Coś „ciachach” i „foczkach.”

Z przerażeniem obserwuję, jak w dzisiejszych czasach już naprawdę WSZYSTKO staje się „towarem” – ciało, miłość, seks – a nawet sam CZŁOWIEK (mężczyzna, kobieta czy dziecko)…

I czasami naprawdę się cieszę, że jako osoba niepełnosprawna nie muszę brać w tym udziału (bo i tak jestem „poza konkurencją”!:)) – nie moje małpy, nie mój cyrk.

Nawiasem mówiąc, NIGDY nie uważałam, aby najlepszym sposobem pokazania mężczyznom, jakie to my-kobiety jesteśmy „wyzwolone”, było traktować ich tak, jak niektórzy z nich traktują kobiety. Na ogół traktuję innych tak, jak sama chciałabym być traktowana – z szacunkiem.

A że sama nie chciałabym być „towarem”, „foczką”, „d*pą” etc. – tak więc nigdy, przenigdy nie nazwałabym żadnego faceta „ciachem” (no, chyba, że pieszczotliwie, w domowym zaciszu – „moje ty ciasteczko!”:) – i że byłby to facet naprawdę bardzo, bardzo mi bliski:)), a gwizdanie i cmokanie na ich widok uważam wprost za żenujące. Podobnie zresztą, jak i reakcje wykształconych przecież i dorosłych kobiet na występy różnych męskich striptizerów.

Przecież te – excusez le mot! – baby zachowują się tak (krzyczą, piszczą, gryzą, a nawet wyrywają tym chłopakom włosy…) jak 10-letnie dziewczynki, które nigdy nie widziały mężczyzny…

Czy modlitwa jest jak seks?

Mogłabym teraz odpowiedzieć starym żartem: próbowałam obydwu i różnica jest kolosalna! 🙂

Sprawa jest jednak poważniejsza, niż się z pozoru wydaje.

W dzisiejszych „wyzwolonych” czasach kwestia tego, kto z kim sypia (i w jaki sposób!) staje się w coraz większym stopniu sprawą PUBLICZNĄ, tematem filmów, książek i artykułów z pierwszych stron gazet – a ci, którzy wszem wobec ujawniają swoje preferencje, stają się obiektem powszechnego podziwu.

Z modlitwą (i wiarą!) zaś jest dokładnie odwrotnie – nowoczesne społeczeństwa robią wszystko, by zepchnąć ją jak najgłębiej do sfery prywatności.

Niedawno w pewnej ogólnopolskiej stacji telewizyjnej pewna młodziutka dziennikarka wypaliła ze szczerym zgorszeniem: „Ludzie! Mamy XXI wiek, a oni wyjeżdżają się modlić – co za obciach!”, mając na myśli posłów Platformy Obywatelskiej, którzy pojechali na rekolekcje…

Żeby było jasne: wcale nie podobają mi się takie „obowiązkowe spędy duchowe” i żegnanie się na rozkaz, ale…

Zastanawiam się, czy ta panienka jest równie zbulwersowana tym, że posłowie jeżdżą „na podwójnym gazie” albo urządzają balangi w towarzystwie koleżanek Anastazji P.?

Zapewne nie – bo przecież to jest „normalne” – wszyscy tak robią, no nie?

I zastanawiam się także, czy miałaby tyle „odwagi”, żeby powiedzieć, że medytujący i uprawiający ascezę Dalaj Lama też „robi wiochę”?

I coraz częściej przychodzi mi do głowy, że nasz „tolerancyjny” zachodni świat ma coraz większe problemy z zaakceptowaniem „inności” chrześcijan.

W pewnym holenderskim miasteczku np. zakazano pastorowi korzystania z dzwonów kościelnych, które podobno „zakłócały spokój” mieszkańcom. A po ostatnich wypowiedziach Benedykta XVI coraz wyżej podnoszą się głosy, aby rządy państw „cywilizowanych” upomniały papieża.

Niech się zajmie klepaniem „zdrowasiek” – ale niech nie się nie waży mówić niczego, absolutnie niczego, co mogłoby mieć jakikolwiek związek z życiem i zachowaniem ludzi…
Przypominam, że papież w tej swojej „skandalicznej” wypowiedzi NIE POWIEDZIAŁ, że używanie prezerwatyw grozi ogniem piekielnym, tylko, że „prezerwatywy nie rozwiążą wszystkich problemów Afryki.”

A ktoś jeszcze wierzy, że rozwiążą?!

I tak sobie myślę, że to dobrze, że mimo wszystko istnieje taka „skostniała” instytucja, która ma odwagę kwestionować prawdy, co do których wszyscy ludzie kulturalni się już dziś na ogół zgadzają: że aborcja to w gruncie rzeczy niewinny zabieg, którego skutki mogą być wręcz dobroczynne dla zdrowia, że eutanazja to całkiem rozsądne i humanitarne rozwiązanie problemu ludzi starych i chorych; że małżeństwo to wcale niekoniecznie związek kobiety i mężczyzny, a dzieci nie potrzebują obojga rodziców, by się prawidłowo rozwijać; że za epidemię AIDS w świecie jest odpowiedzialny głównie Watykan…

Naprawdę, gdyby nie było Kościoła katolickiego, to (przy wszystkich jego wadach) należałoby go chyba wymyślić…

W sporach z tą strukturą, która nijak nie chce się „dostosować” ani „iść z duchem czasu” przynajmniej nam nie grozi, że przestaniemy myśleć…

Głos w sprawie „homofobii” – odsłona druga.

Kilka dni temu zadziwiła mnie usłyszana w jakimś radiu (od razu zastrzegam, że nie była to żadna rozgłośnia katolicka!:)) informacja, że w „postępowej” Wielkiej Brytanii chcą ukarać więzieniem rodziców, którzy nie pozwolili swoim pociechom (w wieku szkoły podstawowej) obejrzeć obowiązkowego przedstawienia homoseksualnej wersji „Romea i Julii.”

Warto dodać, że ludzie ci w żadnej mierze nie uważali się za „homofobów” – byli jedynie zdania, że ich dzieci są jeszcze za małe, by mogły właściwie zrozumieć taki przekaz.

Rozumiem ich – ja bym nie posłała swego 11-letniego bratanka na zwiedzanie obozu w Auschwitz – mimo że przecież nie jestem antysemitką, ani na wystawę grafik erotycznych, chociaż trudno mi zarzucić przesadną pruderię…

Czyżby więc w nowoczesnym społeczeństwie rodzice mieli nie mieć żadnego wpływu na to, czego – i w jakim wieku! – nauczane są ich dzieci, bo PAŃSTWO, w każdym przypadku, „wie lepiej” co dla nich jest dobre – i w razie potrzeby dysponuje środkami, by przymusić obywateli do respektowania własnego pojęcia „tolerancji”?

Czyżbyśmy zatem nadal wyznawali starą zasadę (nieobcą zresztą i Kościołom i komunistom), że czasami trzeba nawet siłą zapędzić ludzi do „szczęścia”?

Warto tutaj może przypomnieć, że zanim jeszcze homoseksualizm został „chorobą” (z listy schorzeń WHO wykreślono go ostatecznie dopiero w 1990 roku), w wielu krajach (w tym i w samej Wielkiej Brytanii!) był…przestępstwem. Za tę „zbrodnię” siedział w więzieniu np. wybitny pisarz, Oskar Wilde.

Czyżby więc „homofobię” czekała teraz droga w odwrotnym kierunku?