Czy modlitwa jest jak seks?

Mogłabym teraz odpowiedzieć starym żartem: próbowałam obydwu i różnica jest kolosalna! 🙂

Sprawa jest jednak poważniejsza, niż się z pozoru wydaje.

W dzisiejszych „wyzwolonych” czasach kwestia tego, kto z kim sypia (i w jaki sposób!) staje się w coraz większym stopniu sprawą PUBLICZNĄ, tematem filmów, książek i artykułów z pierwszych stron gazet – a ci, którzy wszem wobec ujawniają swoje preferencje, stają się obiektem powszechnego podziwu.

Z modlitwą (i wiarą!) zaś jest dokładnie odwrotnie – nowoczesne społeczeństwa robią wszystko, by zepchnąć ją jak najgłębiej do sfery prywatności.

Niedawno w pewnej ogólnopolskiej stacji telewizyjnej pewna młodziutka dziennikarka wypaliła ze szczerym zgorszeniem: „Ludzie! Mamy XXI wiek, a oni wyjeżdżają się modlić – co za obciach!”, mając na myśli posłów Platformy Obywatelskiej, którzy pojechali na rekolekcje…

Żeby było jasne: wcale nie podobają mi się takie „obowiązkowe spędy duchowe” i żegnanie się na rozkaz, ale…

Zastanawiam się, czy ta panienka jest równie zbulwersowana tym, że posłowie jeżdżą „na podwójnym gazie” albo urządzają balangi w towarzystwie koleżanek Anastazji P.?

Zapewne nie – bo przecież to jest „normalne” – wszyscy tak robią, no nie?

I zastanawiam się także, czy miałaby tyle „odwagi”, żeby powiedzieć, że medytujący i uprawiający ascezę Dalaj Lama też „robi wiochę”?

I coraz częściej przychodzi mi do głowy, że nasz „tolerancyjny” zachodni świat ma coraz większe problemy z zaakceptowaniem „inności” chrześcijan.

W pewnym holenderskim miasteczku np. zakazano pastorowi korzystania z dzwonów kościelnych, które podobno „zakłócały spokój” mieszkańcom. A po ostatnich wypowiedziach Benedykta XVI coraz wyżej podnoszą się głosy, aby rządy państw „cywilizowanych” upomniały papieża.

Niech się zajmie klepaniem „zdrowasiek” – ale niech nie się nie waży mówić niczego, absolutnie niczego, co mogłoby mieć jakikolwiek związek z życiem i zachowaniem ludzi…
Przypominam, że papież w tej swojej „skandalicznej” wypowiedzi NIE POWIEDZIAŁ, że używanie prezerwatyw grozi ogniem piekielnym, tylko, że „prezerwatywy nie rozwiążą wszystkich problemów Afryki.”

A ktoś jeszcze wierzy, że rozwiążą?!

I tak sobie myślę, że to dobrze, że mimo wszystko istnieje taka „skostniała” instytucja, która ma odwagę kwestionować prawdy, co do których wszyscy ludzie kulturalni się już dziś na ogół zgadzają: że aborcja to w gruncie rzeczy niewinny zabieg, którego skutki mogą być wręcz dobroczynne dla zdrowia, że eutanazja to całkiem rozsądne i humanitarne rozwiązanie problemu ludzi starych i chorych; że małżeństwo to wcale niekoniecznie związek kobiety i mężczyzny, a dzieci nie potrzebują obojga rodziców, by się prawidłowo rozwijać; że za epidemię AIDS w świecie jest odpowiedzialny głównie Watykan…

Naprawdę, gdyby nie było Kościoła katolickiego, to (przy wszystkich jego wadach) należałoby go chyba wymyślić…

W sporach z tą strukturą, która nijak nie chce się „dostosować” ani „iść z duchem czasu” przynajmniej nam nie grozi, że przestaniemy myśleć…

I nie ma cudów?

Byłam doprawdy bardzo zdziwiona, kiedy dowiedziałam się, że odkąd istnieje „słynące z cudów” sanktuarium w Lourdes, Kościół oficjalnie uznał za „cudowne” (tzn. niemające naukowego wytłumaczenia) jedynie ok. setki takich wydarzeń.

Istnieje tam zresztą specjalne Biuro Medyczne, w którym pracują osoby o różnych przekonaniach, także ateiści (bardzo nalega się na to, by osobiste przekonania religijne nie zaciemniały im obrazu poszczególnych przypadków).

Może więc ci „łatwowierni wierzący” nie są wcale aż tak bardzo skłonni do wierzenia we wszystko, co za „cud” im się podaje?:)

Niemniej nawet ateiści muszą niekiedy przyznać, że istnieją rzeczy, których nie da się naukowo wyjaśnić – bo nie jest prawdą, w co naiwnie wierzyli XIX-wieczni „scjentyści”, że jeszcze chwila, a nauka znajdzie odpowiedzi na wszelkie pytania, rozwiąże wszystkie problemy, itd. Przeciwnie – w miarę postępu naukowo-technicznego pojawiają się nowe pytania i nowe problemy. Tak więc myślę, że zawsze pozostanie jakieś miejsce dla WIARY.

Kiedyś wybrałam się na pewne czuwanie za pożyczone pieniądze – a ponieważ nie miałam z czego ich oddać, zwróciłam się o pomoc do „Wyższej Instancji” – i gdy tylko wyszłam z kościoła, podeszła do mnie nieznana mi wcześniej kobieta i bez słowa wręczyła mi potrzebną kwotę. Można by powiedzieć – cud! A co na ten temat powie ateista? 🙂 Zbieg okoliczności! „Zbieg okoliczności” to takie zgrabne określenie, które tak naprawdę niczego nie wyjaśnia – ponieważ WSZYSTKO da się wyjaśnić zbiegiem okoliczności.  A naukowcy wiedzą, że jeśli jakiekolwiek wyjaśnienie nadaje się „do wszystkiego”, to zwykle oznacza, że jest… do niczego. (Np. w rubryce „przyczyna zgonu” można ZAWSZE zgodnie z prawdą napisać: „zatrzymanie akcji serca” – tylko co to wyjaśnia?)

Genialnie to opisał C.S. Lewis (ten od „Opowieści z Narnii”) – gdyby nawet ateista smażył się „w ogniu piekielnym” (zakładając, oczywiście, że TAKIE piekło istnieje – ja w to nie wierzę!), to jego umysł i tak nie mógłby przyjąć realności tej sytuacji – wciąż gorączkowo szukałby innego, „racjonalnego” wyjaśnienia.

Z cudami jest tak samo – wierzą w nie tylko ci, którzy sami ich doświadczyli. Czytałam całe mnóstwo książek, których autorzy próbują (czasami z powodzeniem) znaleźć naukowe wyjaśnienia dla cudów, opisywanych w Biblii. Ale ostatecznie nie jest tak ważny sam FAKT (np. odpływ Morza Czerwonego), jak jego INTERPRETACJA – albo WIERZYSZ że „Bóg to sprawił”, albo nie – i wtedy będziesz mówił o „zbiegu okoliczności”, „przypadku”, „złudzeniu” czy po prostu o niewyjaśnionym zdarzeniu tam, gdzie wierzący widzą „cud.”

Ale WYDARZENIE pozostaje takie samo. Ja wtedy naprawdę dostałam te pieniądze…

 

Dlaczego nie zostanę protestantką?

Ponieważ od pewnego czasu to pytanie przewija się w Waszych komentarzach, uznałam, że i temu warto poświęcić kilka słów.

No, cóż, przede wszystkim sądzę, że gdybym to zrobiła, zaprzeczyłabym całemu temu dobru i mądrości, które są obecne także i w tym Kościele, a których i ja sama doświadczyłam. 
Znajduję, oczywiście, dobro i prawdę również poza granicami tego Kościoła, przede wszystkim w innych wyznaniach chrześcijańskich oraz w judaizmie – a wśród braci protestantów i prawosławnych mam wielu przyjaciół.
Jestem najgłębiej przekonana, że ślady Boga można odnaleźć w różnych religiach, ale w niczym nie zmienia to faktu, że to Kościół katolicki jest moją „duchową ojczyzną” z której rozpoczęłam te poszukiwania – i nie widzę powodu, by teraz ją „zostawiać” tylko z tej racji, że nie mogę, na przykład, wziąć ślubu kościelnego – a wiem, że tak właśnie robi wielu ludzi w mojej sytuacji (często post factum „dorabiając” do tego jakieś głębsze, filozoficzne uzasadnienie). Taka postawa zawsze wydawała mi się trochę małostkowa.
Dostrzegam, oczywiście, wady, grzechy i ewidentne błędy Kościoła jako instytucji. Irytuje mnie zawsze, gdy Kościół ukazuje światu raczej swoją surową i karzącą twarz, zamiast tej macierzyńskiej i przebaczającej, którą również znam. Jako chrześcijanka chciałabym, aby Kościół jawił się światu jako piękny, „wiecznie młody” i radosny (zamiast ciągle pokazywać mu to brzydkie oblicze „zrzędliwej Staruchy”;)) – a jako żona „eksa” miałabym zapewne jeszcze więcej powodów, aby go kontestować. Niemniej wiem także, że nie istnieje żadna ludzka wspólnota, która mogłaby uchodzić za idealną – a jeśli gdziekolwiek są takie, które sobie to przypisują, to słusznie nazywa się je „sektami.”
A oprócz tego, uważam, że wielowiekowa tradycja Kościoła zawiera zbyt wiele cennych duchowo elementów (takich jak np. spowiedź indywidualna i Eucharystia), by ją można było bez żalu wyrzucić do śmietnika historii w imię tzw. „reformy.” 

Jeden z Was, zresztą ateista, napisał mi kiedyś: „Twierdzisz, że ukształtował Cię Kościół katolicki – podczas, gdy to, co tak naprawdę Cię ukształtowało to protestancki w swej istocie Sobór Watykański II – czyli jeszcze raz Biblia dla wszystkich, więcej uprawnień dla świeckich, itd. Teraz jednak są czasy kard. Ratzingera i powrotu Doktryny.”

Owszem, jestem dumna z osiągnięć Soboru – i martwi mnie, gdy ostatnio dostrzegam w Kościele pewien subtelny odwrót od jego postanowień (niedawno np. słuchałam transmisji telewizyjnej mszy świętej – i zdziwiłam się, gdy metropolita mówiąc o „zmianach jakie nastąpiły w Kościele” w porównaniu z początkiem posługi Prymasa Tysiąclecia wspomniał jedynie o tym, że od tamtego czasu zmieniły się granice administracyjne diecezji (sic!), zupełnie jakby Soboru w międzyczasie w ogóle nie było…).

Zawsze mówię, że Kościół, w osobach swoich wiernych, jest organizmem zdumiewająco odpornym – skoro przetrwał już papieża Borgię, wojny religijne, modernizm i marksizm, to (z Bożą pomocą!:)) – obecną ofensywę tradycjonalistów też jakoś przetrzyma…
Ale jest to tylko część prawdy o mnie, bowiem „mój” katolicyzm to także katolicyzm Orygenesa, Tertuliana, św. Tomasza z Akwinu, świętego Franciszka, Hildegardy z Bingen, Teresy z Avili, św. Jana od Krzyża, Edyty Stein – i wielu, wielu innych, którzy byli „przed Soborem” i przede mną. Historia Kościoła jest wielkim, wspaniałym skarbcem, z którego jako katoliczka mogę czerpać pełnymi garściami. Myślę, że jako protestantka nie miałabym aż takich możliwości.
Zawsze mi się wydawało, że Marcin Luter, w swoim słusznym zresztą pragnieniu „oczyszczenia” chrześcijaństwa ze wszystkich zbędnych (jego zdaniem) naleciałości – nieco je przy tym…zubożył. I wiem, że „ci, co tak mówią, okazują, że szukają ojczyzny. Gdyby zaś tę wspominali, z której wyszli, znaleźliby sposobność powrotu do niej.” (Hbr 11, 14-15) 🙂
Nigdy nie ukrywałam, że to właśnie ten „powrót” jest moim ostatecznym celem – i wierzę, że kiedyś Kościół w końcu uzna prawdziwość „powołania” takich osób, jak ja. Czy jednak ten Kościół, do którego wrócę, będzie tym samym, z którego „wyszłam”? Poważnie się obawiam, że nie…