Jak wychować agresora?

Wychowanie brutala jest względnie proste. W tym celu należy jedynie:

  •  Od niemowlęctwa otaczać dziecko krzykiem, niepokojem i zgiełkiem. Awantury między rodzicami, przemoc i alkohol są jak najbardziej wskazane.
  • Jak ognia unikać okazywania czułości – dotykania, głaskania, przytulania, całowania. Zawsze mówić podniesionym głosem. Używać jak najczęściej wulgarnych słów.UWAGA: Postępowanie przeciwne może doprowadzić do tego, że dzieciak wyrośnie nam na mięczaka i maminsynka!
  • Od najwcześniejszego dzieciństwa tłumaczyć dziecku, że liczy się jedynie to, czego sami pragniemy, inni zaś służą wyłącznie do tego, aby zaspokoić nasze potrzeby. Powinno wiedzieć, że jeżeli czegokolwiek pragnie, to automatycznie jest to DOBRE.
  • Broń Boże nie stosować żadnych kar, zakazów i ograniczeń! Ich zastosowanie bowiem mogłoby wypaczyć delikatną psychikę młodego człowieka i zniweczyć wszystkie nasze wysiłki wychowawcze. Należy za to jak najczęściej wynagradzać naszą pociechę za zachowania pożądane. Wyjątek mogą stanowić kary cielesne: im bardziej dotkliwe, tym lepiej.
  • Wykreślić ze słownika takie słowa, jak szacunek, współpraca, ustępstwo, negocjowanie i kompromis.
  • Wytłumaczyć dziecku, że metody wywierania wpływu na innych nie mają najmniejszego znaczenia (liczy się wyłącznie ich skuteczność), a każdy sposób wyładowywania negatywnych emocji jest równie dobry. Niech się uczy, że świat jest miejscem, w którym wygrywają jedynie najsilniejsi i gdzie koniecznie należy rozpychać się łokciami i iść po trupach.
  • Wpoić mu bardzo głębokie przekonanie, że wszyscy, którzy nie przestrzegają powyższych zasad to żałośni nieudacznicy i frajerzy, którzy w pełni zasłużyli sobie na wszystko, co ich z naszej strony spotyka. Sami są sobie winni, skoro nie potrafią radzić sobie w życiu…

Efekty gwarantowane!

FAQ (Frequenty Answered Questions)

„Kochanie, czy sądzisz, że pójdziemy za to do piekła ?”

„Co mam zrobić, kiedy nie potrafię przekonać swego sumienia, że to co robimy, jest złe?”

„A jeśli my także się mylimy? Jeżeli Pan Bóg tego nie chce?”

„Czy Ty jesteś najzupełniej pewien tego, co chcesz zrobić? Nie masz żadnych wątpliwości?”

„Naprawdę chcesz się ze mną ożenić? Nie robisz tego z litości? A nie znudzi Ci się po trzech latach?”

„Nie było jeszcze takiego przypadku, żeby ksiądz miał niepełnosprawną żonę.Czy na pewno wiesz, na co się decydujesz? Nie boisz się? Nie będziesz żałował? Przemyśl to wszystko dobrze jeszcze raz! Zastanów się…”

I, oczywiście, nieśmiertelne: „CZY TY MNIE NAPRAWDĘ KOCHASZ? NIGDY MNIE NIE ZOSTAWISZ, PRAWDA?”

I doprawdy chyba tylko anielskiej cierpliwości oraz wielkiej miłości mojego P. należy przypisać fakt, że dziesiątki, a czasem setki razy dziennie odpowiada na te i tym podobne moje pytania, czasem tylko pytając zmęczonym głosem, ile jeszcze razy będziemy wałkować to samo…

No, cóż: kto pokochał Albę, zostanie zbawiony… 😉

POSTSCRIPTUM: Zapytałam go: „Jak myślisz, czy nasze dzieci nam to wybaczą?” Odpowiedział: „Co nam mają wybaczyć – to, że się narodzą?”

Raport mniejszości.

Obecna „histeria równościowa” doszła do takiego punktu, poza którym jest już tylko absurd.

Otóż w specjalnym raporcie, dotyczącym zwalczania homofobii, szkockie Ministerstwo Zdrowia zakazało personelowi szpitali dziecięcych używania słów „mama” i „tata” w rozmowach z małymi pacjentami – jako rzekomo dyskryminujących homoseksualnych „rodziców”.

Zamiast tego zalecono używać określeń typu „opiekun”, „strażnik”, w ostateczności zaś „rodzic”.

Jestem skłonna (aczkolwiek tylko do pewnego stopnia!) rozważyć dalsze stwierdzenie tegoż raportu, mówiące, że rzekomo „płeć i orientacja seksualna nie mają NIC  wspólnego z dobrym rodzicielstwem.” Należałoby tu jednak postawić pytanie, na jakiej podstawie ukuto to postępowe stwierdzenie?

Bo, o ile mnie pamięć nie myli, sprawa przyznawania parom homoseksualnym prawa do adopcji i wychowywania dzieci to rzecz zupełnie świeża, kwestia ostatnich kilku czy kilkunastu lat. Skąd zatem wiadomo na pewno, że płeć i preferencje opiekunów nie mają najmniejszego wpływu na życie ich dzieci? Mam niejasne wrażenie, że to się dopiero okaże…

Ale zostawmy to na razie.

Ja jestem tolerancyjna (choć nie lubię tego słowa, które z cierpliwego znoszenia tego, z czym się nie zgadzamy zmienia ostatnio swe znaczenie na koniecznie pełną i życzliwą akceptację!) i potrafię zrozumieć, że jeśli dwóch mężczyzn wychowuje wspólnie dziecko, to mogą nie życzyć sobie, aby ktoś publicznie zastanawiał się, który z nich jest jego „mamą” a który „tatą” – bo to rzeczywiście zakrawałoby na kpinę.  Ich prawo.

W takim przypadku oczywiście najbardziej sensownie byłoby mówić o „opiekunach dziecka”.

Ale niech mi ktoś, do jasnej Anielki, wytłumaczy, w jaki sposób kogokolwiek dyskryminuje to, że ktoś MA mamę i tatę?! Przecież to tak, jak gdyby twierdzić, że modlitwa wierzących obraża ateistów! (A jeśli są autentycznie niewierzący, to powinno im być najzupełniej obojętne, czy ktoś się modli, czy nie – mnie np. nie obraża modlitwa hinduisty!)

Czyżbyśmy zatem już zaczęli uważać, że to wstyd wychowywać się w „tradycyjnej” rodzinie zamiast w postępowej „rodzinie alternatywnej”?! Czy pod pozorem obrony praw mniejszości, prawa heteroseksualnej większości nie zostały tu jakoś poważnie naruszone?

I czy aby wkrótce nie zaczniemy przymusowo reedukować dzieci, że mama to po prostu „opiekun”, a tata to „strażnik”?!

 I jestem doprawdy bardzo ciekawa, czy sami homoseksualiści zdają sobie sprawę z tego, że zwracając się do swoich rodziców per „mamo” i „tato” notorycznie używali „homofobicznej mowy nienawiści”? 🙂