Między ustami a brzegiem pucharu…

Zrobiłam to – i się nie zawahałam ani się nie cofnęłam…

Wyciągnęłam po niego rękę – i napotkałam jego dłonie.
Wiedziałam ,że tam je znajdę – tak samo, jak wiedziałam, że w jakiś sposób zawsze byliśmy…że jesteśmy…sobie przeznaczeni…

Nadludzką walkę wiodłam ze Stwórcą swoim – i zwyciężyłam…lecz jakże gorzkie jest to zwycięstwo… On mnie prowadził, iść kazał – w ciemności, a nie w świetle. Wygrałam – bo wygrać mi pozwolił. Bo jeśli nie On – to kto właściwie?!

Jestem szczęśliwa – bo piękny owoc wydało zakazane drzewo… – i jestem nieszczęśliwa –  Jestem…kimkolwiek teraz jestem…

Jesteśmy zatem – jak dwie (trzy?) dusze, zabłąkane pomiędzy ziemią, niebem, a…piekłem? Ale tak bardzo się kochamy, że chyba nawet dobry Bóg patrzy na nas z wielką czułością.

Czas
nie leczy
paktuje z nami –
za złagodzony ból
płacić każe
bólem
większym…
(s. Bożena-Anna Flak, nazaretanka)

Czy księża wymyślili spowiedź?

Ludzie zazwyczaj sądzą, że byłoby lepiej, gdyby sami stawali ze swymi grzechami przed Bogiem – tymczasem nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak wielką potęgą jest Bóg w porównaniu z każdym ze swych stworzeń.

 

Ksiądz Twardowski miał zupełną rację,kiedy pisał, że „anioł spowiadający byłby nie do zniesienia.”

To ja już wolę stawać przed człowiekiem, który jest taki sam jak ja (i także się musi spowiadać!- w Kościele nawet papież ma swoich spowiedników, zatem żaden ksiądz nigdy nie jest „ostateczną instancją”) i nie tylko mnie zrozumie, ale jeszcze może mi coś doradzić, pomóc się duchowo rozwijać – oczywiście, o ile się tego nie „odbębnia” i nie sprowadza – z obydwu stron konfesjonału – do wyklepania pewnej formułki, kiedy to z jednej strony słychać: „Mówiłem brzydkie wyrazy z pięć razy”, a z drugiej: „No, to odmów sobie, dziecko, dziesięć Zdrowaś Mario.”

No, coż – mój śp. Moderator mawiał, że odpowiedzią na wyuczony „wierszyk” może być tylko inny „wierszyk.”

Oczywiście, dobra spowiedź wymaga właściwego przygotowania nie tylko ze strony penitenta, ale i duszpasterza – powinien on np. odznaczać się odpowiednim wyczuciem, aby bez potrzeby nie zadawać  niedelikatnych pytań, zwłaszcza ze szczególnie drażliwej dziedziny seksualnej (chociaż, naturalnie, nie zwalnia to spowiadającego się z obowiązku mówiena prawdy również w tej dziedzinie).

 

Zaze uważałam, że kapłan w konfesjonale powinien być jakoby go nie było – być prawie pzeźroczysty. Miałam szczęście spotykać w życiu tylko takich. Bo nie ma nic gorszego, niż ksiądz, który „zasłoni” sobą miłość Pana Boga  – i zapomni, że w tym sakramencie to on jest tylko „słuchawką” w Jego ręku…

Jako remedium na podobne kłopoty polecam stałego spowiednika, z którego pomocy przez wiele lat sama korzystałam.

Dalej, o czym zdaje się zapominają protestanci, praktyka odpuszczania grzechów przez uczniów Chrystusa jest poświadczona w Piśmie Świętym (J 20,23, 2 Kor 5,18-20). Oczywiście, w ciągu wieków zmieniały się formy wypełniania tej posługi.

Wbrew pozorom, Kościół pierwotny wcale nie był tak „liberalny” w tej sprawie, jak niektórzy przypuszczają – raczej wręcz przeciwnie.

Otóż praktykowano wówczas PUBLICZNE (ciekawe, jakby się to podobało współczesnym krytykom spowiedzi?:)) wyznawanie grzechów przez katechumenów  w obecności biskupa, ponieważ zaś zakładano, że ten, kto stał się „nowym stworzeniem” nie powinien już grzeszyć, jedynie wyjątkowo powtarzano ten sakrament również po chrzcie, nakładając przy tym na grzeszników karę długoletniego często wykluczenia ze wspólnoty.
W skrajnych wypadkach chrześcijanin mógł dostąpić rozgrzeszenia tylko dwa razy w życiu: przed chrztem oraz w niebezpieczeństwie śmierci. Był to zresztą jeden z powodów dla których nierzadko zwlekano z przyjęciem chrztu aż do końca życia.

Tak więc to, co – wedle słów Pascala – w dobie Reformacji „zbuntowało przeciw Kościołowi pół Europy” – spowiedź indywidualna związana z nienaruszalną tajemnicą –było w rzeczywistości niezwykłym złagodzeniem rygorów pokutnych – i stosowano ją dopiero od VI w. Zapoczątkowali tę praktykę mnisi irlandcy, ale na kontynencie musiała się ona spotykać z niemałym oporem, skoro jeszcze w VIII stuleciu któryś z biskupów pisał z oburzeniem, że wierni w ostatnich czasach tak się rozzuchwalili, że zwracają się do kapłanów, ilekroć tylko zdarzy im się zgrzeszyć!

Co się tyczy spowiedzi dzieci, to praktykowana jest ona także w Kościele Prawosławnym (od 7. roku życia, wcześniej dzieci dopuszcza się do Komunii bez spowiedzi) – po prostu dlatego, że zakłada się, że dzieci 7-8-letnie nieźle już rozumieją różnicę między dobrem a złem, a więc i istotę grzechu.

Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego w krajach protestanckich tak wspaniały rozkwit przeżywa psychoanaliza? Toż to nic innego, jak „świecka spowiedź”, podczas której terepeuta przekonuje cię (ponieważ oczywiście nie może cię rozgrzeszyć), że jesteś OK, a twoje poczucie winy jest całkowicie nieuzasadnione, ponieważ coś takiego, jak „grzech” w rzeczywistości nie istnieje.

Muszę Wam też powiedzieć, że spowiedź to coś, co się docenia w pełni dopiero wtedy, gdy się zostanie tego pozbawionym…

Kod Andrieja Rublowa.

Moja „przyjaźń” z Andrzejem Rublowem zaczęła się już bardzo dawno temu. Moim zdaniem, jego ikona „Trójca Święta” to jedno z najbardziej niezwykłych malowideł, jakie kiedykolwiek stworzono. I tak się jakoś przedziwnie złożyło, że teraz, kiedy karmię dzieciątko, mam stale ten obraz przed oczyma. Można więc bez wielkiej przesady powiedzieć, że tegoroczny Wielki Post upływa mi pod znakiem nieustających „rekolekcji” z ikoną Rublowa.

 

 

Ikona ta, zwana też niekiedy „Gościną u Abrahama” lub „Trójcą Starotestamentową” została napisana prawdopodobnie około roku 1410 lub w latach 1425-1427 i aż roi się od ukrytych znaczeń, co czyni ją wyjątkowo wdzięcznym obiektem medytacji. (Nawiasem mówiąc, medytacja chrześcijańska tym m.in. różni się od rozmaitych form „medytacji transcendentalnej”, że chrześcijanie w ten sposób pragną zbliżyć się do Boga i Jego tajemnic – a medytacja w ujęciu buddyjskim polega – jak mi się zdaje – przede wszystkim na zgłębianiu własnej jaźni. Oczywiście, nic to nie ujmuje wschodnim praktykom duchowym – tym niemniej warto zawsze być świadomym tej różnicy…)

 

Tło biblijne obrazu stanowi opowieść o wizycie u Abrahama trzech aniołów, którzy mieli przepowiedzieć narodziny Izaaka (Rdz 18, 1-15) – artysta jednak oczyścił tę scenę z wszelkich innych postaci i nadał jej znaczenie ponadczasowe – tak, że słusznie może być uważana za symboliczne przedstawienie Trójcy Świętej.

 

Proszę zwłaszcza zwrócić uwagę na twarze aniołów (są identyczne!) i ich postacie zwrócone ku sobie – wszystko to wyraża prawdę o tym, że Bóg jest Jednością i zarazem Wspólnotą Osób. Wspólnotą, warto zauważyć, otwartą, bo u dołu obrazu znajduje się jeszcze jedno miejsce, które zdaje się zapraszać patrzącego.

 

Wrażenie nieskończoności i nierozdzielności uzyskał też artysta dzięki umieszczeniu całości kompozycji w delikatnym łuku, który łączy wszystkie postaci. Trony, na których siedzą, ułożenie ich szat i stóp wpisane są w okrąg, którego centrum stanowi  kielich z głową Baranka – symbol Eucharystii, czyli tej ofiary, którą w Chrystusie Bóg składa za zbawienie świata.

 

To, co zawsze bardzo mnie intrygowało w tej ikonie, to niejednoznaczne przypisanie konkretnych Osób Boskich do postaci aniołów, choć niektórzy przypuszczają, że centralnie umieszczony anioł to Chrystus (w malarstwie średniowiecznym przedstawiany zwykle w wiśniowym chitonie ze złotym pasem i niebieskim himationem), na co mogłaby także wskazywać umieszczona za Jego głową wiecznie zielona gałąź, nawiązująca, być może, do „drzewa krzyża”, albo nawet bezpośrednio do osoby Jezusa i do opisu Jego Męki (por. Łk 23,31: „Bo jeśli z zielonym drzewem to czynią, cóż się stanie z suchym?”).

 

Według innej interpretacji natomiast środkowa postać symbolizuje Boga Ojca –  w takim razie drzewo widoczne w tle stanowi odwołanie do biblijnego Drzewa Życia (Rdz 2,9). Wówczas skała widoczna za plecami anioła z prawej strony oznaczałaby wzgórze Golgoty (por. Mt 27,33 i teksty pokrewne w pozostałych Ewangeliach) i to On byłby Chrystusem!

Możliwe jest tu jednak także nawiązanie do „wody ze skały”, którą Izraelici otrzymali na pustyni (Lb 20, 2-11) – a wtedy ów prawy anioł odsyłałby nas znów do Starego Testamentu i do postaci Boga Ojca.

 

Stosunkowo najmniej „problemów” przysparza mi zawsze anioł lewy, w którym jego różowa szata (zapewne aluzja do „ognistych języków” z drugiego rozdziału Dziejów Apostolskich) i zarys miasta ponad głową (czyżby „Nowe Jeruzalem”, do którego wszyscy zdążamy?) każą mi się domyślać symbolu Ducha Świętego. Ale może macie jakiś inny pomysł?

 

Wskazówki praktyczne:

Wydaje mi się, że z tą fascynującą ikoną (jak zresztą i z każdą inną) można obcować co najmniej na dwa sposoby:

1.
Po prostu na nią patrzeć, chłonąc w ten sposób jej tajemnicę – jest to zatem podejście bliskie KONTEMPLACJI. Nie bez powodu przecież prawosławni wierzą, że sama Obecność Boga w jakimś sensie spoczywa na ikonie…

2. Rozważać ukryte w niej symbole i teksty biblijne, do których nas odsyła, próbując rozszyfrować jej duchowy „kod.” Przecież każde malowidło religijne, a ikona w szczególności, jest swoistą „Biblią ubogich.”

Pisząc niniejszy tekst korzystałam m.in. z informacji zawartych w Wikipedii.