Czy były mąż musi być naprawdę były?

Szczerze mówiąc, nigdy nie miałam szczególnego przekonania do określeń typu „mój były mąż”, „moja była żona.”

 

No, bo jakże to? Jeden wyrok sędziego i nagle stajecie się zupełnie obcymi sobie ludźmi? Nie wierzę w to! (No, może poza wypadkami maltretowania…)

 

Poświadczają to zresztą liczne przypadki „byłych” małżeństw, które żyją w zgodzie i przyjaźni, a nawet schodzą się z powrotem – i tutaj budzi się we mnie pytanie: czemu, do jasnej Anielki, ci ludzie się w ogóle rozwodzili, skoro tak im dobrze razem?!

 

A może jest to po prostu kwestia pewnej „mody” na rozwody? W niektórych środowiskach (np. aktorskich) zwyczajnie „nie wypada” pokazywać się zbyt długo z jednym partnerem. Jeżeli ciągle masz przy boku tę samą osobę, bulwarówki nie mają o czym pisać i najzwyczajniej w świecie…wypadasz z obiegu.

 

Adam Hanuszkiewicz, który ponoć miał w swoim „dorobku” kilka żon, miał podobno kiedyś powiedzieć, że być może było to niepotrzebne, skoro ta ostatnia była i tak tak podobna do tej pierwszej…

 

I chyba nawet w przypadku kolejnych związków trudno w takim przypadku mówić o zdradzie – bo cóż w tym złego, jeśli ktoś tuli czy nawet całuje własną żonę (choćby „byłą”)?

 

W języku francuskim jest nawet takie powiedzonko: „On se revient toujours a ses premiers amours…”, co się wykłada: „ZAWSZE SIĘ WRACA DO SWOICH PIERWSZYCH MIŁOŚCI…”

Jak rzekło Pismo…

„Wszystko ma swój czas

i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem…”

 

I to tylko my, w naszym niezrozumiałym pędzie ku „nowoczesności”, próbujemy odwracać ten naturalny porządek rzeczy.

 

No, i potem mamy: trzynastolatki, które skarżą się na „problemy seksualne” i sześćdziesięciolatki, które rodzą dzieci, „bo właśnie do tego dojrzały.”

 

Zapominając, że w historii ludzkości czasy ZAWSZE były ciężkie i że – jak to mądrze napisała Wisława Szymborska – „na urodziny dziecka świat nigdy nie jest gotowy” – odkładamy decyzję o rodzicielstwie na później i na później – aż w końcu…okazuje się, że już nie ma żadnego PÓŹNIEJ.

 

I wtedy domagamy się cudu od współczesnej medycyny, bo przecież wszystko już mamy: ustabilizowane życie osobiste i zawodowe, piękny dom, samochód… Do szczęścia brakuje nam jedynie dziecka, a przecież ono „nam się należy!”

 

No, i potem mamy te wszystkie kombinacje ze sztucznymi zapłodnieniami (i nic to, że nieraz muszą przy tym powstać dziesiątki zarodków, abyśmy mogli mieć JEDNO „nasze upragnione” dziecko…) i matkami zastępczymi, traktowanymi tylko jako żywe inkubatory… Brrrr!

Proroctwo?

Kiedy miałam około siedmiu lat, jeden z kuzynów mojej mamy został księdzem. Zresztą jest nim do dzisiaj- i jak przypuszczam, dobrym.

 

Pamiętam jednak, że na prymicje, które odbyły się w mojej rodzinnej miejscowości, zaprosił wielu swoich kolegów z seminarium, a ci chętnie bawili się z małą, niepełnosprawną dziewczynką.

 

I przypominam sobie, że powiedziałam wówczas (jak to mówią dzieci…), że kiedy będę duża, „ożenię się” z księdzem.

 

„Ależ córeczko – perswadowali mi dorośli – nie możesz wyjść za mąż za księdza!” „A dlaczego?- zapytałam” „Bo oni się nie żenią.” „Ale ze mną się jakiś ożeni!” – odparłam z przekonaniem.

 

W nastoletnim wieku, jak to się często zdarza młodym dziewczętom, zakochałam się w swoim katechecie, który był moim spowiednikiem.

 

Niezaprzeczalnie przez całe życie odczuwałam jakiś pociąg w tym kierunku (koleżanki często żartowały sobie ze mnie mówiąc, bym „nie podrywała księdza”) – choć, prawdę powiedziawszy, w żeńskiej szkole nie miałam zbyt wielkiego wyboru… 😉

 

Nigdy też nie traktowałam tego typu fascynacji zbyt poważnie. Otrzymałam staranne, katolickie wychowanie, mądre i głębokie. Kapłan, podobnie jak mężczyzna żonaty, stanowił dla mnie nienaruszalną świętość. Aż do teraz…