Gdy ONA go bije, facet ma, popularnie mówiąc, przechlapane. I to podwójnie.
Naraża się bowiem nie tylko na cierpienia fizyczne i psychiczne, ale także, przede wszystkim, na śmieszność. Zamiast współczucia i pomocy (na które mógłby mieć nadzieję, gdyby był kobietą) może liczyć jedynie na kpiny. Lub, co gorsza, na stwierdzenie, że „sam jest sobie winien.”
Podobnie jest zresztą w przypadku przemocy seksualnej. Nie wiem, z jakiego powodu zakłada się nieomal automatycznie, że „mężczyzna zawsze chce” – i kobiety, które całkiem słusznie domagają się dla siebie uznania, że „NIE ZNACZY NIE!”, są czasami dziwnie mało skłonne do respektowania tej zasady w odniesieniu do swoich partnerów.
W pewnym mniejszym mieście żyło sobie małżeństwo: on – niepozorny urzędnik i ona – była zapaśniczka. Otóż, kiedy się posprzeczali, krewka małżonka wystawiała męża „za fraki” przez okno na czwartym piętrze… Zabawne, prawda? No, to teraz spróbujcie odwrócić sytuację…
Czy zauważyliście, że nasza tolerancja wobec kobiet, które „wychowują” swoich mężów przy użyciu wałka, miotły czy ścierki jest znacznie większa, niż gdyby dotyczyło to mężczyzn? Sytuacje takie nierzadko stają się także tematem dowcipów, co – jak przypuszczam – byłoby nie do pomyślenia, gdyby ofiarą była kobieta…
Przypuszczalnie wynika to stąd, że wszyscy (nie wyłączając najbardziej radykalnych feministek!) wciąż nieświadomie powielamy stary, XIX-wieczny jeszcze stereotyp „słabej i bezbronnej kobietki” oraz „brutalnego macho” w typie „Ja Tarzan, ty – Jane…”
