Nieustraszeni pogromcy seksizmu.

Niedawna afera z „niepoprawną politycznie” reklamą sieci MOBILE rozpętała na nowo odwieczną dyskusję na temat tego, „co kogo obraża?” , a mnie dała podstawę do wniosku, że w dzisiejszych czasach NIEŁATWO BYĆ MĘŻCZYZNĄ, że sparafrazuję inną telewizyjną reklamę.

 

Można nawet powiedzieć, że „seksistowskie” czyli z definicji złe jest tylko to, co uraża lub ośmiesza kobiety – nigdy zaś mężczyzn. A nawet nie wszystkie kobiety, nie większość , ale choćby tylko niektóre z nich (jak to było np. z tym słynnym billboardem, który w reklamie pewnego radia, skierowanej do mężczyzn wykorzystał piękne, kobiece piersi – z gałkami w miejscu sutków – i podpisem „To nas kręci!” – Nas to wcale nie kręci! – oznajmiła następnego dnia jakaś „okrutnie oburzona” feministka. I nie musi, droga pani, i nie musi…:) W każdym razie mnie, było nie było, „tyż baby”, jakoś wcale nie zgorszyła sugestia, że mężczyzn podniecają kobiece biusty).

 

A więc na przykład – jak w owej ostatecznie ocenzurowanej reklamie – choćby cień przypuszczenia, że „nowoczesna kobieta” mogłaby nie umieć strzelać z kałasznikowa czy też używać piły tarczowej… Przecież każdy światły człowiek wie, że są to umiejętności, które każda mała dziewczynka (podobnie jak każdy chłopiec) wysysa już z mlekiem matki…

 

Tymczasem – co ciekawe – delikatnego smaku tych obrończyń równości wcale nie obrażają reklamy, na których dorosły, inteligentny mężczyzna przypala garnek z wodą albo na widok brudnej, niemowlęcej pieluszki ucieka z wrzaskiem. Już nawet nie wspomnę o niezliczonej ilości dowcipów i scenek kabaretowych, w których żona „wychowuje” męża przy pomocy miotły, wałka czy ścierki. O, nie – to wszystko jest śmieszne, zabawne i ze wszech miar pożądane.

 

To jeszcze pół biedy, jeśli ta „walka płci” toczy się tylko na głupie dowcipy – znacznie gorzej jednak, gdy przenosi się np. na salę sądową.

 

W Polsce istnieje obecnie ponad 200 stowarzyszeń, zajmujących się obroną praw kobiet i tylko 9 (słownie: dziewięć!) organizacji, broniących praw mężczyzn (ojców). W powszechnym odbiorze – podsycanym jeszcze przez niektóre kampanie społeczne – mężczyzna to ten, który pije, bije – a nierzadko i molestuje. To ten „drugi rodzic”, nierzadko gorszy – a już na pewno taki, bez którego spokojnie można byłoby się obejść.

 

Nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać, kiedy przeczytałam, że pewien sędzia oznajmił ojcu, że nie może się zajmować własnym dzieckiem, ponieważ go…nie urodził!

 

I nawet „les-mamy” są, zdaje się, w dużo lepszym położeniu, niż ich homoseksualni koledzy, ponieważ społeczna tolerancja dla wychowywania dzieci przez jedną lub dwie kobiety (babcie, ciocie, przyjaciółki…) jest znacznie większa, niż w przypadku dwóch mężczyzn.

 

A żeby już zostawić w spokoju te niełatwe problemy, zajmijmy się rzeczami dużo bardziej prozaicznymi, w rodzaju wynajęcia mieszkania, na przykład. Nikt chyba nie zaprzeczy, że znalezienie lokum np. w Warszawie jest o niebo łatwiejsze dla 2 studentek, niż dla 2 studentów? Jeden z moich serdecznych przyjaciół miał niedawno okazję przekonać się o tym na własnej skórze. Słuchając jego opowieści wręcz cieszyłam się, że nie jestem mężczyzną…

 

No, i kto tu teraz jest tą „słabszą płcią”?

Zob. też: „Gdy ONA go bije…” oraz „Obraza uczuć religijnych – czyli co?”

Elegia na śmierć idei olimpijskiej.

Niedawno zakończone igrzyska w Pekinie dały już wielu publicystom powody do narzekań na upadek światowego sportu. Postanowiłam więc i ja dorzucić swój kamyczek do tego ogródka.

To oczywiście prawda, że chińska olimpiada pokazała, jak bardzo we współczesnym świecie liczą się PIENIĄDZE – a wszyscy, nie da się ukryć, jesteśmy uzależnieni od gospodarki Państwa Środka. Wszystko – poczynając od bawełnianej koszulki, którą mam na sobie, poprzez baterię mojego telefonu aż do grzechotki, którą bawi się mój syn – z bardzo dużym prawdopodobieństwem jest MADE IN CHINA. (Tego ostatniego zresztą naprawdę trudno jest uniknąć, ponieważ Chiny opanowały – podobno – nawet do 90% światowej produkcji zabawek!) I z tego powodu nikt z „wielkich tego świata” nigdy nie ośmieli się zbojkotować Chin…

Ale czyż nie było to zjawisko widoczne już wcześniej, kiedy jubileuszową Olimpiadę roku 1996 przyznano nie – jak by się godziło – Atenom, lecz, „ze względów pozasportowych” (głównie finansowych!) amerykańskiej  Atlancie?

A co ze słynną ideą „pokoju i braterstwa między narodami”? Także i w tym punkcie idee olimpijskie zdają się przemieniać w swoją własną karykaturę – jakże daleko odeszliśmy od czasów, gdy sportowcy RPA byli karani zakazem uczestniczenia w zawodach międzynarodowych z powodu panującej w ich kraju polityki apartheidu! – z tym, że i to nie zaczęło się od dziś.

Dosyć przypomnieć „igrzyska Hitlera” w Berlinie w 1936, albo w Moskwie w 1980 roku. (W obydwu tych przypadkach działacze sportowi mogliby się zapewne usprawiedliwiać, że przyznając tym państwom organizację tak wielkiej imprezy liczyli na ich „otwarcie się na świat” – który to argument podnoszono zresztą także przy okazji Pekinu). Albo pamiętne igrzyska w Monachium w 1972 roku, których nie przerwano mimo tragicznej śmierci izraelskich sportowców z rąk terrorystów. Wiadomo – the show must go on!

A dzisiaj, aby pokryć powszechne zawstydzenie z powodu tego, co dzieje się w Tybecie, ukuto wygodną (i jakże obłudną!) formułkę mówiącą, że „przecież to tylko sport!” Tak? A ja myślałam, że IDEA OLIMPIJSKA to jednak coś więcej…

Kolejną sprawą jest wszechobecna we współczesnym sporcie PRESJA WYNIKÓW, która w moim przekonaniu odpowiada nie tylko za tak niekorzystne zjawiska, jak doping, ale przede wszystkim za to, że człowiek uprawiający wyczynowo jakąś dyscyplinę kojarzy się dziś ze wszystkim, tylko nie z antycznym powiedzeniem „w zdrowym ciele – zdrowy duch!” W najlepszym razie staje się trzydziestokilkuletnim emerytem, w najgorszym zaś – kaleką…

A co by się stało (pomyślcie przez chwilę), gdybyśmy – zamiast bicia kolejnych niebosiężnych rekordów (które są już tak wyśrubowane, że nie da się tego zrobić bez specjalnych technik i „dopalaczy” – bo ciało ludzkie, jestem o tym przekonana, posiada pewne własne, naturalne granice) powrócili do prostej zasady, że mistrzem jest ten, który pobiegł najszybciej, skoczył najwyżej, rzucił najdalej? Tak po prostu?

Zgadzam się, że wówczas sport straciłby może nieco ze swojej „widowiskowości” (co w epoce Internetu i telewizji wydaje się niemal nie do pomyślenia!:)), ale zapewne zyskałby na  uczciwości…

I jest to pewien paradoks, że stara, coubertinowska idea, że „nie liczy się wynik – liczy się udział” przetrwała w najczystszej formie wśród tych „najmniejszych”, tych, na których zawodowi sportowcy niejednokrotnie patrzą z nieuzasadnioną wyższością (widać to było choćby po sporach wokół premii za medale) – wśród uczestników Paraolimpiad i Olimpiad Specjalnych…

Głos w sprawie homofobii.

Sądzę, że „homofobia” to jest takie słowo- wytrych, wygodna łatka, którą działacze gejowscy nader chętnie przyczepiają każdemu, kto tylko ma czelność się z nimi nie zgadzać – choćby nawet w jego wypowiedziach i poglądach nie było w istocie ani krzty nienawiści.

„Homofobiczne” jest więc np. stwierdzenie, że małżeństwo jest związkiem mężczyzny i kobiety (za taką „szerzącą nienawiść” opinię – z którą zresztą „po cichu” zapewne zgadza się wielu homoseksualistów – papież Benedykt XVI znalazł się w wielce niechlubnym towarzystwie w Hall of Shame), albo, że się osobiście uważa stosunki (bo nawet nie same SKŁONNOŚCI – to, wbrew pozorom, ważne rozróżnienie) homoseksualne za grzech (casus Rocco Butilgnone i tego biednego pastora ze Szwecji, który nieomal trafił za to do więzienia…), a nawet publiczne przyznanie się, że się jakoś zwyczajnie nie potrafi homoseksualistów pokochać. Za tę jakże nienawistną wypowiedź sympatyczny skądindąd Jerzy Skoczylas z kabaretu ELITA dochrapał się tytułu „Homofoba Roku.” (Choć, moim zdaniem, znalazłoby się wielu lepszych kandydatów…) Biedaczek…

Nieustraszeni tropiciele „homofobii” zdają się przy tym prawie zupełnie nie dostrzegać, że jednak czym innym jest to, co dwie dorosłe osoby robią w zaciszu własnej sypialni (bo to jest, jak sądzę, wyłącznie sprawa pomiędzy nimi, a Bogiem…) niż – zawinione lub nie – wciąganie dzieci w taki zagmatwany układ.

I kiedy ostatnio polski sąd zdecydował, że (z różnych przyczyn, wśród których wszakże NIE BYŁO homoseksualizmu) pewna „les-mama” nie może na razie zaopiekować się swoją córeczką – „tęczowe” środowiska natychmiast podniosły krzyk, wbrew zapewnieniom sądu wietrząc w tym jakiś wredny spisek homofobów…

Pani Kazimiera Szczuka posłużyła się przy tym wielce nieuczciwym argumentem, sugerując jakoby np. przemoc wobec dzieci zdarzała się tylko w tych strasznych rodzinach „heteryckich” – nigdy zaś w szczęśliwych, radosnych i pełnych miłości związkach jednopłciowych. Niestety, muszę jej zburzyć ten idealistyczny obraz świata: takie rzeczy zdarzają się wszędzie.

Podobnie, jak nie jest prawdą głupi slogan o tym, że „najgorsza matka jest lepsza od najlepszego ojca”, tak też z pewnością nie jest tak, że W KAŻDYM PRZYPADKU mama lesbijka albo tata-gej będą lepszymi rodzicami, niż heteroseksualiści. Ani też zapewne odwrotnie. 🙂

I to prawda, że w dzisiejszych (pokręconych) czasach zdarzają się najróżniejsze sytuacje: dzieci wychowywane tylko przez matki lub tylko przez ojców, w rodzinach zastępczych itd. Nikt jednak, kto choć raz zetknął się z problemami dzieci w takich rodzinach, nie powie z czystym sumieniem, że jest to dla nich sytuacja IDEALNA. Ostatecznie mały człowiek to nie delfin, którego z powodzeniem wychowują dwie samice…

Z badań wiadomo, że ludzie pochodzący z niepełnych rodzin mają w dorosłym życiu większe trudności ze stworzeniem stabilnego związku- a czy ktoś w ogóle badał, co się dzieje z młodym człowiekiem, który miał w dzieciństwie dwie mamusie albo dwóch tatusiów?

Por. też: „Co naprawdę myślę o… HOMOSEKSUALIZMIE?”; „Raport mniejszości.”; „Tęczowa nietolerancja.”