Przytulić się i zasnąć…

A więc znów czekamy na tatusia, Okruszku. Czekamy… Jestem napięta jak struna i bardzo zmęczona…tym czekaniem. Pamiętasz, mała Lisa z Bullerbyn (kiedyś przeczytam Ci tę książkę, kochanie…) mawiała, że takie czekanie to jest coś, od czego się siwieje – i chyba miała rację.

 

Jestem taka zmęczona, dziecinko… Chciałabym się wtulić w Twojego tatusia i już tak zostać. Zasnąć. Chociaż na jedną, krótką chwilę, wiesz? Wydaje mi się teraz, że dla tej jednej chwili mogłabym nawet umrzeć – ale Twoje rytmiczne stukanie z prawej strony brzucha przypomina mi, że nie jestem sama. Wiem, dziecinko, wiem. Należy Ci się ode mnie więcej spokoju, niż go miałaś (-eś) ostatnio. Nie, nie będziemy się denerwować.

 

Ale wiesz, co zrobimy? Posprzątamy tu. Weźmiemy ciepłą kąpiel z pianką. Napijemy się dobrej, malinowej herbatki. I może posłuchamy sobie muzyki. Dobrej, miłej, łagodnej muzyki. Mamusia bardzo lubi muzykę.

 

” Pod twym głosem znajomym

przy którym ręce grzeję

spadną nagle ze mnie

te dni, które nas dzielą.

Wszystkie dni bez ciebie. (…)

Pod twą ręką wprawną

wszystkie zmilkną słowa.

Wszystkie suknie spadną…”

(Małgorzata Gołąbek, Maja naga)

O aniołkach i diabełkach.

Jeżeli kiedykolwiek przyjdzie Ci do głowy, aby pokochać kapłana, to spraw sobie aniołka i diabełka.

 

On się do Ciebie uśmiecha – i natychmiast aniołek podnosi główkę, a diabełek opuszcza główkę.

 

Rozmawia z Tobą godzinami, słuchając Cię tak uważnie, jak nikt nigdy Cię nie słuchał. Mówi Ci słowa, których nikt nigdy nie mówił – aniołek podnosi główkę…

 

Mówi Ci, że Cię kocha, że się pobierzecie, że będziecie mieli dzieci – diabełek opuszcza główkę…

 

Pyta Cię, czy dla niego będziesz w stanie wyrzec się sakramentów świętych – aniołek opuszcza główkę…

 

Całuje Cię…I stajecie się jednym ciałem… – diabełek…a może aniołek…?… opuszcza główkę.

 

Poczęliście nowe życie! – aniołek unosi główkę.

 

Jesteś sama – i z zazdrością patrzysz na inne kobiety w przychodni ginekologicznej, które są z mężami – diabełek podnosi główkę.

 

Wieczorem on szepce Ci do ucha słowa takiej miłości i czułości, jakiej nie zdarzyło Ci się spotkać w życiu – aniołek podnosi główkę.

 

Wiesz, że nigdy nie będziesz  miała „normalnych” zaręczyn i ślubu…Że nikt nie ucieszy się z narodzin Twojego dziecka – aniołek opuszcza główkę…

 

I co? Czy ciągle masz ochotę pokochać księdza?

 

Niebo – piekło – niebo…

Kiedyś bardzo lubiłam ten werset z Księgi Izajasza:

„Czyżbym Ja, który otwieram łono matki, nie sprawił urodzenia dziecka? – mówi Pan.

Czyżbym Ja, który sprawiam poród, zamykał łono? – mówi twój Bóg.”

(Iz 66,9)

Bo wiedziałam, że to jest proroctwo, które kiedyś wypełni się na mnie. Że kiedyś będę karmiła piersią dziecko – moje, moje własne. „A każdy, kto o tym usłyszy, śmiać się będzie z mego powodu” (Rdz 21,6). Dla Boga bowiem nie ma NIC niemożliwego…

A jednak, kiedy Bóg spełnił swoją obietnicę – dał mi miłość i „otworzył moje łono” przekonałam się, jak gorzkie mogą być niektóre przepowiednie.

(Dzisiejsza liturgia zawiera m.in. werset: „Jesteś kapłanem tak jak Melchizedek…” – i czy naprawdę dziwisz się, kochanie, że to rozdziera moje serce? Przecież Ty JESTEŚ kapłanem! Jesteś…i zawsze nim będziesz. Zawsze. Nawet, kiedy się pobierzemy… Nawet, jeśli teraz chcesz o tym zapomnieć. Nawet, jeżeli już zapomniałeś. Ja nie zapomnę. I Bóg nie zapomniał…)

I kto wie, może naprawdę jest tak, jak mawiała św. Teresa Wielka, że „kiedy Bóg chce ukarać głupca, spełnia wszystkie jego prośby..”?