Nasze (bardzo) drogie dzieci…

Kwestia płacenia dzieciom za pomoc w obowiązkach domowych to bezsprzecznie śliski temat.

Bo z jednej strony chciałabym (w przyszłości) dawać mojemu synkowi kieszonkowe nie „za nic”, ale za konkretną wykonaną PRACĘ (żeby się nauczył, że pieniądze nie spadają z nieba…) – ale z drugiej strony…

Obawiam się, że takie podejście prowadzi do przeliczania wszelkich relacji międzyludzkich na pieniądze i „co ja z tego będę miał(a)?”

I boję się, że może się w końcu okazać tak, jak to napisała pewna matka w serwisie Rodzice Radzą:

„Moja córka ma 17 lat i dopiero teraz widzę, że wychowałam egoistkę. Kiedy mówię, że powinna mi więcej pomagać, odkurzyć, umyć łazienkę, zwłaszcza teraz, kiedy jestem w ciąży, odpowiada, że nie ma czasu, bo przecież ona ma szkołę i treningi. Powiedziałam jej, że powinna więcej czasu poświęcać nauce i obowiązkom domowym, bo jak na razie to dom traktuje jak hotel. Nic jej nie obchodzi, wiadomo, że teraz zaciskamy pasa i oszczędzamy, ale ona nic sobie z tego nie robi, na stałe włączyła 'tryb roszczeniowy’: daj na fryzjera, na buty za 279 zł, kieszonkowe 50 zł, za komórkę zapłać, daj na kino, na to i na tamto…Powiedzcie mi, czy to ja jestem nienormalna i wymagam za dużo od córki?Czy mam prawo wymagać, by na przykład powiesiła pranie, zmyła naczynia, cokolwiek pomogła w domu?”

Przypomina mi się tutaj jeszcze ten szwedzki pomysł z płaceniem „niepracującym” żonom (przez mężów) za prace domowe według stawek rynkowych.

I jestem w stanie wyobrazić sobie „nowoczesny” związek funkcjonujący na zasadzie kontraktu: Ty wnosisz tyle, a ja tyle. I te kłótnie typu: „Cooo?! Ja już 15 razy w tym miesiącu zrobiłam śniadanie, a Ty tylko 13 razy! Toż to istny wyzysk człowieka przez człowieka!”; „Ciężka choroba?! O, nie, dziękuję! Nie będę Twoją pielęgniarką! Tego nie było w umowie!” Wszystko to pięknie, obliczalnie, sprawiedliwie…

Tylko gdzie w tym wszystkim jest miejsce na bezinteresowność, wzajemną pomoc, poświęcenie – a wreszcie MIŁOŚĆ?

Pani ksiądz…i co dalej?

Zewsząd dziś słychać głosy, że anachroniczna pozycja kobiety (która – jak powiedział ostatnio ks. kard. Glemp – może zostać co najwyżej „matką kapłana”, ale nigdy kapłanem) w Kościele katolickim wymaga gruntownego przemodelowania.

A ja jak zwykle będę przekorna i napiszę, że przemyślenia wymaga przede wszystkim samo nasze rozumienie KAPŁAŃSTWA (hierarchicznego).

„Problem kobiecy” w chrześcijaństwie nie zniknie bowiem tak długo, jak długo wszyscy – od kardynałów po najbardziej zawziętych antyklerykałów! – będą uważali, że kapłan jest we wspólnocie Kościoła kimś „lepszym”, ważniejszym, bardziej uprzywilejowanym. Jak się idzie tym torem myślenia, to łatwo można dojść do wniosku, że kobieta jest „upośledzona”, bo ona, biedna, „nie może.”

Tymczasem…przypomnijcie sobie, proszę, słowa z Ewangelii:«Wiecie, że władcy narodów uciskają je, a wielcy dają im odczuć swą władzę.Nie tak będzie u was. Lecz kto by między wami chciał stać się wielkim, niech będzie waszym sługą.  A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem waszym, na wzór Syna Człowieczego, który nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie na okup za wielu». (Mt 20,25-28).

W tej perspektywie już następuje pewne „odwrócenie pojęć” – z obrazu osoby duchownej która „panuje” nad „szeregowymi wiernymi” na taką, która ma im SŁUŻYĆ w największym uniżeniu. Nie wiem, czy taka interpretacja spodobałaby się tym, którzy poświęcili całe życie na to, by kobieta właśnie nie była „służącą”… Ale czyż i o Maryi nie mówi się, że była „Służebnicą Pańską”<łac. ANCILLA Domini, dosł. „niewolnica”>?;)

W świetle tego wszystkiego (w ślad za moją wielką „mentorką” , Edytą Stein, która pisała: „Dogmatycznie – jak mi się zdaje – nic nie stoi na przeszkodzie, by Kościół nie mógł wprowadzić takiej niesłychanej nowości. Lecz [nie wiem] czy byłoby to właściwe ze względów praktycznych?”)  nie widzę żadnego racjonalnego powodu, by w Kościele katolickim kobiety nie mogły być dopuszczone do kapłaństwa „urzędowego”, na przykład jako DIAKONISY (greckie słowo ’diakonos’ oznacza właśnie sługę – diakonat kobiecy zresztą już istniał w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, byłby to zatem znowu jedynie „powrót do źródeł”:)) i spełniać tych wszystkich funkcji, które pełnią diakoni-mężczyźni.

Byłyby to zresztą na ogół te same funkcje, które wypełniają kobiety-pastorzy w Kościołach reformowanych czy też rabinki w liberalnych synagogach. Nie należy bowiem zapominać, że „pastor” czy „rabin” to niezupełnie to samo, co kapłan – to raczej „osoba nauczająca”, kaznodzieja. Myślę, że byłaby już najwyższa pora znieść Pawłowy zakaz „nauczania”  i „przewodzenia” dla kobiet w Kościele z Tt 2,12.:)

Natomiast co do Sakramentu Ołtarza…to uczono mnie kiedyś, że kapłan, sprawujący Eucharystię, występuje niejako in persona Christi’ – symbolizuje i przypomina samego Chrystusa.

A nie da się ukryć, że, historycznie rzecz ujmując, Jezus przyszedł na świat jako MĘŻCZYZNA (wbrew pomysłom pewnych skrajnie feministycznych grup, które wierzą, że był kobietą i oddają cześć Chryście…). Nie jestem zatem pewna, czy ten znak byłby równie czytelny, gdyby na tym miejscu stała kobieta?

To chyba trochę tak, jak z komunią świętą – oczywiście, idąc z duchem czasu, można byłoby ją rozdawać pod postacią odświeżających oddech dropsów o smaku cytrynowym, miętowym i jabłkowym – wedle uznania – ale gdzie w tym wszystkim byłby ZNAK chleba?:)


W odniesieniu do tego „znaku chleba” niezawodny jak zwykle Rabarbar zwrócił mi uwagę na fakt, że przy naszym katolickim zwyczaju używania opłatka podczas Eucharystii ów znak „łamania chleba” też nie jest w pełni czytelny. 


Wypada więc dodać, że ten „pierwotny” znak chleba (i wina) w pełni realizuje się np. w Cerkwi Prawosławnej – choć nasi wschodni bracia – co ciekawe – używają do tego chleba kwaszonego, a nie przaśnego, a także w wielu wspólnotach katolickich, na czele z Drogą Neokatechumenalną, czego sama miałam okazję doświadczyć.


Szczerze mówiąc, trochę mnie dziwi „bojaźliwość” hierarchii w tego typu poszukiwaniach liturgicznych (Kiko Argüello, zdaje się, nie zrobił nic nadzwyczajnego: po prostu przestudiował dokumenty soborowe i spróbował je przełożyć na konkretną praktykę).


Prymas Glemp też kiedyś powiedział, że nawet do tego, by przyjmować komunię na rękę (co też jest historycznie poświadczonym gestem!) potrzebna jest „szczególnie głęboka miłość do Pana Jezusa” (wnioskuję zatem z tego, że ci, którzy przyjmują hostię do ust, kochają Go mniej?:)).


Mój znajomy biskup, związany z Neokatechumenatem, kiedyś stwierdził, że przy obecnej formie udzielania komunii trzeba wzbudzić w sobie podwójny akt wiary. Po pierwsze, uwierzyć, że to jest Ciało Chrystusa. Ale po drugie, uwierzyć, że to jest Chleb…:).


A mimo wszystko, przy wszystkich naszych poszukiwaniach, warto mieć w pamięci, że Jezus przemienił jednak CHLEB, a nie na przykład miodowe ciasteczka. 🙂 


Postscriptum: Warto też może na zakończenie wspomnieć, że „felicjanowski” nurt mariawityzmu (tzw. Kościół Katolicki Mariawitów), który jako chyba jedyny posiada dwie równoległe hierarchie duchowieństwa, męską i żeńską – odpowiednio: z kapłanami i biskupami, kapłankami i biskupkami/arcykapłankami – przez niektórych religioznawców uznawany jest nie tyle za jedno z wyznań chrześcijańskich (KKM nie prowadzi dialogu ekumenicznego i nie należy do Polskiej Rady Ekumenicznej), co za całkiem odrębną religię o korzeniach judeochrześcijańskich, podobnie jak np. mormoni. Obecnie większość duchowieństwa stanowią kobiety, a głową Kościoła jest (od 2005 r.) s. bp Maria Beatrycze Szulgowicz (która jednak nie przyjęła tytułu „arcykapłanki”).

(Żeby nie było nieporozumień: to jest Kathy Ritter, pastorka jednej z niemieckich wspólnot baptystycznych, której zdjęcie znalazłam na www.kosciol.pl)

Bojaźń i drżenie…

Wiadomo, że nie jest łatwo pogodzić się z przemijaniem, a jeszcze trudniej wtedy, gdy zauważamy, że dotyczy ono także tych, którzy z naszego punktu widzenia są „wieczni” – naszych rodziców.

Sama teraz przechodzę okres panicznego lęku przed tym, że mój ukochany Tata (który przecież nie jest jeszcze zgrzybiałym starcem – ma dopiero 61 lat!) może mieć początki choroby Alzheimera. Takie drobne przeinaczenia, zapominanie słów…niby nic, a przecież to się zawsze tak zaczyna… i zawsze się to bagatelizuje…

Podobno św. Teresie z Lisieux, która także była „ukochaną córeczką tatusia”, została dana prorocza wizja, w której zobaczyła swego ojca z głową nakrytą gęstą zasłoną – i rzeczywiście, w kilka lat później Ludwik Martin zmarł na jakiś rodzaj starczej demencji. Nie chciałabym się tym sugerować, ale i mnie, wiele lat temu, podczas pewnych rekolekcji, przytrafił się podobny sen…

Niektórzy mówią, że „starość się Panu Bogu nie udała” – a ja myślę, że udała Mu się i to bardzo. Jest to doskonały sprawdzian naszej miłości (innym jest, jak tu już pisałam, posiadanie dzieci…) i cierpliwości wobec tych, którzy kiedyś troszczyli się o nas. Jeśli coś tu w ogóle jest „nie tak”, to zazwyczaj chodzi o nasz egoizm (choć, proszę mi wierzyć, wiem, że starsi ludzie – podobnie jak dzieci – potrafią być dokuczliwi).

Biblia tak pięknie o tym mówi:

„Synu, wspomagaj swego ojca w starości,
nie zasmucaj go w jego życiu!
A jeśliby nawet rozum stracił,
miej wyrozumiałość,
nie pogardzaj nim, choć jesteś w pełni sił.”
(Syr. 3, 12-13)

Moja śp. Babunia mawiała, że na swoją starość „pracujemy” sobie całym naszym życiem – wychowaniem dzieci, odnoszeniem się do innych… I chociaż żyła długo, bo prawie 90 lat, po jej śmierci płakało całe miasteczko.

A ostatnio przyszło mi jeszcze do głowy, że być może Pan Bóg po to daje nam miłość współmałżonków i dzieci, aby miał nas kto pocieszyć po śmierci naszych rodziców…

 

(Zdjęcie pochodzi z www.blog.navigenics.com)