Czułe słówka.

Wydawało mi się zawsze, że z racji moich licznych kontaktów z mężczyznami jestem w tej materii ogromnie doświadczona. 🙂

 

Myliłam się. Nic nie wiedziałam. Nic. Ani o mężczyznach, ani o miłości, ani o seksie… Uśmiecham się teraz do siebie, bo mi się znowu przypomniała wizja mojego charyzmatycznego spowiednika – mała dziewczynka na maminych szpilkach. Tak, właśnie.

 

Nie wiedziałam, jacy potrafią być mężczyźni. Zwłaszcza zakochani mężczyźni. Przecież żaden mnie dotąd jeszcze nie kochał. Nie szalał za mną tak, jak szaleje P. Nie dzwonił co godzinę po to tylko, żeby mi powiedzieć, że mnie kocha… Kocha mnie! Kocha! Kocha! Nie rozumiem, jak może mnie kochać? Daje mi tyle czułości, że się w niej roztapiam. A w jego cieple – ojej, jakie to banalne, co piszę! 🙂 – kaleka dziewczynka rozkwita jak kwiatuszek.

 

Na który nikt by nie zwrócił uwagi. Ale on zwrócił. I wystarczy.

 

Wziął mnie za rękę i pociągnął za sobą – a ja pobiegłam za nim z radością dziecka, biegnącego po łące. I poszłabym za nim wszędzie, z zamkniętymi oczami – do piekła czy do papieża…

 

Bo kiedy mam Ciebie, kochanie, mam wszystko. Cały świat.

 

I Bóg stworzył kobietę…

Stare rabiniczne powiedzonko mówi, że jedyni mężczyźni, którzy po śmierci nie będą cierpieć mąk piekielnych to ci, którzy za życia mieli złe żony…

I rzeczywiście, nikt tak skutecznie nie potrafi zatruć życia mężczyźnie, jak ta, która z woli Stwórcy miała być dla niego towarzyszką i wsparciem.

Podobno, kiedy kobieta wychodzi za mąż, ma zawsze nadzieję, że ON się zmieni. Ale on się nigdy nie zmienia. A kiedy mężczyzna się żeni, ma nadzieję, że ONA się nigdy nie zmieni. Ale ona się jednak zmienia. I niestety często nie są to zmiany na lepsze…

Na pewno trochę w tym winy samych panów, którzy niekiedy tak są zafascynowani atrybutami w rodzaju ładnej buzi, zgrabnych nóg i kształtnych piersi, że często w ogóle nie zwracają uwagi na inne cechy wybranki. No i wybierają…zimną i nieczułą lalkę Barbie zamiast ciepłej brzyduli, która pokochałaby ich całym sercem. (Ciekawe, że przy wyborze np. samochodu na ogół nie kierują się kolorem karoserii…:))

A opamiętanie przychodzi zwykle po ślubie – te wszystkie „Gdzie ja miałem oczy?!” i „O, mój Boże, z kim ja się ożeniłem?!” (Jak rzekło Pismo: „I poznałem, że bardziej gorzka niż śmierć jest niewiasta…”;))

Ale i współczesne kobiety na pewno nie są tu bez winy.

Młode, dobrze sytuowane i wykształcone dziewczyny coraz częściej nie chcą mieć dzieci. Karmione feministyczną propagandą o tym, jakoby dziecko było „haraczem spłacanym przez kobiety naturze”, ciężarem i zagrożeniem – boją się. Boją się o figurę, karierę, pozycję towarzyską, i o…tysiąc innych rzeczy jeszcze.

A że jednocześnie młodzi mężczyźni coraz częściej pragną ojcostwa i stabilnego życia rodzinnego – no, cóż, to już tylko ich sprawa i ich problem… Kto by się tam przejmował tym, że mężczyźni też mają jakieś swoje uczucia, prawda? W końcu to są „tylko” faceci..

I bardzo to smutne, że obecnie wielu biznesmenów wynajmuje sobie „dziewczyny na godziny” już nie tyle do seksu, co po to, żeby ktoś z nimi porozmawiał, ponieważ ich zabiegane partnerki nie mają już na to ani czasu ani ochoty. Czyżbyśmy więc – przy całym swoim wyemancypowaniu – cofały się z wolna do czasów starożytnych, kiedy to „hetery” (kurtyzany, gejsze) bywały jedynymi godnymi partnerkami dla mężczyzn?

Takie niby jesteśmy „wyzwolone” – latamy w Kosmos i obejmujemy rządy nad światem – a nie potrafimy najzwyczajniej w świecie KOCHAĆ naszych partnerów?! Bo wydaje mi się, że współczesne kobiety już nie tyle rozmawiają z mężczyznami, co z nimi nieustannie rywalizują… Może więc już najwyższa pora skończyć z tą obłędną ideologią?

Bo przecież mówi Pismo: „Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam – uczyńmy mu zatem odpowiednią dla niego pomoc.”

Por. także: „Gdy ONA go bije…”

Oczekiwanie…

Napisałam kiedyś taki wiersz:

 

Niech przyjdzie, niech wróci, niech będzie –

na imiona wszystkich nieżyjących bogów

zaklinałam niespokojne morze,

zaklinałam srebrną przędzę czasu –

niech przyjdzie, niech wróci, niech będzie… 

 

Bo ja wciąż na coś (lub na kogoś) czekam. Wcześniej się chyba nauczyłam czekać (i tęsknić!) niż mówić…

 

Czekam na Zmartwychwstanie. Na radość wielkanocnego poranka. I na niego, jak na uciszenie burzy.  I zaspokojenie wszelkich pragnień. I być może czekam też na jego (nasze!) dzieciątko, które na razie jest (jeżeli w ogóle jest!) pewnie bardzo podobne do czerwonego, pulsującego listka – i zbyt jeszcze małe, abym mogła wyczuć jego obecność. Nie wiem.

 

Dziś jest Wielka Sobota – Dzień Wielkiego Oczekiwania. A więc czekam. Cała jestem czekaniem.