„Ratunku, mam płodne dni!”

Myślę, że tym, co najbardziej odstrasza wielu ludzi od metod naturalnych (poza ich rzekomą „nieskutecznością” – wczoraj przeczytałam w pewnej książce wydanej przez FEMINOTEKĘ taki „żarcik”: „Jak się nazywa kobieta, która to stosuje? MAMA!” – która w dużej mierze jest mitem) jest konieczność „powstrzymywania się od seksu” przez kilka (czy kilkanaście) dni w każdym cyklu.

Pominę już na razie fakt, że NIE WIERZĘ, by także pary stosujące inne metody antykoncepcji kochały się „codziennie i przez cały czas.” (Tym bardziej, że działaniem ubocznym niektórych preparatów  hormonalnych bywa obniżenie libido u części kobiet, co przyznają nawet producenci. Reklamuje się przecież środki, które mają niwelować ten niechciany skutek). Od zbyt wielu czynników bowiem to zależy.

Sądzę jednak, że większość tego typu problemów wynika z tego, co uważamy za „prawdziwy, satysfakcjonujący seks.”

No, bo jeśli TYLKO pełny stosunek, podczas którego dochodzi do „złożenia nasienia” w pochwie – no, to faktycznie mamy problem.

Jak jednak słusznie przekonuje Dagmar O’Connor w swojej świetnej książce „Jak kochać się z tą samą osobą do końca życia…i wciąż to lubić?” (wyd. Czarna Owca, 2010)  taki stereotyp „prawdziwego seksu” jest prostą drogą do małżeńskiej nudy.

Kiedy nie ma „pełnego zbliżenia” to już nie ma seksu, nie ma miłości, bliskości – jak mawiał Kononowicz, „nie ma niczego”?

A przecież, kiedy byliśmy bardzo młodzi, te wszystkie ukradkowe pocałunki, dotknięcia i pieszczoty wydawały się równie ekscytujące, jak „prawdziwy seks” i sprawiały nam również dużo przyjemności, prawda?

Wiele par, stosujących NPR uważa, że w czasie płodnym należy wręcz rygorystycznie unikać jakiekolwiek kontaktu fizycznego, aby się, cytuję, „niepotrzebnie nie rozpalać.”

Czytałam nawet kiedyś w artykule cenionego skądinąd katolickiego doradcy małżeńskiego, jakoby w małżeństwie wręcz ZABRONIONE były wszelkie pieszczoty, o ile nie prowadzą bezpośrednio do stosunku.

Mnie jednak zdecydowanie bliższy jest pogląd nieżyjącego już niestety o. Joachima Badeniego, który mówił: „Jeśli chodzi o pieszczoty, to w małżeństwie już wszystko, co tylko sprawia przyjemność, co buduje miłość – to róbcie!” („Kobieta i mężczyzna – boska miłość.”)

Nie dziwię się, że przy bardziej surowym podejściu i przeżycie „czasu zakazanego” i późniejszy powrót do siebie mogą być bardzo trudne, równie trudne, jak w niektórych ortodoksyjnych małżeństwach żydowskich, które praktykują niemalże całkowitą separację małżonków na czas „nieczystości” kobiety.

W NPR chyba jednak niezupełnie o to chodzi – „wstrzemięźliwość małżeńska” NIE JEST tym samym, co wstrzemięźliwość ludzi żyjących w celibacie czy w stanie wolnym.

Prawie wszyscy zajmujący się tą problematyką eksperci zgodnie twierdzą, że czas płodny to nie ma być „czas bez miłości” – lecz jedynie czas bez kontaktu narządów płciowych.

Gdyby prześledzić typowy przebieg zbliżenia seksualnego – piszą np. autorzy naszego podręcznika, John i Shelia Kippley’owie – zazwyczaj na początku są szepty i pocałunki, następnie przytulenia i pieszczoty; do tego momentu partnerzy mogą być nawet zupełnie lub częściowo ubrani. Potem następuje właściwe zbliżenie i wkrótce sam mąż albo oboje doświadczają orgazmu. W chwilę później jest już po wszystkim. Biorąc pod uwagę wszystkie wymienione etapy, czy można uznać któryś z nich za najważniejszy, jeśli idzie o wyrażanie miłości? Inaczej mówiąc, czy w tej typowej serii czynności seksualnych samo zbliżenie i przeżycie orgazmu wnoszą więcej do ich miłości, niż tzw. wstępna gra miłosna? Czy też szepty, pocałunki i pieszczoty są tutaj w równej mierze twórcze?

Wszyscy autorzy zgadzają się też co do tego, że ważna tu jest wyobraźnia i…poczucie humoru, które pozwala nie traktować „obowiązku małżeńskiego” jako sprawy śmiertelnie poważnej, którą można „należycie zrealizować” tylko w jeden, określony sposób.

Pomocne mogą tu być namiętne pocałunki, różne pieszczoty, zmysłowy taniec, erotyczna rozmowa, wspólna kąpiel lub masaż, a nawet – nieco bardziej figlarne – wzajemne malowanie się farbkami do ciała (co zaleca O’Connor).

Możliwości jest więc całkiem sporo. A te, które wymieniłam, to na pewno jeszcze nie wszystkie.

A żeby nie było, że znów głoszę tu jakieś straszne herezje (choć zapewne i taki zarzut znowu padnie:)), o. Ksawery Knotz, któremu trudno raczej zarzucić brak „ortodoksji”, też zalecał np. wspólny prysznic małżonkom, którzy tak się strasznie „napinali” w czasie płodnym, żeby się tylko (broń Boże!) nie dotykać, że potem, kiedy „te dni” już przeminęły, zupełnie nie potrafili się ze sobą dogadać.

Oczywiście, jestem przekonana, że należy tak doskonalić same metody naturalne, aby ten czas „niespełnienia” maksymalnie skrócić – jestem zawsze przerażona, kiedy czytam o kobietach, które MIESIĄCAMI nie współżyją, bo zwyczajnie nie wiedzą, kiedy mogą. Myślę, że małżonkowie „z natury” nie powinni siebie unikać dłużej, niż to absolutnie konieczne.

A jednak sądzę też, że doświadczenie i poczucie humoru pozwalają z czasem wypracować sobie w tej kwestii taką wewnętrzną wolność, jak u pewnej uroczej pary w średnim wieku, pokazanej w reportażu o działalności o. Knotza: „A my to się KOCHAMY codziennie. – mówili oni w odpowiedzi na skargi młodszych, skarżących się na pewne niedogodności „płodnych dni” – Po prostu wiemy, kiedy możemy jeszcze przestać…”Tak więc – „jak ludzie WOLNI postępujcie!” (1 List św. Piotra Apostoła 2,16). :)

Zob. także: „Jak NIE NALEŻY uczyć NPR?”; „10 mitów na temat NPR”; „FAQ:NPR.”

 

Co to jest „miłość”?

Kiedy ostatnio byłam u fryzjera (tak, tak – nawet mnie się to czasem zdarza:)), czekając na swoją kolej przeglądałam – jak zwykle w takich razach – kolorowe magazyny leżące na stoliku. I w jednym z nich natrafiłam na reportaż o paniach trudniących się zawodowo, jak to się teraz mówi, „seksem sponsorowanym.”

I proszę mi wierzyć, nie to mnie martwi, że takie osoby w ogóle istnieją – rzecz to przecież tak stara, jak świat.(Tyle że dawniej takie panie zwano „utrzymankami”).  Daleka też jestem od tego, by się tym „gorszyć” – skutecznie nauczono mnie kiedyś, że „tylko gorszy się gorszy!” – poza tym wiem, że w życiu bywają najróżniejsze sytuacje i że ktoś mógł się poczuć po prostu „zmuszony” (tak czy inaczej) do wykonywania takiej „pracy.” 

To pewnie nie przypadek, że większość bohaterek artykułu samotnie wychowuje dzieci – i (jak zgodnie twierdzą), robią to, co robią, po to, by „zapewnić tym dzieciom wszystko” – naturalnie wszystko to, co da się kupić za pieniądze – na co nie mogłyby sobie pozwolić, pracując za tysiąc złotych miesięcznie… Jak korepetycje z języka obcego, modne ciuchy czy zagraniczne wakacje.

I nawet nie to mnie zasmuca, że jedna z nich przyznała wprost: „Czuję się jak towar. Ale skoro już jestem towarem, staram się być przynajmniej towarem dobrze opakowanym.” 

Jeśli ktoś dobrowolnie zgadza się na własne uprzedmiotowienie, to cóż można na to poradzić?

Naprawdę zasmuciłam się dopiero, czytając odpowiedź jednej z tych pań na pytanie dziennikarki o „miłość”: „Phi! – prychnęła lekceważąco – A co ma pani na myśli, mówiąc „miłość”? Pierścionek z brylantem, który ktoś pani proponuje? Taki zaproponował mi niedawno jeden z klientów. Nie przyjęłam.”

I w tym momencie miałam ochotę krzyczeć, wrzeszczeć: „Kobieto, co ty bredzisz?! Jaki świat pokażesz swojemu dziecku? Taki, w którym liczy się tylko KASA?!”

I pomyślałam wtedy o swoim Mężu, który delikatnie brał mnie na ręce i dosłownie „wstawiał” pod prysznic, namydlał, a następnie spłukiwał, gdy jeszcze nie miałam siły zrobić tego sama po cięciu. A potem równie ostrożnie odkładał mnie na łóżko, uważając, by mi nie przysporzyć przy tym bólu.

Albo kiedy w milczeniu obejmował mnie, nie próbując (na szczęście!) „pocieszać”, gdy dowiedzieliśmy się, że z serduszkiem naszej córki nie wszystko jest jednak w porządku.

Wtedy, w Szpitalu Bielańskim, mając pozlepiane włosy i byle jaką koszulę, zakochałam się na nowo w moim Mężu (wiedząc, że niewielu mężczyzn zdobyłoby się na to, co on…). Ba – dosłownie oszalałam na jego punkcie.

A potem jeszcze raz, i jeszcze – ostatnio kiedy wspólnie „koczowaliśmy” w szpitalu przy łóżeczku Anieli, która chorowała wówczas na zapalenie płuc.

I przyznam się, że do tej pory w momentach „kryzysów” (które zresztą prędko przemijają) lubię sobie przypominać, jaki on potrafi być.

Bo jeśli to nie jest miłość, to co nią jest?

Kronika smutnych przypadków Jacka K.

Proszę mi wierzyć, nie to mnie w całej sprawie zasmuca, że „ojciec Jacek się zakochał.”

Zresztą, jestem ostatnią osobą, która mogłaby go za to ganić.

Martwią mnie jednak inne aspekty tej sprawy.

Po pierwsze, wydaje mi się, że media czerpią wielką satysfakcję z opowiadania o takich przypadkach, na zasadzie: „no, tak, proszę, do tej pory chłop żył NIENORMALNIE, ale się opamiętał i „nawrócił” na jedyną miłość, jaka naprawdę istnieje – na miłość do kobiety. To jest, proszę Państwa, nasze Niebo, nasz raj na ziemi – wszystko inne to mrzonka, dziecinna iluzja.”

W pewnym sensie i sam bohater owej romantycznej afery zdaje się przyklaskiwać takiemu rozumieniu, twierdząc, że „chował się” przed ludźmi w habicie i odgradzał od miłości (oczywiście, tej jedynej, która naprawdę istnieje) ołtarzem… Dziwne wyznanie, jak na kogoś, kto (jak mówią) pomógł setkom ludzi, przeprowadzał umierających na tamten świat, itd. Jeśli to wszystko robił bez miłości – no, to faktycznie, znalazł się w niewłaściwym miejscu. Nie wiem, czy istotnie księża i zakonnice, pracujący np. w hospicjach czy wśród trędowatych, robią to z posłuszeństwa (jak się wyraził o. Jacek) „jakimś abstrakcyjnym zasadom”, czy jednak raczej (częściej) z miłości do ludzi?

No, cóż – zdarza się. Każdy się może minąć z powołaniem.

Ciekawe tylko, że komuś, kto był m.in. psychoterapeutą (i powinien mieć lepsze rozeznanie co do własnych motywacji) dojście do takiej konstatacji zajęło aż 25 lat. I, proszę mi wierzyć, że nie mogę się pozbyć niejasnego poczucia, że ta nagła decyzja mogła mieć jakiś związek z aferą Amber Gold, w której, z racji osobistej znajomości z „małżonkami P.” ojciec Krzysztofowicz miał niejaki udział (sprawa pieniędzy, przekazanych na gdański klasztor?). Nie chcę niczego sugerować, Boże broń, tylko ten leciuteńki cień wątpliwości jakoś uparcie nie chce mnie opuścić. Mea culpa.

Po drugie, zachłanność, z jaką media rzucają się na „odejścia księży z Kościoła” (aczkolwiek i samo wyrażenie jest nieprecyzyjne, bo większość byłych duchownych nie zmienia wyznania, tylko stan cywilny – nie odchodzą zatem „z Kościoła”, tylko porzucają kapłaństwo), jest mocno zastanawiająca w świecie, gdzie ludzie notorycznie łamią (w imię „osobistego szczęścia”, oczywiście) zobowiązania małżeńskie, a jeśli nie wchodzą w zalegalizowane związki, to ich niewierności rzadko nawet bywają zauważane (chyba, że chodzi o osoby z pierwszych stron gazet). Tak jakby pozostawienie towarzyszki życia z gromadką nieletnich dzieci było czymś zasadniczo LEPSZYM, niż „zrzucenie sutanny.” Ja w każdym razie tak nie uważam.

Po trzecie wreszcie, to, co zawsze budzi mój najgłębszy smutek, to, kiedy ktoś jednym zdaniem PRZEKREŚLA całe swoje dotychczasowe życie, twierdząc, że to, co robił do tej pory było całkowicie pozbawione sensu. Sama nigdy tak nie myślałam o kapłaństwie P. – i jestem pewna, że i on tak nie myślał.

To zupełnie coś innego, niż powiedzieć sobie: „Będąc księdzem poczułem się nagle powołany do czegoś innego, do ojcostwa i małżeństwa.” – jak wzruszająco wyznał pewien także były dominikanin, który obecnie jest (żonatym) duchownym w Kościele prawosławnym. Nie, to tak, jakby powiedzieć żonie, z którą przeżyło się ćwierć wieku: „Wiesz, doszedłem do wniosku, że tak naprawdę NIGDY cię nie kochałem, a wszystko, co mówiłem i robiłem do tej pory, było jednym wielkim kłamstwem.”

Zawsze miałam trudności, by uwierzyć rozgoryczonym kobietom, które po latach mówiły o swoich partnerach: „Nigdy mnie nie szanował.”; „ZAWSZE był taki i owaki.” – bo przecież (choć same wolą tego nie pamiętać) był taki czas, kiedy to ten „potwór w ludzkiej skórze” wydawał się najlepszy i najukochańszy pod słońcem.

Z tego samego powodu nie dowierzam także i o. Jackowi, kiedy mówi, że „zawsze” i że „nigdy.” Bo z pewnością był taki czas, kiedy myślał inaczej.

Ks. Piotr Dzedzej, autor skądinąd świetnej książki „Porzucone sutanny” (serii wywiadów z „byłymi”), twierdzi, że wszystko zaczyna się od „porzucenia wierności” nakazanym regułom. Ja bym jednak powiedziała inaczej. „Abstrakcyjnych zasad” rzeczywiście nie da się POKOCHAĆ. Kochać można tylko osoby. (Zarówno w małżeństwie, jak i w stanie duchownym). I jeśli u jakiegoś księdza zanika świadomość, że Bóg jest przede wszystkim żywą Osobą, z którą można (łamane przez: należy) zbudować głęboką, osobistą relację – a staje się On tylko „Abstrakcyjną Zasadą” – to wtedy naturalne jest, że taki człowiek będzie się zwracał ku „jedynej miłości, jaka rzeczywiście istnieje.”

Bo doświadczenie pustki i samotności jest dla człowieka nie do zniesienia. Już Biblia mówi: „Nie jest dobrze być człowiekowi samemu.” I jest to naprawdę święta prawda.

Zdając sobie jednocześnie sprawę z tego, że tym postem wywołam na nowo dyskusję o „biednych księżach, nękanych przez celibat”, chciałabym tu przytoczyć kilka moich podstawowych przemyśleń na ten temat.

Po pierwsze, warto przypomnieć, że zarówno o. Jacek, bracia z Taizé, Dalajlama, jak i mój P. są „zakonnikami”, tj. ludźmi, którzy DOBROWOLNIE zdecydowali się na życie w bezżenności. Tak więc ewentualny wybór „małżeństwo czy celibat” powinien dotyczyć przede wszystkim tzw. księży świeckich (diecezjalnych), którym wszystkim (nawet tym, którzy mieli już żony – małżeństwa te wówczas uznano za „nieważne”) w XII wieku rzeczywiście NARZUCONO taki sposób życia, „jakby byli zakonnikami” – którymi przecież nie są.

Stąd w Cerkwi Prawosławnej wymóg celibatu dotyczy tylko duchowieństwa zakonnego (spośród którego na ogół rekrutują się też biskupi), a w kościołach protestanckich, gdzie wszyscy pastorzy są świeccy (bo Luter, rozczarowany mnich, zniósł wszystkie zakony) – nie ma go wcale. Zachodzi tu zresztą pewna ciekawa różnica, o której wcześniej nie wiedziałam: u braci prawosławnych najpierw musi być ślub, a potem święcenia, a u protestantów – odwrotnie.:)

Co jednak zrobić z tymi, którzy przyjętego na siebie zobowiązania tak czy owak nie udźwigną?

No, cóż, wydaje mi się, że przede wszystkim należałoby im udzielać sakramentu małżeństwa, aby uchronić ich i ich rodziny przed skutkami życia „w grzechu.” A potem to już w zależności od potrzeb Kościoła i próśb takiego duchownego – mogliby pracować jako (żonaci) księża diecezjalni, stali diakoni, katecheci… Albo w ogóle przejść w „stan świecki.” Wielu z nich przecież (jako się rzekło) wcale nie odchodzi „z Kościoła”, ani, tym bardziej, od Boga.

Być może należałoby także – o tym też już tu pisałam – przemyśleć na nowo organizację życia zakonnego, i zamiast nieodwołalnych „ślubów wieczystych” wprowadzić (na wzór wspomnianej już ekumenicznej wspólnoty z Taizé) jedynie zobowiązania czasowe, które mogłyby być przedłużane nawet do końca życia.

Przypuszczam, że wtedy „odejść” i rozczarowań takich, jak w przypadku ojca Krzysztofowicza byłoby znacznie mniej – choć zdaję sobie sprawę z tego, że taki projekt zakrawa na pewną „niesprawiedliwość” wobec małżonków – bo niby dlaczego nakazywać im dozgonną wierność, skoro celibatariusze byliby zwolnieni z tego obowiązku?

No, chyba, żeby (jak postulował Sartre) również sakrament małżeństwa zmienić w „kontrakt”, odnawiany co rok czy co dwa lata… Tylko, czy to nie oznacza, że w gruncie rzeczy uważamy, że WIERNOŚĆ (nawet z Boską pomocą) jest dla ludzi w ogóle niemożliwa?

A swoją drogą, ciągle mi się marzy list papieża, skierowany do „byłych” duchownych i ich rodzin. Pewnie jeszcze nie za Benedykta, ale za któregoś z następców, kto wie? Bo przecież „nas” dla Kościoła nie ma, MNIE nie ma…