Tam Jahwe nam udzielił swego błogosławieństwa…

Stałam przed Tym, który mnie stworzył…mnie i to dzieciątko w moim łonie… – i nic innego się nie liczyło.

 

Stałam i śpiewałam: „Ześlij deszcz, ześlij deszcz! Otwórzcie się, bramy nieba…” – i nie było chyba na świecie osoby, która by bardziej pragnęła tego, o co się modli. Byłam tylko pyłkiem, pustynią, spieczoną, zeschłą ziemią…

 

A potem podeszłam i na znak oddania dotknęłam monstrancji z Najświętszym Sakramentem. Chciałam przedstawić i oddać moje dziecko Panu. Tylko tyle.

 

W tym momencie moim udziałem stało się doświadczenie Abrahama, który powiedział do Pana: „Oby przynajmniej Izmael żył pod Twoją opieką!” Wiedziałam, że nie mam prawa prosić o nic więcej. 

 

A On podniósł to małe ziarnko piasku, za które się uważałam – i stał się dla mnie „jak ten, który podnosi do swego policzka niemowlę.” Pobłogosławił mnie, mojemu dziecku i mojej miłości…

 

Moc Najwyższego mnie osłoniła – i spoczęło na mnie Jego błogosławieństwo.

 

Ktoś może uznać, że to bluźnierstwo – ale tak właśnie to odczułam…

 

By chronić mnie przede mną…

Kochanie moje, kochanie… teraz już wiem…jestem pewna…że zostałeś mi dany po to, aby uleczyć moje serce i moją duszę. Mój chory obraz samej siebie…

 

Kiedyś myślałam, że miłość fizyczna jest dla mnie czymś do tego stopnia zakazanym, że już przez same takie pragnienia jestem tak zła, lubieżna i perwersyjna, że powinnam zostać za to ukarana. Na pewno złożyły się na to także pewne dramatyczne wydarzenia z mojego dzieciństwa.

 

Kiedyś myślałam, że prędzej już jakiś mężczyzna mnie wykorzysta, aniżeli pokocha i że seks to jedyne, na co mogę mieć nadzieję. I to w najlepszym wypadku. Że tylko na to sobie zasłużyłam.

 

 

A teraz już wiem, że się myliłam. I to bardzo.

 

Wiem, że takiej bliskości, jaka jest między nami, nie dałby mi żaden seks i żadne wyuzdanie. Relacji władzy i podporządkowania nie da się „przerobić” na partnerstwo i miłość – choć mam wrażenie, że te wszystkie dziewczyny tak naprawdę skrycie o tym marzą i tego pragną.

 

Ja jednak nie wierzę, że można tak dowolnie „przełączać” swój umysł – i być w jednej sekundzie przedmiotem w rękach swego „pana” (nawiasem mówiąc, wydaje mi się, że istota ludzka, jeżeli nie chce stracić swej godności, może mieć tylko jednego Pana, pisanego wielką literą – i nie powinien to być żaden człowiek…) , a w następnej – jego uwielbianą żoną. Nie można mieć wszystkiego…

 

Sądzę również, że, ponieważ ośrodki bólu i rozkoszy są w naszej głowie położone tak blisko siebie, cała rozkosz płynąca z takiego układu wynika z pewnych zmian chemicznych w mózgu – a mówiąc prościej: z jakiegoś rodzaju uzależnienia.

 

A jeżeli już mam wybierać pomiędzy seksem a miłością (chociaż dla mnie taka alternatywa jest cokolwiek sztuczna, bo najlepszy seks to seks z miłości) – to zawsze wybiorę MIŁOŚĆ. Bo nawet po najwspanialszej nocy trzeba w końcu wyjść z łóżka…

 

Por też: „CYBERSEX: Piekło, które…”

 

Stan wyjątkowy.

Tyle ostatnio słyszę (i czytam!) o ciążach młodocianych dziewczyn, o ciążach z gwałtu, o dziewczętach w krajach arabskich, którym za „bezprawne” wejście w stan słusznie zwany błogosławionym grozi kara śmierci, o kobietach porzuconych w takiej sytuacji przez nieodpowiedzialnych mężczyzn….

 

Słucham, czytam i…solidaryzuję się nimi wszystkimi, choć na pozór przecież żadna z tych historii mnie nie dotyczy.

 

Nie jestem już nastolatką, właśnie znalazłam pracę, urodziłam się w Polsce, a nie w Arabii Saudyjskiej, mój przyszły mąż jest dla mnie ogromną pociechą i wsparciem…a jednak boję się.

 

Boję się, że „dziwka” będzie najłagodniejszym ze słów, jakich użyje moja skądininąd kulturalna mama, kiedy się dowie, że zostanie babcią… Boję się, że nie obejdzie się nawet bez rękoczynów. Boję się, że gdzieś mnie zamkną, odizolują od P., ubezwłasnowolnią…Mnie przecież nie wolno być w ciąży! Moja matka nigdy nie brała pod uwagę nawet tego, że kiedykolwiek będę miała męża, że już o „nieślubnym” dziecku (i to dziecku księdza!) nawet nie wspomnę. Nie liczyła na wnuki ode mnie – pod tym względem zawsze myślała tylko o moich braciach…

 

Mogę sobie mieć i dziesięć dyplomów ukończenia wyższej uczelni – ale jako osoba niepełnosprawna nie mam prawa być dorosłą kobietą…Jestem i pozostanę na zawsze dzieckiem. Jestem aseksualna – i już. Jeżeli zaś ktoś (tak jak P.) śmie twierdzić, że mnie kocha, albo – o zgrozo!- pożąda, to albo jest niezrównoważony psychicznie (i nie wie, co mówi) albo, co gorsza, jest zboczeńcem…

 

Źle się czuję. Nie mam apetytu, z trudem zwlekam się rano z łózka, a moje piersi są ciężkie. Nie mam siły nawet na bieżące życie, a przecież przyjdzie mi jeszcze stoczyć walkę o wiele trudniejszą – walkę o dziecko mojej miłości. Przecież wiem, że muszę je chronić…

 

Biedny P… Biedne moje dzieciątko…choć poczęło się z tak wielkiej, ogromnej miłości, powiadają, że „na takie dzieci Jezus nie dał zgody…” Czy aby na pewno? Przecież Bóg jest miłością – a jedyną moją winą jest to, że się zakochałam. Czyż On mógłby być tak okrutny, aby za to karać nasze dzieciątko?

 

A Fasolka we mnie, nieświadoma tego wszystkiego, właśnie spokojnie zaczęła dziewiąty (?) tydzień swego istnienia…