Nowoczesne kobiety.

Współczesne żony…

 

Często są tak wyemancypowane, że ich mężowie muszą opłacać prostytutki wcale nie dla seksu, ale po to, aby ktoś z nimi porozmawiał – bo ich „ślubne” nie mają na to ani czasu, ani ochoty. Zresztą, kto by się tam przejmował męskimi uczuciami, potrzebami, pragnieniami – prawda? W końcu są to „tylko” mężczyźni! Co innego NASZE własne potrzeby i emocje – one przecież są takie ważne – a on-brutal nieczuły, zupełnie tego nie dostrzega!

 

Współczesna kobieta we wszystkim jest „świetna” – świetnie pracuje, prowadzi dom, wychowuje dzieci. Emancypacja sprawiła, że ma coraz więcej obowiązków – i ze wszystkimi doskonale sobie radzi. I wiecznie czuje się taka niedoceniana. Bo on jakoś nie chce jej za to nosić na rękach…  A przecież ona tak się stara, tak się poświęca, że aż sama siebie podziwia.

 

Że co? Że ona również powinna doceniać swego męża, że mężczyźni bardzo potrzebują uznania i podziwu? A niedoczekanie jego! Podziwiać go? A niby za co? Przecież ona tak samo pracuje na dom, jak i on – i niejednokrotnie więcej zarabia…

 

A jaka na to rada? Ano, współczesna żona powinna mieć „nowoczesnego” męża, który wie, do czego służy żelazko, odkurzacz i pralka, a na widok brudnej dziecięcej pieluszki nie ucieka z krzykiem. Powinna też uwierzyć, że NIE MUSI we wszystkim być taka samowystarczalna, a jej mąż jest także wartościowym i godnym szacunku człowiekiem. Wówczas może liczyć na to samo z jego strony.

 

W małżeństwie moich rodziców sprawdza się to od 35 lat…

 

Mężczyzna na bocznicy.

Pojawienie się dziecka to w życiu kobiety (zwłaszcza młodej) tak wielka rewolucja, że niekiedy, wpatrzona w swoje maleństwo, zupełnie zapomina o mężczyźnie, którego ma przy swoim boku.

 

ON czuje się stopniowo coraz bardziej zapomniany i niepotrzebny, niczym postawiony do kąta pluszowy miś. Często, sterroryzowany przez żonę, matkę, teściową, babcie i ciocie wszelkiego sortu, nawet nie próbuje włączać się w pielęgnację niemowlęcia („A po co?! Przecież ONE i tak wszystko zrobią lepiej!”)  – tego niemowlęcia, które tak nagle zajęło jego miejsce nie tylko w sercu żony, ale nawet w jej sypialni…

 

A problem ten nasila się jeszcze bardziej, jeżeli dziecko jest chore lub niepełnosprawne. Proszę mi wierzyć, że maluchy są inteligentne i jeżeli tylko zrozumieją, że w domu są najważniejsze, mogą rychło wyrosnąć na małych egoistów-terrorystów. Taki dzieciaczek, który uwierzy, że jest „pępkiem świata” może bardzo łatwo rozwalić małżeństwo swoich rodziców (bo żaden normalny facet długo nie wytrzyma takiej sytuacji!) i rodzinę (szczególnie, jeżeli w domu są jeszcze inne dzieci, a mamusia zajmuje się głównie tym jednym, takim „biednym i chorym.” ).

 

Już nawet nie wspominając o tym, że (z nie do końca jasnych powodów) mężczyźni na ogół gorzej znoszą sytuacje stresowe, związane z chorobą lub niepełnosprawnością dziecka – i często po prostu od nich uciekają. Dlatego ogromnie szanuję swojego tatusia za to, że (chociaż na pewno było mu ciężko!) się jednak nie załamał i nie zostawił mamy samej z tym „problemem…”

 

Z drugiej jednak strony, trzeba przyznać, że – mimo że od dzieciństwa wymagałam codziennych, kilkugodzinnych ćwiczeń – moi rodzice nigdy nie szczędzili czasu ani dla siebie nawzajem, ani dla pozostałych dzieci. A nam (poza sytuacjami zupełnie wyjątkowymi) nigdy by nie przyszło do głowy, żeby spać gdzieś indziej, niż w naszych własnych łóżeczkach! Ich małżeńska sypialnia była miejscem ich intymnych spotkań i my – dzieci bardzo szybko nauczyliśmy się to szanować.

 

Moja Babcia, która była osobą wielkiej mądrości, zwykła mawiać, że choć dzieci są dla kobiety ważne, nawet bardzo (sama wychowała ich sześcioro), to jednak nie im ślubowała, lecz mężowi – i to on powinien zawsze zajmować pierwsze miejsce w jej sercu. I postaram się nigdy o tym nie zapomnieć…

 

Życie Fasolki.

Krwawiłam, więc poszłam do lekarza. A on popatrzył na ekran usg i powiedział: „Jaki tam znowu polip? Przecież to jest żywa ciąża! Ma około sześciu tygodni…” I jeszcze: ” Dobrze, że się państwo nie zgodzili na wyłyżeczkowanie…” No, pewnie!

 

Myślałam, że się rozpłaczę z radości. Moja Fasolka żyje! Żyje! Żyje! Bogu niech będą dzięki!

 

Wprawdzie jej życie ciągle wisi na włosku (zagraża mi poronienie), jest maleńka, ale bardzo dzielna… Więc co 8 godzin łykam grzecznie kwas foliowy i leki na podtrzymanie ciąży – jakże mogłabym tego nie zrobić?! (chociaż niektórzy „życzliwi” mówią mi, że byłoby dla mnie lepiej, gdybym poroniła – i wiem, że moja matka wpadnie w szał, gdy się dowie: zupełnie, jakbym miała 13 lat, a nie 30…)- modlę się i opowiadam maleństwu jakieś niekończące się historyjki o tym, że ja i tatuś bardzo je kochamy…

 

Jeszcze jeden długi dzień, jeszcze jedna długa noc… Ale czas pracuje na Twoją korzyść, Fasolko. Tylko rośnij nam zdrowo!