Kilka słów o „Madzi” Buczek.

Kiedy Kazimiera Szczuka (która zresztą sama ma fatalną wadę wymowy!) wyśmiewała w programie Kuby Wojewódzkiego jej sposób mówienia – byłam niezaprzeczalnie po jej stronie.

 

Wyśmiewanie kogokolwiek (nawet wtedy, gdy się nie wie, że osoba wyśmiewana jest niepełnosprawna!) na pewno nie należy do arsenału zachowań, które powinny charakteryzować kulturalnego człowieka.

 

Tym niemniej – przeraża mnie, że sama „Madzia” (i jej pozycja w Radiu Maryja!) nie ulega zmianie z latami.

 

Kiedy miałam kilkanaście lat, czytywałam czasami „Apostolstwo Chorych” – takie kościelne pisemko dla chorych i niepełnosprawnych.  I wtedy, muszę przyznać, podziwiałam Madzię, małą dziewczynkę, naznaczoną straszną chorobą (wrodzona łamliwość kości).

 

Ale oto minęło dziesięć lat – i Magda, która powinna już być Magdaleną, nadal jest tylko…”Madzią.” Nadal prowadzi „podwórkowe kółka różańcowe dzieci.” Nadal zachowuje się, myśli i mówi jak dziecko (i zaznaczam, że bynamniej nie chodzi mi tu o owo słynne zniekształcenie głosu, spowodowane jej schorzeniem!). 

 

P., kiedy mu o tym opowiadałam, zapytał tylko: „Dlaczego nikt nią jakoś nie pokierował?!” 

 

I myślę, że winę za to ponosi jej zdziwaczałe otoczenie, które nie pozwoliło tej MŁODEJ KOBIECIE dorosnąć psychicznie i duchowo (bo i jej wiara wydaje mi się cokolwiek infantylna…) – w imię tego, żeby i rozgłośnia o. Rydzyka miała swoją maskotkę. Swoją „małą świętą…”

 

I doprawdy nie rozumiem, jak można tak INSTRUMENTALNIE traktować osobę niepełnosprawną…

Piąty tydzień?

Jestem zdania, że każda kobieta ma prawo być wzięta na ręce i zacałowana na śmierć za to, że urodzi dziecko ukochanemu mężczyźnie.

 

I ja akurat jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że ten, który jest ojcem mojego ewentualnego dzieciątka (o ile ono już tam jest – bo jeszcze tego nie sprawdziliśmy) – bardzo mnie kocha i bardzo się cieszy. Chociaż – a może właśnie „dlatego, że”? – jest Bożym kapłanem…

 

Na razie oboje przyzwyczajamy się do myśli, że nasze hipotetyczne maleństwo mogło już zamieszkać we mnie (on się bardzo denerwuje, kiedy mówię: „możliwe, że noszę już TWOJE dziecko, kochanie!” – „Nasze, poprawia mnie, nasze!”) Roboczo nazywamy je „Fasolką.” 🙂

 

Dobrze, że Matka Natura dała ludziom aż dziewięć miesięcy na oswojenie się z tym faktem…  Na razie Fasolka, jeśli jest, ma niecałe pięć tygodni – i choć jest jeszcze zbyt mała, abym mogła w jakikolwiek sposób wyczuć jej obecność (chociaż P. sądzi, że kobiety czują to intuicyjnie – jeżeli tak, to chyba nie jestem w ciąży – albo też nie jestem „prawdziwą kobietą” 😉 – ponieważ nic zupełnie nie czuję!) to jednak mam nadzieję, że czuje już i wie, że jest przez nas kochana i oczekiwana…

 

A „tatuś” jeszcze dziś rano kochał mnie tak, „że już sił nie starczało na krzyk radosny” (Marta Fox)…Wyjechał dopiero kilka godzin temu, a ja już za nim tęsknię, Fasolko… Bardzo!

O wyższości Świąt Wielkanocnych nad świętami Bożego Narodzenia.

Większość ludzi „woli” Boże Narodzenie od Wielkanocy – i to z kilku powodów.

 

Przede wszystkim, narodzenie Jezusa, mimo całej swej niezwykłości (narodzenie z Dziewicy, itd.) wymaga w moim przekonaniu jednak mniejszej wiary, niż Jego zmatwychwstanie.

 

Pomimo wszystko mamy tu zwykły, ludzki obrazek: Matka, ojciec i „Niemowlę, leżące w żłobie.”

 

Nikt z nas (jak sądzę :)) nie zna nikogo, kto by powstał z martwych – a Dziecko? Dzieci rodzą się każdej nocy…

 

 

A po drugie – właśnie z racji owej niezwykłości, tajemniczości i pewnej „dyskrecji” (żaden z Ewangelistów nie był bezpośrednim świadkiem wyjścia Jezusa z grobu) – zmartwychwstanie Jezusa mniej się nadaje do skomercjalizowania niż prawie zupełnie już zlaicyzowane Boże Narodzenie.  Zmartwychwstanie po prostu niezwykle trudno jest… sprzedać. Traci przez to trochę na popularności, za to zyskuje – na duchowej i religijnej głębi.

 

Gdyby zapytać „przypadkowych przechodniów”, które święta uważają za „ważniejsze” to jestem absolutnie przekonana, że większość wskazałaby na Boże Narodzenie – z jego wzruszającymi kolędami, choinką i prezentami (wielkanocny „zajączek” mimo wszystko nie może się równać w tej kwestii ze św. Mikołajem).

 

Tymczasem jest dokładnie odwrotnie.  Narodzenie Chrystusa jest tylko faktem historycznym, który miał niejako „służyć” Jego zmartwychwstaniu. (Apostoł Paweł napisze nawet: „Jeżeli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest nasza wiara.”) I dlatego, choć chrześcijanie od samego początku obchodzili święto Wielkiej Nocy (przenosząc nawet swój „dzień święty” z żydowskiego szabatu – soboty na „pierwszy dzień tygodnia” czyli na niedzielę) to jednak przez pierwsze 300 lat swego istnienia radzili sobie zupełnie nieźle BEZ Bożego Narodzenia.

 

Konieczność wprowadzenia pamiątki narodzin Syna Bożego w ludzkiej naturze zaistniała bowiem dopiero w IV wieku, kiedy to pojawiły się sekty (jak arianie czy nestorianie) które zaczęły kwestionować tę podwójną naturę Chrystusa.