Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego tak nie lubimy ludzi starych i najchętniej odesłalibyśmy ich jak najdalej od siebie? Do domów „pogodnej starości”, szpitali, gdziekolwiek zresztą – byle jak najdalej od nas!
Bo przypominają nam, że tym, czym oni są dzisiaj, my będziemy jutro – że nie jesteśmy wieczni, że przemijamy. Wbrew temu, co mówią nam reklamy, obiecujące wieczną młodość, wbrew medycynie, która twierdzi, że już-już prawie znalazła lek na „chorobę zwaną starością” i że już wkrótce zapewni nam (nieomal) biologiczną nieśmiertelność…
Jeden z moich spowiedników przebywał długo w Szwajcarii i opowiadał mi, jak wielki jest tam społeczny nacisk na „dobrowolne” przenoszenie się ludzi starszych do domów opieki. Często odbywa się to na zasadzie: „No, co ty, babciu, wszyscy Twoi znajomi już tam są, a Ty nam się tu jeszcze wałęsasz?”
I obawiam się, że w niedalekiej przyszłości tak samo będzie z eutanazją. Osamotnieni starsi ludzie będą sami dążyć do samobójstwa, bojąc się, że kiedy będą już naprawdę bezradni, nikt im nie pomoże. A coraz bardziej nieliczni młodzi (demografia!) będą naciskać, by „bezproduktywni” staruszkowie nie obciążali im budżetu. Zawsze powtarzam, że starość jest czczona tylko tam, gdzie stanowi… rzadkość. Tak właśnie było w większości cywilizacji przed nadejściem ery nowożytnej.
Nowoczesne społeczeństwa zatraciły poczucie pewnej pierwotnej „umowy społecznej”, która polega na tym, że najpierw rodzice opiekują się dziećmi, a potem odwrotnie – przerzucając tę odpowiedzialność na różne państwowe instytucje.
Kilka lat temu podczas upałów w tradycyjnie liberalnej Francji tysiące starszych ludzi umarły we własnych mieszkaniach tylko dlatego, że nikt nawet do nich nie zaglądał. Smutne, ale prawdziwe…
