Chrzest dzieci – za i przeciw.

Jakiś czas temu przeprowadziłam na Facebooku bardzo ciekawą dyskusję z braćmi protestantami na temat zasadności chrztu małych dzieci.

Przede wszystkim chciałabym tu serdecznie podziękować pastorowi Pawłowi Bartosikowi z Kościoła Ewangelicko-Reformowanego w Gdańsku, który udzielił mnie, katoliczce, serdecznej gościny na swoim profilu – i niejednokrotnie bronił mnie przed „misjonarskimi” zapędami niektórych protestantów.

Najpierw warto się więc zastanowić, czy praktyka chrztu „nieświadomych niemowląt” jest zgodna z Pismem Świętym.

Otóż zdziwicie się, ale – TAK!

W Dziejach Apostolskich niejednokrotnie spotykamy wzmianki o tym, że ktoś został „ochrzczony wraz z całym swoim domem.” (Dz 10,2; 16,34;18,8).

A kto zna język grecki i ówczesną kulturę, ten wie, że starożytny oikos (dom) to był mężczyzna, jego żona, niepełnoletnie dzieci (aż do momentu zawarcia małżeństwa), a także służba i niewolnicy, również z rodzinami.

Stąd wniosek, że już w starożytności niekiedy chrzczono dzieci – zawsze na prośbę i „ze względu na wiarę” ich rodziców.

Warto dodać, że Kościół katolicki zawsze uważał chrzest dokonany wbrew woli opiekunów dziecka (jeśli samo było jeszcze za małe, by taką wolę wyrazić) za nieważny, nawet jeśli zostałby dokonany w dobrej wierze. Znane są przypadki ze Średniowiecza, kiedy papież nakazuje zwrócić rodzicom dzieci żydowskie, podstępem ochrzczone przez jakichś nadgorliwych katolików, aby mogły wzrastać w tradycji swoich przodków.

Zatem ci wszyscy apostaci, którzy teraz chcą się procesować z Kościołem (zwłaszcza katolickim; nie wiem, jak to jest w innych wspólnotach), że rzekomo „zrobiono z nich chrześcijan wbrew ich woli” – powinni raczej mieć pretensje do własnych rodziców, którzy zrobili dla nich to, co w danym momencie uważali za najlepsze.

Nawiasem mówiąc, jeśli (jako się rzekło) chrzest bez wiary jest nieważny, to właściwie powinno się odmawiać chrztu tym dzieciom, u których rodziców śladów wiary nie widać ani-ani.

Lecz, po pierwsze, niełatwo to czasem rozeznać (czyż nie modlimy się podczas każdej mszy świętej „za wszystkich zmarłych, których wiarę jedynie Ty znałeś”?) – po drugie zaś, już sobie wyobrażam to „święte oburzenie” tych, którzy są przekonani, że sakramenty po prostu im się należą, jak przysłowiowemu psu zupa.

Poza tym, trzeba pamiętać, że chrzest dzieci jest zawsze tylko MOŻLIWOŚCIĄ, daną wierzącym rodzicom, ich przywilejem – nigdy zaś nie jest PRZYMUSEM. Jeśli więc ktoś uważa, że należy dziecku „dać czas”, aby uzyskało większą świadomość i dojrzałość, to przecież może tego nie robić.

Notabene, chrzty dzieci (jakkolwiek od zawsze obecne w tradycji chrześcijańskiej) zaczęły przeważać liczebnie nad chrztami osób dorosłych dopiero gdzieś około VI wieku, kiedy liczba chrześcijan w społeczeństwie wzrosła na tyle, że uznano, że „wychowanie chrześcijańskie” (w rodzinie) może z powodzeniem zastąpić dawny katechumenat.

(Trzeba jednak z całą mocą podkreślić, że to nie tyle PRAKTYKA Kościoła uległa wtedy nagłej zmianie – bo od zawsze byli – i są nadal – w nim i dorośli katechumeni, i dzieci. Zmieniły się jedynie PROPORCJE między jednymi i drugimi.)

Dziś jednak, gdy ludzie często traktują chrześcijaństwo bardziej na zasadzie zwyczaju, odziedziczonego po rodzicach, niż osobistego wyboru, wiele Kościołów (także Kościół katolicki) zaczyna zauważać, że ten dawny model już się nie sprawdza – i wprowadzać różne formy „katechumenatu pochrzcielnego”, czyli chrześcijańskiego wtajemniczenia dorosłych.

Sama kiedyś przeszłam takie.

Powiedzenie jednego z Ojców Kościoła, Tertuliana, w myśl którego „nie rodzimy się chrześcijanami, lecz stajemy się nimi”, zawsze pozostaje w mocy.

Dlatego proszę mi wierzyć, że rozumiem i szanuję pobudki tych chrześcijan (głównie baptystów), którzy kładą nacisk na „świadomość i dojrzałość” do chrztu. Wiara ZAWSZE powinna być w którymś momencie osobistym wyborem.

Rację miał także jeden z nich, gdy w toku dyskusji stwierdził, że przesadny nieraz nacisk na jak najwcześniejszy chrzest dzieci wynikał po części z błędnej koncepcji Boga – niemiłosiernego i okrutnego – który rzekomo miałby wszystkie dzieci zmarłe bez chrztu posyłać natychmiast do piekła (a w najlepszym razie – do „Otchłani Niewiniątek”, miejsca, gdzie wprawdzie nie miały one cierpieć katuszy, ale Boga też oglądać nie miały. Tę trudną do przyjęcia koncepcję zmienił na szczęście papież Benedykt XVI, przypominając, że powinniśmy mieć nadzieję, iż takie dzieci także znajdują się w zasięgu miłości Ojca.). A śmiertelność wśród nich była wówczas bardzo wysoka. I tylko ksiądz lub pastor z kropidłem mogli je ocalić od ognia piekielnego.

Niemniej warto tu też dodać, że i praktyka „późnego chrztu” miała niekiedy swe błędy i wypaczenia, w postaci tych wszystkich, którzy – jak np. cesarz Konstantyn – traktując chrzest raczej jako „punkt dojścia” niż „wyjścia” w wierze, zwlekali z tym aż do śmierci.

I jeszcze jedno: podnoszony czasem argument, jakoby należało chrzcić tylko dorosłych, „ponieważ Jezus został ochrzczony jako dorosły”, jest o tyle nietrafiony, że „chrzest Janowy” NIE BYŁ tym samym chrztem, którego później Jezus nakazał udzielać swoim uczniom „w Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego…”

Był to raczej pewien obrzęd pokutny, połączony z wyznaniem grzechów, któremu Jezus poddał się jedynie przez wzgląd na solidarność z grzesznymi ludźmi. Mówiąc po prostu: choć może się to wydawać dziwne, Jezus NIE BYŁ w tym sensie „pierwszym chrześcijaninem”!:)

Bez względu na to, jak bardzo może to razić naszych rodzimych antysemitów, „według ciała” był On Izraelitą, „obrzezanym w ósmym dniu” , jak wszyscy inni żydowscy chłopcy na świecie. :)

A chrześcijanie z pierwotnych wspólnot, jak np. Koptowie, nieprzerwanie od początku chrzczą również niemowlęta. A bardzo stara zasada jednego z pierwszych soborów powszechnych, jeszcze sprzed dwóch wielkich podziałów chrześcijaństwa (w XI i XVI wieku) – a więc obowiązująca nas WSZYSTKICH! – głosi, że „prawdą jest to, co zawsze, wszędzie i przez wszystkich było głoszone.”

Zatem, jeśli większość wyznań chrześcijańskich dziś naucza, że warto chrzcić niemowlęta, a jedynie mniejszość – i to taka, która wyodrębniła się stosunkowo późno, bo już po Reformacji, jest przeciwnego zdania – to ja jestem skłonna się przychylić w tej kwestii jednak do zdania większości.

Tym bardziej, że i pastor Bartosik, odpowiadając na moje rozważania o wierze jako o zawsze (w ostatecznym rozrachunku) dobrowolnej decyzji i o wolności rodziców w sprawie „ochrzcić dziecko czy nie?” zwrócił mi uwagę na dwie bardzo ważne kwestie.

Po pierwsze, na podobieństwo, jakie zachodzi pomiędzy żydowskim rytuałem obrzezania (którego także, notabene, nasz politycznie poprawny świat próbuje zabraniać rodzicom – np. w Niemczech – rzekomo w obronie dzieci), a chrztem niemowląt.

Jedno i drugie, dowodził słusznie, jest nie tyle znakiem WIARY – bo ta powinna przyjść później – co po prostu znakiem przynależności do określonego „ludu”, określonej wspólnoty.

I muszę przyznać, że taka argumentacja wyjątkowo trafiła mi do przekonania. Czyż w imię „dobra” dziecka czekalibyśmy np. z nadaniem mu imienia, nazwiska, z przyjęciem go do naszej rodziny (z wszystkimi jej tradycjami) czy narodu? Czy czekalibyśmy, aż „samo sobie wybierze” język, którym chce mówić?

Choć wiem, że i takie pomysły już były w przeszłości – i wciąż powracają. (Czytałam nawet, że niektórzy sądzą, że określanie płci dziecka tuż po urodzeniu – co jest nadal powszechną i dość naturalną praktyką – jest już „nieuprawnionym ograniczaniem jego wolności” i „wciskaniem go na siłę w płciowe koleiny.”:)).

Po drugie zaś, dowodził pastor, odmowa udzielenia chrztu małemu dziecku świadczy o tym, jakbyśmy chcieli mu zakomunikować, że ze względu na wiek i stopień dojrzałości jest jeszcze „za małe” (niezdolne, niegodne), by nawiązać własną, niepowtarzalną więź z Bogiem.

I to, jak się zdaje, wbrew intencjom samego Jezusa, który niejednokrotnie stawiał dzieci za wzór wiary dorosłym (Mt 18,1-5; Mk 9,36 i nast.; Mk 10,15…) i mówił, że „aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca…” (Mt 18,10)

 

Rodzice-chrzestni

 

Na zdjęciu: Ceremonia chrztu dziecka w jednym z Kościołów wschodnich. (Źródło: www.national-geographic.pl)

Postscriptum: Tymczasem nasze wygłodniałe media rzuciły się na kolejną „Franciszkową” sensację, niczym szczerbaty na suchary – oto ogłosiły, że papież w niedzielę Chrztu Pańskiego ochrzcił nie tylko dziecko samotnej matki (której wcześniej to obiecał), ale również kilkoro dzieci, których rodzice nie byli związani sakramentalnym małżeństwem.

No, i cóż z tego? Czy papież w ten sposób pochwalił „rozpustę i grzech”, jak by powiedzieli niektórzy? (Nawet na tym blogu!:)) Nie!

Moim zdaniem przypomniał jedynie, że Kościół jest (musi być!) domem otwartym dla wszystkich ludzi, także dla grzeszników – i że DZIECKO, każde dziecko (także moje…) jest zawsze błogosławieństwem, nigdy zaś „grzechem”… I chwała mu za to!

I czy to nie ciekawy przypadek, że niechcący opublikowałam ten jakże „ekumeniczny” post właśnie w czasie, gdy Kościół katolicki będzie obchodził Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan?:)

„Jeden jest Pan, jedna wiara, jeden chrzest. Jeden jest Bóg i Ojciec wszystkich.” (Ef 4, 5-6). Tak wierzę. Amen.

Kilka myśli na Boże Narodzenie.

Ta „antybożonarodzeniowa histeria”, którą obserwuję co roku (niekiedy nawet po tym można rozpoznać, że zbliżają się chrześcijańskie Święta końca roku…) czasami przybiera formy wręcz groteskowe, a czasami zabawne.

Jak wtedy, gdy czytam, że w Święta w TV odbędzie się debata „środowisk mniejszościowych” (np. feministki, rabina i członka Green Peace’u) nad tym, jak należy ZMIENIĆ (oni na to mówią: „przekonstruować” ) nasze dawne tradycje, żeby stały się wreszcie akceptowalne dla wszystkich. (Pytanie: czy TRADYCJA może być naprawdę „nowa”?)

Jak wtedy, gdy w Wielkiej Brytanii zakazano oficjalnego używania słowa „Christmas” (i pokrewnych mu wyrażeń), stare, dobre określenie „B.C.” zastępuje się przez B.C.E. („before common era” – a jakaż ona, przepraszam, „powszechna”? Muzułmanie mają swoją rachubę czasu, i Żydzi, i Chińczycy…) – a poczta Stanów Zjednoczonych wypuściła serię znaczków okolicznościowych ze „świętami grudniowymi” różnych religii – z nazwy wymienia się na nich np. Chanukę, ale Boże Narodzenie ma symbolizować domek z piernika (bez żadnego napisu).

Internauci ironizują, że w tym roku z okazji Świąt należy sobie życzyć… szczęśliwego piernikowego domku!

Jak wtedy, gdy oficjalny kalendarz szkolny dla uczniów z krajów UE wymieniał wszystkie możliwe święta (włącznie z tymi obchodzonymi przez buddystów i hinduistów), ale „zapomniał” o tak niszowych w Europie uroczystościach, jak Boże Narodzenie i Wielkanoc…

I jak wtedy, gdy holenderską tradycją bożonarodzeniową „Zwarte Piet” (Czarnego Piotrusia) – postacią niesfornego pomocnika Św. Mikołaja z usmoloną twarzą i kręconymi włosami – zainteresował się (oczywiście w negatywnym kontekście, bo jakże by inaczej) sam urząd Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw Praw Człowieka.

A stojąca na czele tego zacnego urzędu Jamajka Verene Shepherd orzekła, że dziwi się Holendrom, iż nie dostrzegają w Czarnym Piotrusiu „powrotu do niewolnictwa niegodnego XXI w.”. I zasugerowała, aby to święto skasować (sic!) – a w każdym razie poprzestać na Świętym Mikołaju…

I tu spotkała ją niespodzianka – bo oto Holendrzy, modelowo zlaicyzowane społeczeństwo, gremialnie ujęli się za bohaterem swojej narodowej tradycji. Ba, w obronie Piotrusia wystąpił nawet sam premier tego kraju, stwierdzając filozoficznie: „No, cóż – wygląda na to, że Czarny Piotruś jest czarny – i nic na to nie poradzimy!”

Podobnie – zupełnie dobrze mają się w Europie tradycyjne jarmarki bożonarodzeniowe, pomimo nieustających prób zastępowania tej nazwy jarmarkami „zimowymi” czy wręcz „sezonowymi.”

No, tak – wszystko to bardzo pięknie, czekam tylko, kiedy taka „dekonstrukcja” (w duchu świętej poprawności politycznej) dotknie także inne święta, jak np. wspomnianą już Chanukę czy Ramadan…

I, z tego co mi wiadomo, nigdzie na świecie nie ma PRZYMUSU obchodzenia Świąt Bożego Narodzenia – o jakiej więc „dyskryminacji” niechrześcijan właściwie mówimy?

Inna rzecz, że nasze czasy, które starają się usilnie „wyprać” te Święta z wszelkiej duchowości (i uczynić je „świętem błogosławionej komercji”:)) zrobiły z nich już w dużej mierze święta pielęgnowania więzi rodzinnych – dobre i to.

I tak sobie myślę, że większość tych wpisów w Internecie w rodzaju: „Jak ja nienawidzę tych WASZYCH Świąt!” (które zawsze w tym czasie mnożą się jak grzyby po deszczu) – wynika nie tyle z wojującego ateizmu, co z jakiejś wielkiej samotności piszących.

Bo najsmutniej robi się wtedy, gdy już nawet nie ma czego pielęgnować…

Dlatego, chociaż wszelka „poprawność polityczna” jest mi dogłębnie obca – życzę na te Święta, „kiedy się łączy Niebo z Ziemią, sprawy Boskie – ze sprawami ludzkimi”, i sobie, i Wam, moi Czytelnicy, abyśmy przez te kilka dni w roku stali się choć odrobinę bliżsi nie tylko tajemnicy Boga, ale także, po prostu, sobie nawzajem.

 

 

Benedykta powrót do przeszłości?

Chyba po raz pierwszy w życiu nie zgadzam się z opinią mego ulubionego Szymona Hołowni, wyrażoną tu:

http://www.newsweek.pl/blogi/szymon-holownia/czip-czip-czip-czip—-,53031,1

Autor bowiem dostrzega w ostatnich projektach „reformy liturgicznej” Benedykta XVI (przewidujących wprowadzenie do mszy św. na powrót łaciny w większych dawkach) jedynie uzasadnione pragnienie dowartościowania języka, który wciąż pozostaje „językiem angielskim Kościoła.”

A moim zdaniem MOŻNA widzieć w chęci powrotu do świątobliwej „staruszki łaciny” również chęć cofnięcia (choćby o pół kroku, choćby o milimetr…) soborowych reform – bo przecież (podobno) najlepiej jest „jak ojce i praojce wierzyli, my takoż.” Trudno mi sobie np. za obecnego pontyfikatu wyobrazić takie spotkanie międzyreligijne, jakie Jan Paweł II zorganizował w Asyżu.

Obawiam się, że coraz starszy papież odczuwa z wiekiem coraz większą nostalgię za „uporządkowanym” światem swego dzieciństwa (w którym to bogobojny ojciec dzierżył ster domu, a jeszcze bardziej bogobojna matka doglądała „trzech K.”).  A w konsekwencji bardziej niż „reformatorem” Kościoła czuje się jedynie „kustoszem świętych prawd wiary” które trzeba za wszelką cenę przechować dla przyszłych pokoleń. Nawet za cenę uczynienia z tych prawd relikwii – czcigodnych, lecz…martwych.

Tak samo z tym- popularnym w pewnych środowiskach katolickich – nawoływaniem do „nie czytania Biblii w tłumaczeniach.”Z całym szacunkiem dla dociekliwości tych, którzy w ten sposób próbują dotrzeć do samych nieskażonych 'korzeni’ swojej wiary (od łacińskiego wyrazu oznaczającego korzeń – radix – wywodzimy przecież słowo radykalizm…:)) – Biblia to jednak nie Koran, który miał zostać zesłany tylko po arabsku – i tylko taki jest uznawany za prawdziwy…

Obym się myliła – ale wydaje mi się, że w Kościele katolickim doby Benedykta istnieje o wiele więcej „niepokojących tendencji” niż tylko spadek liczby powołań na Zachodzie (bo myślę że mimo wszystko nie o „ilość” kapłanów powinno nam chodzić, ale o ich „jakość”- zresztą, co ciekawe, ich liczba poza Europą raczej wzrasta:)) czy nawet mnożące się ostatnio doniesienia o seksskandalach…   A jedną z nich jest właśnie ten powolny, aczkolwiek już zauważalny, odwrót od postanowień Soboru Watykańskiego II…

Czyżby zatem cały niegdysiejszy proreformatorski zapał dawnego ks. Josepha Ratzingera został już nawet przez niego samego uznany tylko za „błąd młodości”? Mam nadzieję, że jednak nie.


Gwoli sprawiedliwości, trzeba też dodać, że w historii Kościoła zawsze byli papieże, którzy za swoją misję uznawali reformowanie Kościoła – i tacy, którzy uważali, że ich rolą jest jedynie ochrona otrzymanego po przodkach dziedzictwa. I, co ciekawe, zazwyczaj następowali oni „na przemian” po sobie – tak więc nie lękałabym się z tego powodu przesadnie o przyszłość chrześcijaństwa.