ON w domu, ONA w domu…

Szczerze mówiąc, zawsze uważałam, że to NIE JEST sprawiedliwe, że kiedy kobieta prowadzi dom i wychowuje dzieci to jest na ogół postrzegana jako „nieszczęsna ofiara powszechnie panującej męskiej cywilizacji”, która – gdyby tylko jej na to pozwolić – mogłaby pokazać całemu światu, na co „tak naprawdę” ją stać.

Natomiast jeśli mężczyzna prowadzi dom i wychowuje dzieci, mówimy pogardliwie, że to z pewnością nieudacznik i pantoflarz, który do niczego innego się nie nadaje. Podobnie jest, kiedy mężczyzna i kobieta próbują połączyć pracę zawodową z wychowaniem dzieci.

Jeśli ona to robi, traktuje się ją niemal jak „bohaterkę” – natomiast, jeśli robi to mężczyzna (jak mój tata, który cały czas normalnie pracując, gotował kaszki i ucierał noski), stwierdzamy lekceważąco: „Phi, i cóż w tym takiego? Przecież to jest jego psi obowiązek! Niech się cieszy, że go w ogóle kobieta do dziecka dopuściła!” (Przecież 'każdy światły człowiek wie’, że… „dziecko to WYŁĄCZNA sprawa kobiety!”)

A jeszcze gorzej jest wtedy, gdy mężczyzna próbuje pracować w typowo „kobiecym” zawodzie, np. w przedszkolu (zauważcie, że nie mamy nawet słowa, które by kogoś takiego określało – „pan przedszkolanek” brzmi co najmniej niepoważnie). „Gej? – podejrzewamy – A może nawet pedofil…”

Nasze (bardzo) drogie dzieci…

Kwestia płacenia dzieciom za pomoc w obowiązkach domowych to bezsprzecznie śliski temat.

Bo z jednej strony chciałabym (w przyszłości) dawać mojemu synkowi kieszonkowe nie „za nic”, ale za konkretną wykonaną PRACĘ (żeby się nauczył, że pieniądze nie spadają z nieba…) – ale z drugiej strony…

Obawiam się, że takie podejście prowadzi do przeliczania wszelkich relacji międzyludzkich na pieniądze i „co ja z tego będę miał(a)?”

I boję się, że może się w końcu okazać tak, jak to napisała pewna matka w serwisie Rodzice Radzą:

„Moja córka ma 17 lat i dopiero teraz widzę, że wychowałam egoistkę. Kiedy mówię, że powinna mi więcej pomagać, odkurzyć, umyć łazienkę, zwłaszcza teraz, kiedy jestem w ciąży, odpowiada, że nie ma czasu, bo przecież ona ma szkołę i treningi. Powiedziałam jej, że powinna więcej czasu poświęcać nauce i obowiązkom domowym, bo jak na razie to dom traktuje jak hotel. Nic jej nie obchodzi, wiadomo, że teraz zaciskamy pasa i oszczędzamy, ale ona nic sobie z tego nie robi, na stałe włączyła 'tryb roszczeniowy’: daj na fryzjera, na buty za 279 zł, kieszonkowe 50 zł, za komórkę zapłać, daj na kino, na to i na tamto…Powiedzcie mi, czy to ja jestem nienormalna i wymagam za dużo od córki?Czy mam prawo wymagać, by na przykład powiesiła pranie, zmyła naczynia, cokolwiek pomogła w domu?”

Przypomina mi się tutaj jeszcze ten szwedzki pomysł z płaceniem „niepracującym” żonom (przez mężów) za prace domowe według stawek rynkowych.

I jestem w stanie wyobrazić sobie „nowoczesny” związek funkcjonujący na zasadzie kontraktu: Ty wnosisz tyle, a ja tyle. I te kłótnie typu: „Cooo?! Ja już 15 razy w tym miesiącu zrobiłam śniadanie, a Ty tylko 13 razy! Toż to istny wyzysk człowieka przez człowieka!”; „Ciężka choroba?! O, nie, dziękuję! Nie będę Twoją pielęgniarką! Tego nie było w umowie!” Wszystko to pięknie, obliczalnie, sprawiedliwie…

Tylko gdzie w tym wszystkim jest miejsce na bezinteresowność, wzajemną pomoc, poświęcenie – a wreszcie MIŁOŚĆ?

„Cywilna” znaczy gorsza?

Na moim ulubionym portalu Fronda.pl dyskutanci zareagowali lekką konsternacją na stwierdzenie abpa Życińskiego, że ludzie żyjący w związkach niesakramentalnych to są „poranione owce” którym należy się troska ze strony Kościoła i które absolutnie nie powinny być uważane za chrześcijan drugiej kategorii.

W komentarzach pojawiło się nawet stwierdzenie, że tak dużą liczbę zgodnych „cywilnych” małżeństw należy tłumaczyć działaniem ni mniej ni więcej tylko szatana, bo „jeśli ktoś już do niego należy, tego on kusić nie musi.” A jeśli ktoś ma sakrament i stara się żyć „po Bożemu” to tam dopiero diabeł szaleje, aż miło…

I od razu przyszło mi tu na myśl Jezusowe zapytanie, jakże to „szatan sam ze sobą jest skłócony” <Mt 12,26> – przecież jego „imię” diabolos po grecku oznacza tego, który nas rozdziela, a nie łączy…). Myślicie, że ludzie wierzący, którzy żyją w takich związkach nie modlą się, nie przepraszają Boga, nie starają się wychować dzieci „po chrześcijańsku”? No, to się BARDZO mylicie. „Nie potrzebują lekarza zdrowi, ale ci, którzy się źle mają…”

A ślub kościelny ma sens tylko wówczas, gdy się wierzy w to, że jest to przysięga składana sobie nawzajem wobec Boga, a nie tylko „piękna uroczystość z organami i welonem do samej ziemi” – a tak go niestety traktuje wielu z tych, którzy okazali się go godni i już go „odfajkowali” – i nieważne, że na co dzień omijają kościół szerokim łukiem…

Ostatnio w książce pewnego księdza, którego zresztą lubię i szanuję, znalazłam takie określenie dla „cywilnych” żon: „jego tak zwana żona” – I wydaje mi się,że jest to obraźliwe dla takich małżeństw. Ślub może i nie jest „prawdziwy”, ale miłość?

Sama, jak wiadomo, nie mam z P. ślubu kościelnego (chociaż zawsze było to dla mnie coś bardzo istotnego) po prostu dlatego, że jest to na razie niemożliwe. Nie tracę jednak nadziei, że kiedyś się to zmieni.

A już całkiem niedawno na jednym z blogów (www.ks-tomasz.blog.onet.pl) znalazłam „przypowieść” o babci na weselu, która bardzo mnie poruszyła. Otóż ta staruszka, chociaż z racji wieku i licznych chorób nie mogła już ani zjeść, ani wypić, ani się zabawić, umiała się jednak wspaniale CIESZYĆ RADOŚCIĄ INNYCH…

I choć jako żona „byłego” kapłana dobrze wiem, jaki ból sprawia głód Eucharystii (tak naprawdę nikt, kto tego nie doświadczył, nie może sobie tego nawet wyobrazić) – to jeszcze nie znaczy, że muszę się także „skręcać z zazdrości” wobec tych, którzy są do niej dopuszczeni.

I modlę się o to, by się pozbyć tego typu zawiści (mimo, że wierzę głęboko, że przyjdzie taki czas, kiedy i nam Kościół okaże miłosierdzie…). Bo to trochę tak, jakbym będąc niepełnosprawna „miała za złe” wszystkim zdrowym, że normalnie chodzą…

I cóż jeszcze mogę powiedzieć? Jeśli jesteście wierzący, pomódlcie się czasem za mnie, za nas…

Postscriptum: Niedawno inny z piszących blogi księży napisał, że nadużyciem jest już samo nazywanie „rodziną” ludzi żyjących w wolnych związkach. Z teologicznego i prawnego punktu widzenia zapewne jest to prawda- ale nie wiem, czy to, że „nieślubni rodzice” żyją nie całkiem „po Bożemu” – choć może czasem lepiej i zgodniej, niż wiele par oficjalnie pobłogosławionych przez Kościół albo urzędnika stanu cywilnego – powoduje np. że mniej kochają swoje dzieci?

Czy Anna Radosz, która również żyła w konkubinacie, była „gorszą” matką, niż Joanna Beretta-Molla czy Agata Mróz (żyjące w przykładnych stadłach)? Wszystkie trzy ofiarowały swoje życie za nienarodzone dzieci…Podejmuje się ktoś rozsądzić, że ofiara świętej była więcej warta, niż ofiara „jawnogrzesznicy”?