Miłość, wierność, SUMIENIE.

Kiedy poznałam P., odpowiadałam na pytania mego spowiednika z nonszalancją właściwą zakochanej kobiecie, która uważa, że bez względu na wszystko „będzie dobrze” i będziemy żyli długo i szczęśliwie…

 

Teraz jednak…po dwóch latach „takiego” życia wiem już, że cena, jaką trzeba było za to zapłacić, jest NIEZWYKLE wysoka.

 

Nawet ci z Was, którzy są niewierzący, mogą spróbować spojrzeć na sprawę moimi oczyma – wyobraźcie sobie, że całe życie uczono Was, że coś (dajmy na to, kradzież), jest złem – a tu nagle jakiś przemożny impuls każe Wam właśnie taki czyn popełnić. Nigdy nie byłam zwolenniczką modnej ostatnio teorii, która mówi, że „wszystko, czegokolwiek zapragniesz, musi być dobre, ponieważ w innym wypadku takie pragnienie w ogóle by się w tobie nie pojawiło” – więc jak mogłabym ciągle nie zadawać sobie pytania, czy aby na pewno miałam rację? (A z drugiej strony, często czuję się trochę jak Joanna d’Arc, która także nie mogła wyprzeć się swoich „wewnętrznych głosów” – i za to została najpierw spalona na stosie, a po wiekach kanonizowana… Jakże ją rozumiem!).

 

Pytam więc, szukam i czytam – wszystko, co na temat osób takich jak ja uda mi się znaleźć. Ostatnio wpadła mi w ręce niewielka książeczka Anny Lis pod obiecującym tytułem „Kapłan i kobieta” (wyd. espe, Kraków 2008).

 

Po przedstawieniu wielu wzniosłych myśli na temat „powołania kapłana” i „powołania kobiety”, Autorka dochodzi wreszcie do pytania: „Czy możliwa jest MIŁOŚĆ między kobietą a kapłanem?”I odpowiada kategorycznie: NIE! „Miłość – pisze – zakłada wolność, całkowite oddanie się (dar z siebie) a kapłan jest osobą, która już złożyła dar z siebie.”

 

(Cytuje przy tym list pewnej kobiety, związanej z księdzem. Pod niektórymi jego stwierdzeniami zresztą sama mogłabym się podpisać:

„Był dobry, piękny i uprzejmy, a ja byłam samotna. Obecnie już żyję z nim. Patrząc zewnętrznie nie jestem samotna, ale jaka to smutna samotność wewnętrzna (…). Jest dla mnie dobry i uprzejmy, ale do mnie nie należy. Prawdę mówiąc, nigdy nie był moim. Przebywający w nim człowiek jest za mały, żeby zatrzeć kapłana, który służył Mistrzowi zbyt wielkiemu. Nie sposób o Nim zapomnieć. O, jakże bardzo płakałam…” (tamże, s. 54-55) –

choć nie podoba mi się zwykłe w takich razach przeciwstawianie „miłości do Boga” miłości do człowieka – są to moim zdaniem dwie różne płaszczyzny, których nie sposób porównywać. Gdyby tak nie było, to czy nie należałoby też uznać, że ci, którzy żyją w małżeństwie, zarazem „mniej” kochają Boga? Myślę, że miłość do Boga nie istnieje „obok” ludzkiej miłości – przeciwnie, ona jest także WEWNĄTRZ tej miłości.(1 J 4,20) I dlatego nigdy – inaczej niż autorka cytowanego listu – nie postrzegałam swego związku z P. w kategoriach „walki z Bogiem.” A jeżeli już, to była to walka o to, żeby mi „tego” nie dawał…Kimże ja zresztą jestem, aby z Nim „walczyć”? To raczej On zawsze czyni ze mną, co chce…).

 

Zdaniem Anny Lis miłość pomiędzy kapłanem a kobietą to tylko „pożądanie” lub seks, ucieczka przed samotnością a nawet (zwłaszcza ze strony kobiety) „zemsta na kapłaństwie czy na konkretnym kapłanie.”

 

Nie przeczę, że bywa i tak – ale mam poważne wątpliwości, czy takie uproszczenia wyczerpują wszystkie możliwe sytuacje. Autorka takich wątpliwości nie ma. „Bóg jednej osobie nigdy nie daje dwóch powołań jednocześnie.” – stwierdza z niewzruszoną pewnością. Trafiony, zatopiony. Ciekawe tylko, co pani Lis napisze za lat kilkanaście czy kilkadziesiąt, kiedy to (jak wierzę) w Kościele pojawią się również żonaci kapłani?

 

Komentując zaś ten fragment Listu od byłego księdza, który i ja tu już kiedyś przywoływałam („Czy ci, którzy zatrzymali się na drodze kapłaństwa, zawsze i w każdym przypadku są zdrajcami? Czy nie mają prawa do decyzji zgodnej z własnym sumieniem? Czy nie mają prawa czuć, że wybierają, z całym dramatyzmem związanym z tym wyborem, między wiernością swojej dotychczasowej drodze, a sumieniem, które wzywa ich do nowej odpowiedzialności i wierności? Czy nie mają prawa doświadczyć, że Bóg jest nie mniej obecny w kobiecie i dziecku, które kochają, niż w wiernych, którym dotychczas służyli?”) Autorka ironizuje: „Sumienie. Wiele osób powołuje się na własne sumienie (…) Owszem, osąd może być zgodny z własnym sumieniem, ale co to za sumienie?” (s.64)

 

Czy to jednak znaczy, że indywidualne SUMIENIE nie ma w tej sprawie nic do powiedzenia (a przynajmniej nie tyle, co aktualne nauczanie Kościoła, które przecież zmieniało się w ciągu wieków i które jeszcze nie raz może się zmienić)?

 

Oczywiście, że w przypadku kapłana, który – jakby na to nie spojrzeć – złamał dane kiedyś SŁOWO, trudno mówić o „wierności.” Zawsze jednak można mówić o ODPOWIEDZIALNOŚCI (kardynał Wyszyński słusznie kiedyś powiedział, że człowiek jest odpowiedzialny nie tylko za uczucia, jakie ma dla innych, ale i za te, które w nich wzbudza).

 

I jakoś nie chce mi się wierzyć, by najlepszym przejawem tej odpowiedzialności u kapłana, który ma dziecko, było naprawdę „powiedzenie Jezusowi (ale nie kobiecie!) „przepraszam” – i ucieczka od nich obojga jak najdalej”, jak to doradzał pewien znany duszpasterz księdzu, który znalazł się w takiej właśnie sytuacji. Przepraszam, ale po prostu nie wierzę w to, by takie rozwiązanie naprawdę podobało się Bogu.  Powiem więcej: nie wierzę w takiego Boga!

 

Chociaż, patrząc z innej perspektywy, jest także coś w tym, co wyczytałam w jednym z numerów „Znaku” – że obecnie żyjemy w „kulturze eksów” – co krok to albo eksmąż, albo eksksiądz… I jak tu się dziwić, że wielu ludzi dziś sądzi (jak pewna młoda blogerka), że „w dzisiejszych czasach nie warto przyrzekać dozgonnej miłości”?

 

A opublikowałam to wszystko w dniu, kiedy Kościół czyta m.in. ten piękny fragment z Listu do Hebrajczyków:

 

„Każdy arcykapłan z ludzi brany, dla ludzi bywa ustanawiany w sprawach
odnoszących się do Boga, aby składał dary i ofiary za grzechy. Może on
współczuć z tymi, którzy nie wiedzą i błądzą, ponieważ sam podlega
słabościom.(Hbr 5,1 nn.) Ciekawe, prawda?

 

Wariacje na temat diabła.

Od razu zaznaczam, że zaliczam się do tych chrześcijan, którzy uważają, że człowiek powinien więcej rozmyślać o miłości Boga, niż o działaniu złego ducha.

Dlatego proszę, żeby i tych moich kilku luźnych „szatańskich” refleksji nie traktować ze śmiertelną powagą. (C. S. Lewis kiedyś napisał, że diabeł jest istotą całkowicie pozbawioną poczucia humoru…)

Ale zdaje mi się, że wszyscy mniej lub bardziej ulegamy takiej dualistycznej pokusie, żeby widzieć w nim „złego Boga” równorzędnego i wiecznie walczącego z tym „dobrym” – w niektórych starożytnych religiach ta odwieczna walka sił jest koniecznym elementem rzeczywistości, ba – ona utrzymuje nawet świat w istnieniu.

Ale czy rzeczywiście „świat bez diabła” nie mógłby istnieć? Nie wiem. Z jednej strony nawet w alegorycznym opisie Księgi Rodzaju szatan-wąż-kusiciel jest kimś, kto wprowadza w rajską statyczną rzeczywistość element niepokoju, zmiany, wyboru.
Kiedyś bardzo poważnie zastanawiałam się nad tym, czy ludzie w ogóle mieliby jakiś WYBÓR, gdyby rzeczywiście od początku nie znali dobra ani zła. Ale ostatnio słyszałam bardzo ciekawą teorię, że to biblijne „poznać”znaczyło tak naprawdę samodzielnie DECYDOWAĆ o tym, co jest dobre, a co złe.A więc samo „poznanie” byłoby możliwe i bez wtargnięcia węża do Edenu. A może świat byłby lepszy bez niego?
Kiedyś też sądziłam, że „diabeł” jest tylko nazwą, usprawiedliwieniem, którego ludzie szukają dla własnych grzechów (Już Ewa zaczęła:„WĄŻ mnie zwiódł…” – a Sartre dokończył dzieła,kiedy stwierdził kategorycznie, że PIEKŁO TO INNI). Ale z drugiej strony…rację miał Paweł VI, kiedy powiedział, że największym sukcesem diabła jest to,że ludzie dziś w niego nie wierzą. Psychologia (od czasów Freuda) zrobiła sporo, żeby nam wmówić, że żadnego diabła nie ma – gdy tymczasem, jak się zdaje, on ma się dzisiaj lepiej, niż kiedykolwiek(sądząc po naszych uczynkach).
A nasza kultura popularna chce w nim widzieć jedynie niegroźnego w gruncie rzeczy facecika z rogami i ogonem (notabene, taki obraz to wypisz-wymaluj przedstawienie antycznego bożka Pana, tego od „panicznego strachu”), albo dziecinną zabawkę z czerwonym jęzorem i świecącymi ślepiami (2 baterie w komplecie.:)). Myślę, że warto o tym przypomnieć zwłaszcza dziś, w „święto” Halloween, które (czasami) obfituje w niepokojąco sataniczne wątki.
W jakieś książce znalazłam takie motto: „Kiedy już całkowicie poddasz się Złu, przestanie ono wymagać, byś dalej w nie wierzył.” Ano, właśnie…
A Mefistofeles Goethego mówi o sobie tak: „Jam tej siły cząstka mała, co wciąż ZŁA pragnie, a DOBRO wciąż działa…”
To zdanie z „Fausta” zdaje się wskazywać, że tak naprawdę jest on bezsilny (no, bo skoro „zła pragnie, a dobro wciąż działa…”:)) – ale jest taki na własne życzenie, bo jeżeli rzeczywiście był aniołem („Luci-ferus”-„Noszący Światłość <przed Bogiem?>”), to miał wielką moc, którą utracił.
Czytałam też gdzieś, że jego dumne „nie będę służył!” nie dotyczy wcale Boga, lecz człowieka, którym diabeł,jako duch, nieskończenie pogardza. Dlaczego więc miałabym mu współczuć?:)
W „Listach starego diabła do młodego” jest takie zdanie: „Bóg potrzebuje sług, którzy mają stać się Jego synami, a szatan – niewolników, którzy w końcu staną się jego żerem.”
Mówi się też, że diabeł jest bardzo samotny, samotny na wieczność – i zaprasza innych do tej samotności, która jest właśnie „piekłem.”
No, ale z drugiej strony… ks. Maliński kiedyś napisał, że miłość Boga jest tak wielka, że ogarnia nawet Jego „czarne anioły.” Czy zatem piekło będzie puste, bo nawet szatan kiedyś zostanie zbawiony? A, diabli wiedzą… 😉

Sprawa Alice T.

Chociaż – proszę mi wierzyć! – jestem w stanie zrozumieć dramat kobiety, która w wyniku urodzenia dziecka niemal straciła wzrok

(w końcu sama jestem krótkowidzem),

to jednak wydaje mi się, że – podobnie jak słynna sprawa „Wade kontra Roe” w USA

(która zresztą po latach okazała się zręczną mistyfikacją,

mającą jedynie stworzyć precedens dla legalizacji aborcji) –

jej osobista tragedia jest nazbyt często wykorzystywana politycznie

przez zwolenników przerywania ciąży.



(Podobnie zresztą jest i ze sprawą Janusza Świtaja-

odkąd odzyskał on sens życia,

można odnieść wrażenie, że niektórzy radykalni „eutanaziści” 

są wręcz zawiedzeni: oto stracili spektakularny przypadek,

który mógł tak świetnie posłużyć do rozpętania dyskusji społecznej na ten temat…)

Przykład: wkrótce po korzystnym dla siebie wyroku Trybunału Europejskiego pani Alicja oświadczyła, że każda kobieta ma prawo do aborcji w obronie swego życia lub zdrowia – z tym się jeszcze jestem w stanie zgodzić, gdybyśmy bowiem to zakwestionowali, oznaczałoby to, że uważamy, że kobieta jest człowiekiem W MNIEJSZYM STOPNIU  niż jej nienarodzone jeszcze dziecko – a to przecież nieprawda.

Ale jakież było moje zdziwienie, gdy po pewnym czasie ta sama pani (być może z własnej inicjatywy, a może namówiona przez środowiska, które stawiają ją jako bohaterkę na piedestale?) zaczęła w wywiadach coraz wyraźniej domagać się „prawa do aborcji na każde żądanie.” Pani wybaczy, droga pani, ale pomiędzy jednym a drugim jest zasadnicza różnica…

Nawiasem mówiąc, życzyłabym sobie, żeby ktoś wreszcie przedstawił rzetelny, niezależny raport na temat tzw. „podziemia aborcyjnego” w Polsce – bo jest oczywiste, że jedni będą problem demonizować, strasząc nas tymi (nomen omen!) tysiącami kobiet, które rzekomo cierpią i umierają z powodu niechcianych ciąż i/lub pokątnych skrobanek – a drudzy z kolei zawsze będą twierdzić, że problemu w ogóle nie ma…

Notabene, chciałabym zauważyć, że tzw. „turystyka aborcyjna” to (wbrew pozorom!) nie jest tylko problem tej „zacofanej Polski.” 



Na wszelki wypadek jeszcze raz przypomnę,że

to nie „represjonowane” pod tym względem Polki były klientkami tej niesławnej kliniki w Hiszpanii, gdzie 6-, siedmio – a nawet ośmiomiesięczne „płody” zabijano śmiertelnym zastrzykiem,

 ale zamożne Dunki, które „u siebie” mają także bardzo liberalne prawo aborcyjne.

Jak widać, nie dość liberalne jak na ich potrzeby…

I tak się czasem zastanawiam, czemu Komisja Europejska zawsze krzyczy tylko: „Polsko, daj prawo do aborcji!” mimo, że podobnie „restrykcyjne” przepisy są także np. na Malcie? Czemu się tylko tej Polski tak uczepili?

A wracając do tytułowej sprawy, zastanawia mnie jeszcze parę rzeczy.

Po pierwsze, dlaczego pani T. podczas ciąży nie zrobiono kompleksowych badań okulistycznych – i kto, na Boga Ojca, pozwolił jej rodzić siłami natury?!

I dlaczego w związku z tym pani Alicja zaskarżyła od razu państwo polskie,

zamiast podać do sądu lekarzy,

którzy się dopuścili względem niej tak karygodnych zaniedbań?

Po drugie,  w jednym z wywiadów, broniąc się przed zarzutem własnej „nieodpowiedzialności”,

 pani Ala tłumaczyła, że „zawiodła ją prezerwatywa.”

I gdybym była złośliwa, tobym teraz zapytała, czemu w takim razie

 nie procesowała się z producentami tego (jak się powszechnie uważa)

 wysoce skutecznego środka antykoncepcyjnego?

Mówiła także, że stan zdrowia nie pozwala jej na stosowanie innych metod – a ja sobie (bardzo, bardzo nieśmiało – ze względu na własną sytuację) zadaję pytanie, czy osoba aż tak ciężko chora w ogóle powinna mieć dzieci?

Zdaje mi się, że pani T. jest ciągle jeszcze osobą w tzw. „wieku rozrodczym” – co więc się stanie wówczas, gdy (Boże broń i zachowaj!) znowu coś ją „zawiedzie”?

Będzie walka o kolejne odszkodowanie, czy może tym razem legalna aborcja? A może w tym wypadku lepsze byłoby np. podwiązanie jajowodów  (takie zabiegi wykonywano dawniej po trzecim cesarskim cięciu) – chociaż trwałe ubezpłodnienie także jest w Polsce nielegalne.

Daleka wprawdzie jestem zarówno od złośliwości i gromów, jakie na głowę tej nieszczęsnej kobiety rzucali niektórzy księża biskupi (zresztą, kimże ja sama jestem, by kogokolwiek potępiać?!) – jak i od pomysłów niektórych działaczy ruchów obrony życia, którzy sugerowali, że może należałoby pani T. ograniczyć prawa rodzicielskie („skoro domagała się odszkodowania za to, że nie pozwolono jej zabić własnego dziecka…”) – ale mimo wszystko zastanawiam się czasami, jakie to uczucie – wychowywać dziecko, które się chciało „usunąć”?

Postscriptum: Przywykłam już do tego, że w dzisiejszych czasach wiele się mówi o „prawach zwierząt” (a pewien współczesny filozof, Peter Singer, twierdzi nawet, że nie ma żadnej znaczącej różnicy pomiędzy nami, a innymi stworzeniami) – a ostatnio przeczytałam nawet, że także rośliny powinny mieć swoje prawa.

Dla przykładu, wróżenie z płatków stokrotki jest niemoralne, ponieważ „bez powodu narusza jej godność.” Nigdy nie byłam zwolenniczką niepotrzebnego niszczenia i zrywania roślin (nawet do bukietów!), ale powoli zaczyna mi się wydawać, że jedyną istotą w całym Wszechświecie, która nie posiada w naszych oczach absolutnie żadnej wartości jest…ludzki embrion.

Przecież tak łatwo jesteśmy w stanie poświęcić go w imię „wolności jednostki.” Czy tylko ja mam takie wrażenie?

A po ostatnim (z września 2009 roku) wyroku sądu to już w ogóle strach wypowiadać się na ten temat. Wygląda na to, że w naszym pięknym kraju wolno oceniać wszystko i wszystkich z wyjątkiem Wielce Szanownej Pani Alicji Tysiąc i jej bohaterskiej decyzji… Zmilczę, bo może poczuje się „obrażona” i tym, co napisałam?