księżniczka z rodu Hasmoneuszy (Mariamme).

W dawnej polszczyźnie często imię to zapisywano jako „Marja” , co dało początek używanemu do dzisiaj w liturgii określeniu „Maryja” – którym zresztą początkowo określano i inne noszące to imię kobiety (por. stara, wielkanocna pieśń: „Trzy MARYJE poszły, drogie maści niosły…”).

Imieniem zastrzeżonym dla Marii z Nazaretu „Maryja” stało się na dobre dopiero od początku XIX wieku, kiedy to (pod wpływem romantyzmu) zaczęto u nadawać imię Maria innym, „zwykłym” kobietom. Wcześniej zastępowano je „eufemizmami” w rodzaju różnych Mariann i Maryli (także ukochana Mickiewicza nosiła w rzeczywistości imię Maria).

To tak tytułem wstępu dla tych wszystkich, którzy twierdzą, że „Ona się w ogóle tak nie nazywała.”

Sama jestem często zniesmaczona różnymi wynaturzeniami kultu maryjnego, w rodzaju „Madonny z odkręcaną główką.” – albo, co gorsza, pieśni kościelnych w rodzaju: „A kiedy Ojciec rozgniewany siecze – szczęśliwy, kto się do Matki uciecze…” – które zdają się przeciwstawiać „naszą dobrą Mateczkę” groźnemu Bogu o cechach psychopatycznego ojca, przed którym dzieci muszą uciekać do matki…

Wielokrotnie także musiałam odpowiadać na pytania moich znajomych protestantów, którzy zaintrygowani pytali, ile to my-katolicy, właściwie mamy tych „Matek Boskich” – bo to i Matka Boska Częstochowska, i Ostrobramska, i wiele, wiele jeszcze innych?

Na wszelki wypadek przypominam, że we wszystkich przypadkach chodzi o tę samą Osobę, „Matkę Pana” (Łk 1, 43), którą czcimy zgodnie ze słowami Magnificat: „Oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia.” (Łk 1, 48). Upada tym samym zarzut naszych braci, że w ten sposób oddajemy Maryi coś, co należy się tylko Bogu – teologia mówi, że jedynie Boga „uwielbiamy”, a Maryi tylko „cześć oddajemy.” (Czy zresztą nie ma przykazania: „CZCIJ ojca swego i matkę swoją” – i czy ta „cześć” okazywana naszym rodzicom ujmuje cokolwiek samemu Bogu?)

Warto w tym miejscu dodać, że również Kościoły prawosławne nie uznają dwóch najmłodszych dogmatów maryjnych. Zamiast o „Niepokalanym Poczęciu” wolą (chyba rozsądniej) mówić o tym, że Bóg, w swojej miłości uwolnił Ją od grzechu już po narodzeniu (choć i tak nazywają Ją „Przeczystą” i twierdzą, że nigdy nie popełniła żadnego grzechu osobistego) – a dogmatowi Wniebowzięcia odpowiada nauka o „zaśnięciu Bogurodzicy”, która zdaje się wskazywać na to, że gdybyśmy nie zgrzeszyli, śmierć fizyczna byłaby dla nas tylko łagodnym (jak sen) przejściem z „tej ziemi” do „domu Ojca.”

Marcin Luter w swojej surowości odrzucił wszelką  „maryjność”, widząc w niej jedynie pewną formę bałwochwalstwa. Jego duchowi synowie, protestanci, nie zawsze są już jednak tak kategoryczni. Przede wszystkim, nawet oni nie mogą zaprzeczyć, że „Boże Narodzenie zaczyna się od Marii” – takie określenie znalazłam w poetyckim modlitewniku pewnej młodej luteranki.

Zaczynają też powoli odkrywać, że (jak to ujął watykański dziennikarz, Vittorio Messori) dziwnym trafem te narody, które chciały oczyścić wiarę chrześcijańską z wszelkich tego typu „ludowych i pogańskich” naleciałości, już dawno ją utraciły – zachowały ją natomiast te, w których pobożność maryjna, nawet wyśmiewana i spychana na margines, wciąż jeszcze istnieje…

Współcześni protestanci (uznając na ogół dwa pierwsze „dogmaty maryjne” – a mianowicie naukę o Jej dziewiczym macierzyństwie oraz o tym, że nie była jedynie matką „Jezusa-człowieka” ale także matką „Jezusa-Boga”- Theotokos) coraz częściej dostrzegają w Niej swoją Siostrę i wzór wiary, W środowisku protestanckim powstają nawet wspólnoty Jej imienia.

Paradoksalnie, wynika z tego, że Maryja jest dziś już nie tyle „przeszkodą” w dialogu międzyreligijnym, co raczej zdumiewającym „łącznikiem” pomiędzy różnymi tradycjami, biorąc również pod uwagę, że jest „Niewiastą z Domu Izraela” oraz jedną z kilku (obok Fatimy, żony Proroka) świętych kobiet Islamu.

A co do dwóch wspomnianych na samym początku „kłopotliwych” dogmatów maryjnych (Niepokalanego Poczęcia i Wniebowzięcia) warto może zauważyć, że są one doskonale spójne ze sobą nawzajem: JEŻELI Bóg rzeczywiście całkowicie uwolnił Matkę swego Syna od grzechu, to OCZYWISTYM JEST że musiała Ona także natychmiast zostać „wzięta do Nieba”, nie przechodząc nawet przez śmierć, o której Biblia mówi, że jest „zapłatą za grzech.” (Rz 6,23).

Oczywiście, cały czas mówimy tu o tym, co – naszym zdaniem – Bóg POWINIEN BYŁ uczynić, a nie, co na pewno i rzeczywiście uczynił. Ale z tego nie wynika także, że NIE MÓGŁ tak postąpić, prawda?

Ale jeśli nie, to, jako katoliczka, nie bardzo wiem, jak wytłumaczyć te zagadkowe wersety Pisma o „miejscu, przygotowanym [dla Niej] przez Boga” (Ap 12,6) (i znów Koran zawiera podobną sugestię…) i o „Niewieście obleczonej w słońce” (Ap 12,1).

Notabene, „znak tej Niewiasty” towarzyszy nam wszystkim w miejscu, gdzie byśmy się tego nie spodziewali – a mianowicie na fladze Unii Europejskiej. 🙂

 

Któryś święty powiedział, że „De Maria numquam satis” – o Maryi nigdy dosyć – ale na dzisiaj na pewno wystarczy… 🙂

(Zamieszczony obrazek pochodzi z serwisu www.katolik.pl)

„Bracia Jezusa” – czyli kto?

Co pewien czas opinę publiczną elektryzują kolejne „rewelacje” dotyczące Jezusa, Ewangelii i różnych, rzekomo przemilczanych, kart historii Kościoła.

 

A to słyszymy (m.in. za sprawą powieści Dana Browna i niezliczonej rzeszy jego naśladowców) o tajemnym związku Jezusa z Marią Magdaleną, a to – o odnalezieniu Jego doczesnych szczątków…

 

Przede wszystkim, jako chrześcijanka, bardzo cieszę się z faktu, że u progu XXI wieku Jezus z Nazaretu wciąż należy do osób wzbudzających żywiołowe dyskusje. A na użytek swoich licznych sporów z internautami sama ukułam kiedyś powiedzonko, że gdyby Kościół katolicki nie istniał, to należałoby go chyba wymyślić…

 

Jeżeli chodzi o pierwszą z najczęściej podnoszonych spraw, tj. „problem Magdaleny”, to wystarczy sobie uświadomić, że:

  1. Nawet jeżeli Jezus poślubił Marię Magdalenę – na co nie ma przekonujących dowodów, poza jednym niepełnym zdaniem z Ewangelii Filipa, które mówi, że „Jezus miłował ją bardziej, niż innych uczniów i często całował ją w [usta]” – to NIE MA  żadnych racjonalnych powodów, dla których Kościół miałby ukrywać ten fakt. O ile mi wiadomo, małżeństwo nie jest grzechem. W niczym też nie podważyłaby to nauki o boskości Chrystusa, lecz jedynie dodatkowo potwierdzało Jego naturę ludzką, w którą Kościół i tak od zawsze wierzył.
  2. Wbrew obiegowej opinii, która mówi, że Kościół zidentyfikował Marię Magdalenę z „jawnogrzesznicą” (nierządnicą czy też prostytutką), aby rzekomo „zdyskredytować ją”, Ojcowie Kościoła zgodnie stwierdzają, że w tych tekstach Ewangelii chodzi o różne kobiety – Marię z Betanii i bezimienne osoby – a o Marii Magdalenie mówi się jedynie, że za sprawą Jezusa „opuściło ją siedem złych duchów.”

Natomiast co do drugiej sprawy, warto pamiętać o tym, że w czasach Chrystusa imię „Jezus” było tak pospolite, jak dziś jeszcze bywa w krajach Ameryki Łacińskiej. W samej Biblii można bez trudu odnaleźć co najmniej dwie osoby, które noszą to imię (więcej nie szukałam!). Tak więc nawet odkrycie grobowca jakiegoś Jezusa nie świadczy absolutnie o niczym. Tym bardziej, że nie mamy przecież żadnego materiału genetycznego, z którym moglibyśmy porównać znalezione szczątki.

 

No, chyba, żeby za autentyczne uznać takie relikwie Męki Pańskiej, jak np. Całun Turyński – które jednak większość uczonych dziś odrzuca (opierając się głównie na wynikach datowania metodą węgla radioaktywnego), mimo że nauka nadal nie umie racjonalnie wyjaśnić historii ich powstania.

 

Ale przy okazji wszystkich tych mocno wątpliwych sensacji archeologicznych po raz kolejny wypłynęła tzw. „sprawa braci Jezusa”, która niezmiennie podnieca słabo zorientowane umysły…

 

Tymczasem język hebrajski, który w czasach Jezusa liczył na pewno nie więcej, niż kilka tysięcy słów, NIE ZNAŁ określeń oznaczajacych bliższych i dalszych krewnych. Bracia przyrodni, cioteczni, kuzyni a nawet bliscy przyjaciele – wszystko to byli po prostu bracia (i siostry).

 

Tak np. Laban mówi do Jakuba: „Braćmi jesteśmy” , choć w rzeczywistości Jakub jest tylko jego siostrzeńcem. (A tytuł „siostry” jest też w Piśmie świętym nader często nadawany narzeczonej lub prawowitej żonie – nikt rozsądny jednak nie wyciąga z tego wniosku, że w czasach biblijnych kazirodztwo było jakoś szczególnie rozpowszechnione! :)). 

 

Inny podobny przykład: „Matka Jego, Maria, i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa…”

 

Jak to – dwie siostry i obie Marie?! Owszem, tyle że  najprawdopodobniej nie siostry rodzone, lecz cioteczne lub stryjeczne, kuzynki…

 

I jeszcze coś – nawet, gdyby (na co, podobnie jak w przypadku małżeństwa i dzieci Jezusa, nie mamy żadnych  konkretnych dowodów!) Maria miała oprócz Pierworodnego także inne dzieci, w niczym nie przeczyłoby to Jego boskiej naturze. Przecież Pismo święte wyraźnie mówi, że „Józef nie zbliżał się do Niej, aż porodziła swego pierworodnego Syna.” A zrodzenie dzieci w małżeństwie – powtórzę to raz jeszcze! – nie jest i nigdy nie było grzechem!

 

Gdyby jednak Jezus miał rodzonych braci, dość trudno byłoby wytłumaczyć, dlaczego w godzinie śmierci powierzył swą Matkę nie im, lecz „umiłowanemu uczniowi”?

 

Ja sama rozważałam w tej kwestii hipotezę konfliktu Chrystusa z Jego krewnymi, który zresztą został zarysowany w Ewangeliach. Oto widzimy, jak „Jego Matka i bracia stoją na dworze i chcą z Nim mówić”, po tym, jak rozeszła się wieść, że „rozum stracił.”

 

A jednak i taka teoria nie wytrzymuje konfrontacji ze źródłami! Oto bowiem niedługo później spotykamy „braci Pańskich” wśród uczniów Chrystusa (o czym wspomina św. Paweł w swoich listach), a jeden z nich, Jakub (nazywany także „bratem Pańskim”) został nawet przełożonym gminy w Jerozolimie i poniósł tam śmierć męczeńską.

 

Skoro więc stosunki Jezusa z Jego rodziną nie były wcale tak złe, jakby się z pozoru wydawało, to nasuwa się wniosek, że żaden z krewnych nie czuł się na tyle blisko związany z Jego Matką, aby roztoczyć nad Nią synowską opiekę. Inaczej mówiąc: Jezus nie miał braci.