Kwestia sumienia.

Myślę, że SUMIENIE jest w człowieku pewną autonomiczną umiejętnością rozpoznawania dobra i zła – i jest do jakiegoś stopnia niezależne nawet od wyznawanego światopoglądu (tak więc nawet ateiści wcale nie są „ludźmi bez sumienia”), choć zapewne – znów tylko do jakiegoś stopnia – jest jakoś kształtowane przez kulturę i wychowanie.

 

Dziecko wychowywane wśród ludożerców prawdopodobnie nie widziałoby nic „złego” w aktach kanibalizmu, oczywiście do czasu zetknięcia się z odmiennym systemem wartości.

Ogólnie rzecz ujmując, jego „wyrzuty” są jakby sygnałem alarmowym,który nas informuje, że nasze czyny nie są zgodne z wyznawanymi przeznas ideałami – że nie jesteśmy tym, kim pragnęlibyśmy być.

 

Ale sumienie, jak każda ludzka „władza umysłowa” może się mylić, można je także skutecznie w sobie zagłuszyć – i wtedy, na przykład, nie potrafimy (czy nie chcemy) dostrzec niczego zdrożnego w kradzieży, kłamstwie, zdradzie małżeńskiej czy aborcji w 8. miesiącu (niedawno byłam zszokowana, kiedy południowokoreański sąd oddalił pozew pewnej kobiety przeciwko położnej, która odmówiła wykonania cesarskiego cięcia u kobiety w 42. tygodniu ciąży, w wyniku czego jej dziecko zmarło. Uzasadnienie brzmiało, że dopóki się ktoś nie urodzi, nie może być uważany za człowieka – tak więc nie przysługuje mu jeszcze „prawo do życia”).

 

A moje pytanie na dziś brzmi: czy uważacie, że w dzisiejszych czasach, podobnie jak w początkach naszej ery, istnieją zawody, których niewykonywanie powinno być dla człowieka wierzącego „kwestią sumienia”? I nie mówię tu tylko o takich kontrowersyjnych profesjach, jak prostytutka czy tancerz erotyczny – ale także np. o służbie wojskowej, ginekologii, sprzedaży niektórych farmaceutyków czy alkoholu. A co z tzw. „momentami” w filmach czy spektaklach teatralnych? Co sądzicie o tym?

 

List do rodziców niepełnosprawnych dzieci.

Moi kochani,
sama mam porażenie mózgowe i wydaje mi się, że dobrze rozumiem te wszystkie upokorzenia i niezrozumienie, jakie musicie znosić dzień po dniu razem ze swoim dzieckiem. Czasami aż chciałoby mi się krzyczeć : „To dziecko nie jest źle wychowane, jest chore. A jeśli Pan(i) ma z tym jakiś problem, to już tylko Pana(i) problem!”

I, po pierwsze, chciałabym Wam poradzić, byście poszukali wsparcia innych rodziców, innych mam. Ważne jest, by nie być samotnym z tym problemem. Potrzebujecie czasem nieco oddechu, odpoczynku.

Po drugie, spróbujcie porozmawiać z pozostałymi dziećmi (niezależnie od tego, jak są duże) o tym, co przeżywają – i o tym, że „taki” brat czy siostra to żaden „obciach”, że jego świat to takie „drzwi zamknięte od środka” ale że on jest tam w środku i bardzo się boi, że potrzebuje Waszej pomocy i Waszej miłości. (Sama mam dwóch braci i bardzo mnie kochają, mimo że – wierzcie mi – osoby z porażeniem też potrafią zachowywać się „dziwnie”) I że Wy też jej potrzebujecie. Może już pora, żeby obejrzeć wspólnie np. „Rain Mana”?(Polecam Wam też film „Cud miłości”).

Po trzecie, ale to na pewno sami wiecie, Wasze dziecko potrzebuje również specjalistycznej pomocy. Nie poddawajcie się, jest obecnie wiele metod, które przynoszą ludziom niepełnosprawnym znaczną poprawę jakości życia.

Jeśli macie bliskich przyjaciół, to spotykajcie się z nimi jak najczęściej – to pomoże nie tylko dziecku, ale i Wam. Kiedyś czytałam reportaż o dziewczynie, która zdecydowała się zostać „zastępczą mamą”dla dwóch chłopców – jednego z autyzmem, drugiego z zespołem Downa. Ona np. miała wielkie wsparcie w swoim spowiedniku. Czy macie kogoś takiego? To bardzo ważne!

I po czwarte: starajcie się jak najczęściej uśmiechać! Wówczas nawet to, co wydaje Wam się irytujące, może stać się lżejsze do zniesienia – jeśli tylko nauczycie się patrzeć na to z dystansem. Chciałabym Wam też powiedzieć, że w niektórych „prymitywnych” plemionach funkcjonuje pogląd, że rodzice, którzy mają „takie” dzieci są jakoś szczególnie wybrani przez Boga. Myślcie w ten sposób o sobie! Wasze dziecko jest WYJĄTKOWE – i Wy też !

I jeszcze jedna ważna rzecz: wydaje mi się, że jako matka przeczuwam, jak trudno jest rodzicom „rozstać się” z własnym dzieckiem. Ale ten problem jest z pewnością większy, gdy chodzi o osoby niepełnosprawne fizycznie (jak ja) lub umysłowo. Im po prostu nie pozwala się dorosnąć (na tyle oczywiście, na ile w danym przypadku jest to możliwe) – bo przecież to takie „wieczne dzieci” – prawda? Że o miłości, własnej rodzinie i seksie już nawet nie wspomnę… I kiedy znalazłam sobie męża i urodziłam synka (na co, oczywiście, kazano mi nie liczyć), wszyscy byli bardzo zdziwieni…bo „dzieci” przecież nie miewają dzieci, prawda?

Myślę jednak, że ze strony rodziców takich osób jest to bardzo krótkowzroczne działanie – zachowują się bowiem tak, jakby sami mieli żyć wiecznie i nie zastanawiają się, kto po ich śmierci zaopiekuje się takim niezaradnym życiowo człowiekiem. Błagam Was więc w imieniu Waszych dzieci: zróbcie wszystko, co w Waszej mocy, by były na tyle samodzielne, na ile tylko pozwala stopień ich niepełnosprawności.

Skaranie boskie z dzieciakami?

Co jakiś czas na blogach dają się słyszeć utyskiwania pobożnych Autorek (rzadziej Autorów), które by chciały w kościele zatonąć w głębokiej modlitwie i kontemplacji – chciałyby, ale nie mogą, bo…przeszkadzają im w tym biegające po kościele dzieci. Czasami są to również staruszkowie, osoby niepełnosprawne lub zakatarzeni i kaszlący wierni – ale na potrzeby niniejszego artykułu zajmiemy się tylko dziećmi.

I gdybym była złośliwa, to bym teraz napisała, że, jak mówiła sama wielka Teresa z Avila, zły to mistyk, któremu w osiągnięciu ekstazy przeszkadza smażenie jajecznicy ;). A mój ukochany spowiednik, który często odprawiał mszę świętą w otoczeniu dzieciaków, siedzących pod ołtarzem, mawiał także, że „dzieci Boże w domu Bożym powinny czuć się swobodnie” – tymczasem (to już inny mój znajomy, ks. Piotr Pawlukiewicz) dzieci w kościele są często „sterroryzowane” przez takie właśnie utyskujące panie, które by chciały, żeby maluchy podczas mszy stały spokojnie jak, nie przymierzając, zakonnice klauzurowe…

I potem naprawdę trudno się dziwić, że KOŚCIÓŁ wcale nie kojarzy im się z miejscem, do którego warto zaglądać – a tylko z niekończącą się litanią zakazów i nakazów – i że kiedy tylko mogą, uciekają od niego, gdzie pieprz rośnie… Bardzo bym chciała wychować Antka w innym duchu.

Przyjmijmy jednak na chwilę, że problem rzeczywiście istnieje – i komuś naprawdę płaczące czy biegające po świątyni dzieci mogą przeszkadzać w modlitwie. Myślę, że właściwym rozwiązaniem byłoby stworzenie w kościołach sali (czy choćby kącika) dla matek z dziećmi, gdzie maluchy mogłyby chwilę odpocząć, a rodzice – uczestniczyć we mszy, np. dzięki głośnikom.

W niektórych wspólnotach tuż przez liturgią eucharystyczną robi się nawet specjalną „procesję wejścia dzieci” – które nie muszą przecież słuchać np. całego kazania, adresowanego do dorosłych, prawda?

Nie wiem, czy widzieliście kiedyś dzieci, które się autentycznie modlą?  Moim zdaniem jest to coś, czego my-dorośli moglibyśmy się od nich uczyć – i nie mam tu na myśli wyuczonego recytowania formułek.

W Polsce wielkim rzecznikiem „dostosowania” praktyki Kościoła do potrzeb i możliwości psychofizycznych dzieci jest na przykład Antoni Długosz, który z tej racji został nawet Kawalerem Orderu Uśmiechu…

Warto tutaj zauważyć, że również cała kultura starożytna (aż do czasów Chrystusa) niezbyt szanowała dzieci – matki z niemowlętami uważano za „uciążliwe” i usuwano je w przestrzeń domową; samo zaś dzieciństwo uznawano za rodzaj „choroby”, z której tylko czas i rózga mogą nas uleczyć…

Również na tym tle Mistrz z Nazaretu jawi się jako postać zupełnie wyjątkowa:

„Przynosili Mu również dzieci, żeby ich dotknął; lecz uczniowie szorstko zabraniali im tego. A Jezus, widząc to, oburzył się i rzekł do nich: Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im; do takich bowiem należy królestwo Boże. Zaprawdę, powiadam wam: Kto nie przyjmie królestwa Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego. I biorąc je w objęcia, kładł na nie ręce i błogosławił je.” (Mk 10, 13-16)

Postscriptum: Moi znajomi opowiadali mi kiedyś, jak ich 4-letni wówczas synek widząc księdza przyjmującego komunię zawołał scenicznym szeptem: „Mama, patrz! Zjadł Go! I jeszcze popił…”