Grzeszny żywot Alby.

Jak już zapewne wiecie, miałam taki „ciemny” okres w życiu, kiedy mnie – na poły niewinną, na poły zmysłową dziewczynkę – bardzo podniecały „ostre” słowa i ostre opowiadania (a nawet – im ostrzejsze, tym lepsze…).

Być może wynikało to z faktu, że mnie (niewinną w gruncie rzeczy dziewczynę…) wychowywano w bardzo pruderyjnej atmosferze (moja matka do dziś przełącza telewizor na inny program, kiedy pokazują jakąś scenę miłosną a nawet zbyt namiętne pocałunki!) – i podniecało mnie już samo wyobrażanie sobie, jaka to jestem grzeszna i wyuzdana.

(Jeden z moich spowiedników powiedział kiedyś, że mu to przypomina sytuację, kiedy to mała dziewczynka zakłada mamine szpilki i wyobraża sobie, że jest wielką damą… :))

Poza tym, przypuszczam, że wybierając takie ostre teksty chciałam niejako sama siebie „ukarać” za to, że mnie to podnieca…

I wiem już na pewno, że nigdy nie chciałabym otaczać naszych dzieci tak niezdrową atmosferą w sprawach seksu – bo z własnego doświadczenia wiem, że owoc zakazany zawsze najbardziej kusi…

No, i jeszcze jedno: jak to ponoć mawiał markiz de Sade, „mężczyźni podniecają się przez oczy, a kobiety przez uszy.” Dlatego to dla nastoletnich panienek organizuje się konkursy na opowiadanie p.t. „Mój pierwszy raz” – no, a chłopcom…chłopcom pokazuje się „obrazki”…

Moja fascynacja tego typu opowiadankami (i blogami!) skończyła się jednak natychmiast, kiedy zrozumiałam, że w istocie wszystkie są do siebie podobne! (I ogromna w tym zasługa P. i jego wielkiej, czystej, PRAWDZIWEJ – a nie wirtualnej! – miłości…)

 

No, bo co tu jeszcze niby można wymyślić? 🙂

 

Por. też: „CYBERSEX – piekło, które…”

„Bracia Jezusa” – czyli kto?

Co pewien czas opinę publiczną elektryzują kolejne „rewelacje” dotyczące Jezusa, Ewangelii i różnych, rzekomo przemilczanych, kart historii Kościoła.

 

A to słyszymy (m.in. za sprawą powieści Dana Browna i niezliczonej rzeszy jego naśladowców) o tajemnym związku Jezusa z Marią Magdaleną, a to – o odnalezieniu Jego doczesnych szczątków…

 

Przede wszystkim, jako chrześcijanka, bardzo cieszę się z faktu, że u progu XXI wieku Jezus z Nazaretu wciąż należy do osób wzbudzających żywiołowe dyskusje. A na użytek swoich licznych sporów z internautami sama ukułam kiedyś powiedzonko, że gdyby Kościół katolicki nie istniał, to należałoby go chyba wymyślić…

 

Jeżeli chodzi o pierwszą z najczęściej podnoszonych spraw, tj. „problem Magdaleny”, to wystarczy sobie uświadomić, że:

  1. Nawet jeżeli Jezus poślubił Marię Magdalenę – na co nie ma przekonujących dowodów, poza jednym niepełnym zdaniem z Ewangelii Filipa, które mówi, że „Jezus miłował ją bardziej, niż innych uczniów i często całował ją w [usta]” – to NIE MA  żadnych racjonalnych powodów, dla których Kościół miałby ukrywać ten fakt. O ile mi wiadomo, małżeństwo nie jest grzechem. W niczym też nie podważyłaby to nauki o boskości Chrystusa, lecz jedynie dodatkowo potwierdzało Jego naturę ludzką, w którą Kościół i tak od zawsze wierzył.
  2. Wbrew obiegowej opinii, która mówi, że Kościół zidentyfikował Marię Magdalenę z „jawnogrzesznicą” (nierządnicą czy też prostytutką), aby rzekomo „zdyskredytować ją”, Ojcowie Kościoła zgodnie stwierdzają, że w tych tekstach Ewangelii chodzi o różne kobiety – Marię z Betanii i bezimienne osoby – a o Marii Magdalenie mówi się jedynie, że za sprawą Jezusa „opuściło ją siedem złych duchów.”

Natomiast co do drugiej sprawy, warto pamiętać o tym, że w czasach Chrystusa imię „Jezus” było tak pospolite, jak dziś jeszcze bywa w krajach Ameryki Łacińskiej. W samej Biblii można bez trudu odnaleźć co najmniej dwie osoby, które noszą to imię (więcej nie szukałam!). Tak więc nawet odkrycie grobowca jakiegoś Jezusa nie świadczy absolutnie o niczym. Tym bardziej, że nie mamy przecież żadnego materiału genetycznego, z którym moglibyśmy porównać znalezione szczątki.

 

No, chyba, żeby za autentyczne uznać takie relikwie Męki Pańskiej, jak np. Całun Turyński – które jednak większość uczonych dziś odrzuca (opierając się głównie na wynikach datowania metodą węgla radioaktywnego), mimo że nauka nadal nie umie racjonalnie wyjaśnić historii ich powstania.

 

Ale przy okazji wszystkich tych mocno wątpliwych sensacji archeologicznych po raz kolejny wypłynęła tzw. „sprawa braci Jezusa”, która niezmiennie podnieca słabo zorientowane umysły…

 

Tymczasem język hebrajski, który w czasach Jezusa liczył na pewno nie więcej, niż kilka tysięcy słów, NIE ZNAŁ określeń oznaczajacych bliższych i dalszych krewnych. Bracia przyrodni, cioteczni, kuzyni a nawet bliscy przyjaciele – wszystko to byli po prostu bracia (i siostry).

 

Tak np. Laban mówi do Jakuba: „Braćmi jesteśmy” , choć w rzeczywistości Jakub jest tylko jego siostrzeńcem. (A tytuł „siostry” jest też w Piśmie świętym nader często nadawany narzeczonej lub prawowitej żonie – nikt rozsądny jednak nie wyciąga z tego wniosku, że w czasach biblijnych kazirodztwo było jakoś szczególnie rozpowszechnione! :)). 

 

Inny podobny przykład: „Matka Jego, Maria, i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa…”

 

Jak to – dwie siostry i obie Marie?! Owszem, tyle że  najprawdopodobniej nie siostry rodzone, lecz cioteczne lub stryjeczne, kuzynki…

 

I jeszcze coś – nawet, gdyby (na co, podobnie jak w przypadku małżeństwa i dzieci Jezusa, nie mamy żadnych  konkretnych dowodów!) Maria miała oprócz Pierworodnego także inne dzieci, w niczym nie przeczyłoby to Jego boskiej naturze. Przecież Pismo święte wyraźnie mówi, że „Józef nie zbliżał się do Niej, aż porodziła swego pierworodnego Syna.” A zrodzenie dzieci w małżeństwie – powtórzę to raz jeszcze! – nie jest i nigdy nie było grzechem!

 

Gdyby jednak Jezus miał rodzonych braci, dość trudno byłoby wytłumaczyć, dlaczego w godzinie śmierci powierzył swą Matkę nie im, lecz „umiłowanemu uczniowi”?

 

Ja sama rozważałam w tej kwestii hipotezę konfliktu Chrystusa z Jego krewnymi, który zresztą został zarysowany w Ewangeliach. Oto widzimy, jak „Jego Matka i bracia stoją na dworze i chcą z Nim mówić”, po tym, jak rozeszła się wieść, że „rozum stracił.”

 

A jednak i taka teoria nie wytrzymuje konfrontacji ze źródłami! Oto bowiem niedługo później spotykamy „braci Pańskich” wśród uczniów Chrystusa (o czym wspomina św. Paweł w swoich listach), a jeden z nich, Jakub (nazywany także „bratem Pańskim”) został nawet przełożonym gminy w Jerozolimie i poniósł tam śmierć męczeńską.

 

Skoro więc stosunki Jezusa z Jego rodziną nie były wcale tak złe, jakby się z pozoru wydawało, to nasuwa się wniosek, że żaden z krewnych nie czuł się na tyle blisko związany z Jego Matką, aby roztoczyć nad Nią synowską opiekę. Inaczej mówiąc: Jezus nie miał braci.

 

Problemy z niedzielą.

Podobnie, jak w przypadku świąt Bożego Narodzenia (o czym pisałam już wczoraj), wczesne chrześcijaństwo radziło sobie zupełnie nieźle BEZ niedzieli wolnej od pracy.

 

Kiedy jednak w kilka lat po ogłoszeniu tzw. „edyktu mediolańskiego” (bodajże w roku 325) cesarz Konstantyn Wielki wprowadził na obszarze całego Imperium zakaz zajęć handlowych i sądowych w „dniu Słońca”, który chrześcijanie nazwali Dniem Pańskim – wszystko wydawało się jeszcze względnie proste.

 

W świecie starożytnym zakaz ów można było bowiem dość łatwo zachować, wprowadzając jedynie rozróżnienie na dozwolone „prace konieczne” (do których zaliczono m.in. zajęcia rolnicze) i „niekonieczne”, których wykonywanie w niedzielę uchodziło odtąd za grzeszne. Sęk jednak w tym, że to, co sprawdzało się dosyć dobrze w rolniczych społecznościach późnego antyku i Średniowiecza nie zawsze odpowiada wymogom naszych czasów.

 

W czasach nowożytnych bowiem (chociaż chyba nikt rozsądny nie zamierza kwestionować prawa każdego człowieka do odpoczynku!) zakres owych „prac koniecznych” do normalnego funkcjonowania społeczeństwa niepomiernie się rozszerzył.

 

Trudno przecież wyobrazić sobie dziś niedzielę już nie tylko bez służby zdrowia, policji czy komunikacji, ale także np. bez wiadomości telewizyjnych i radiowych albo otwartej kawiarni, teatru i kina.

 

Tym bardziej dziwi mnie, że owa „światła inicjatywa” posłow LPR, dotycząca „zwrócenia pracowników sklepów ich rodzinom” ma dotyczyć tylko tej szczególnej grupy osób – tak jakby niedzielna nieobecność w domu stewardessy, kierowcy tira, dziennikarza czy pokojówki hotelowej nie wpływała równie rujnująco na ich życie rodzinne!

 

O ile mi wiadomo, z podobnymi kłopotami dotyczącymi „święcenia szabatu” od lat borykają się także społeczności żydowskie, gdzie problem ten został (przynajmniej pozornie!) rozwiązany przez powierzenie niektórych „zajęć koniecznych” wyznawcom innych religii.

 

Z historii wiem jednak także, że niektóre odłamy protestantyzmu,wyjątkowo rygorystycznie przestrzegające zasady nienaruszalności „dnia świętego” w konsekwencji uczyniły z niedzieli…najnudniejszy dzień tygodnia – dzień, w którym właściwie WSZYSTKO było zakazane. (A Chrobry, o ile pamiętam, kazał wybijać zęby tym, którzy nie pościli w piątek…)

 

A zatem: „kto nie będzie świętował, zostanie do tego zmuszony!” Ale czy naprawdę o to nam chodzi?

 

Z drugiej jednak strony”postępowa” Rewolucja Francuska postanowiła w ogóle znieść jueochrześcijański podział miesiąca na siedmiodniowe tygodnie i zastąpć go okresami dziesięciodniowymi – dekadami. Rychło okazało się jednak, że to za długo… 

 

Może więc lepiej (zamiast tak kombinować) zwyczajnie trzymać się w tej kwestii prostego zalecenia Jezusa, który powiedział, że to szabat jest dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu?