Wakacyjna biblioteczka żony eksa.

1

Co robię, kiedy nie ma mnie w Sieci? Jeśli akurat nie tłumaczę, ani nie zajmuję się dzieckiem, to najpewniej czytam. A co czytam? Ano, między innymi…

„Kantyczkę dla Leibowitza” Waltera Millera Jr. i „Katolików” Briana Moore’a, obydwie z Frondowej serii „Powieści z krzyżykiem.” Są to, że się tak wyrażę, dwie alternatywne wizje przyszłości. W pierwszej, po nuklearnej zagładzie świata, to Kościół przejmuje znowu (jak w „wiekach ciemnych” po upadku Cesarstwa Rzymskiego) rolę depozytariusza ocalałych resztek cywilizacji. Wspaniała książka, która pokazuje, że tak naprawdę historia NIE JEST nauczycielką życia, bo wszystko się powtarza (spokojnie – oświeceniowy bunt przeciwko Kościołowi także:)), a ludzie (jak ćmy) pędzą ku swemu przeznaczeniu. W drugiej natomiast, która pokazuje kościelne aggiornamento widziane oczyma tradycjonalisty (i z tego powodu była dla mnie nieco irytująca – przykro mi, ale nie wierzę, że tylko łacina zbawi świat:)), padają ważkie pytania o to, czy można ocalić jakiekolwiek niezmienne wartości w szybko zmieniającym się świecie. Odpowiedź, jaką daje Moore, wydaje się pesymistyczna, lecz nie pozbawiona nadziei.

„Ducha” Mary Roach (do tej samej serii należą jeszcze: „Sztywniak. Osobliwe życie nieboszczyków” oraz „Bzyk. Pasjonujące zespolenie nauki i seksu.”, które mam zamiar przeczytać w późniejszym terminie). Książka nosi podtytuł: „Nauka na tropie życia pozagrobowego” – i zgodnie z tym autorka stara się naukowo przeanalizować takie fenomeny jak reinkarnacja, seanse spirytystyczne czy też doświadczenia towarzyszące śmierci klinicznej. A że jest to przy tym pozycja pozbawiona „demaskatorskiego” tonu naśladowców Dawkinsa, nie pozbawiona za to humoru, gwarantuję, że przeczytają ją z przyjemnością zarówno wierzący, jak i „niedowiarkowie.”

„Uwięzioną w Teheranie” Mariny Nemat. Jest to obraz rewolucji islamskiej w Iranie, widziany oczyma młodziutkiej dziewczyny, w dodatku chrześcijanki. Autorka bez ogródek przedstawia swoje więzienne przeżycia (przeplatane wspomnieniami) i skomplikowane relacje łączące ją z jednym ze strażników, który stał się zarówno jej oprawcą, jak i wybawicielem. Do przeczytania i przemyślenia zwłaszcza dla tych, którzy tak łatwo szermują hasłami, zgodnie z którymi Polska to „drugi Iran.”

„Księdza Rafała” Macieja Grabskiego (tom drugi nosi tytuł: „Ksiądz Rafał. Niespokojne czasy.”). Kościół w Polsce – jaki jest, każdy widzi. Ale czy aby na pewno? W świetnych powieściach Grabskiego znajdziemy od metra karierowiczów w sutannach, księży alkoholików, pobożnych milicjantów i dewotki, trudniące się dla rozrywki pisaniem anonimów do kurii – a także bardzo niezwykłego biskupa, który potrafi czytać po hebrajsku. Smakowite!

…i wiele innych rzeczy. Ciąg dalszy zapewne nastąpi. Pozdrawiam wakacyjnie.

Jeden z moich pobożnych przyjaciół zapytał mnie niedawno, jakie efekty przynosi moje „szukanie Boga w książkach.” Szczerze mówiąc, nie wiem. Ale wciąż próbuję…:)

blog_ii_564575_4042888_tr_ksiazka_krzyz

A oto kolejna fotograficzna impresja mojego P. na zadany temat. 🙂  

Prześlizgnąć się przez oczka Sieci…

Ostatni „Newsweek” przyniósł hiobową wieść o tym, że „personalizacja” informacji w Internecie, jakkolwiek przydatna (jakże mi miło, gdy moja strona w Merlinie sama podsuwa mi propozycje kolejnych lektur:)), może też prowadzić do zawężenia naszych horyzontów, zamknięcia nas w tym, co już wiemy.

Psychologia nazywa takie zjawisko „efektem potwierdzania” – prawie wszyscy chętnie otaczamy się ludźmi, którzy myślą podobnie jak my (tak samo dzieje się w realu i na różnego typu portalach społecznościowych – w rezultacie nasz światopogląd kształtowany jest przez niewielką w gruncie rzeczy grupę ludzi…), czytamy książki, które przedstawiają bliski nam punkt widzenia, etc. I w ten sposób coraz bardziej utwierdzamy się w przekonaniu, że nasz sposób postrzegania świata jest jedynie słuszny i prawdziwy. Upraszczając nieco: katolicy czytają książki „katolickie”; ateiści – autorów ateistycznych. Rzadko na odwrót.

A ja? Czy ja nie robię tak samo, szukając w książkach umocnienia dla mojej samotnej wiary? Czy nie odrzucam automatycznie wszystkiego, co mogłoby mnie wprowadzić w stan duchowego niepokoju?

Może to i nieuchronne, ale na wszelki wypadek…Niedawno wrzuciłam do merlinowego koszyka „Naukę i kreacjonizm”, której autorzy podważają, jak sami piszą „naukowe uroszczenia” teorii Inteligentnego Projektu. (Książka ta, oczywiście, została zaszufladkowana przez system jako „pozycja dla ateistów” wraz z Dawkinsem, Hitchensem i innymi tego typu apostołami… Nic to.) Dla równowagi mam także na półce książkę o naukowych pretensjach… ateizmu. Na pohybel wyszukiwarkom. 🙂

Kupiłam sobie także „Najwierniejszą biografię Jezusa” pióra mojego mistrza Paula Johnsona – oraz, dla przeciwwagi, książkę dziennikarza śledczego Bryana Bruce „Jezus. Dowody zbrodni.” z posłowiem „Biblisty-ateisty”, Darka Kota. Przeczuwam wprawdzie, że ta druga pozycja mnie „zaboli” w moich najgłębszych pokładach świadomości, ale cóż. Jako rasowa masochistka wierzę, że ból jest czasem ceną poznania. 🙂

Napisałam niedawno, iż pochlebiam sobie, że główną cechą mego charakteru jest „wymykanie się.” Stereotypom. A taka opinia o sobie do czegoś zobowiązuje, prawda? 🙂

I żeby nie było. Czytam NIE TYLKO „literaturę teologiczną” różnego rodzaju, lecz także reportaże, humoreski (np. Daukszewicza), szeroko pojętą historię, wspomnienia, kryminały, s.f. Słowem: czytam, czytam i czytam. Mam nadzieję, że zawartość mojej biblioteczki nieźle obrazuje różnorodność myśli w mojej głowie. Nic dziwnego, że wyszukiwarki mi często fiksują, podpowiadając niewłaściwe tytuły. 🙂 To chyba dobrze, prawda?

Jak myślicie, udało mi się wymknąć przez oczka Sieci? 🙂

blog_ii_564575_4042888_tr_swiat_wirtualny

Zakochana zakonnica.

W XVII stuleciu życie zakonne w Europie przeżywało bardzo głęboki kryzys. Istniały wprawdzie surowe, starodawne reguły, ale nikt na nie nie zważał.

Wysoko urodzone mniszki miały w klasztorach już nie tyle cele, co wygodnie urządzone mieszkania, a zamożne damy mogły sobie kupić (oczywiście za grube pieniądze) prawo zamieszkiwania w zakonie, dokąd wnosiły światowe obyczaje. Jeśli reguła nie zezwalała np. zakonnicom na noszenie (zgodnie z ówczesną modą) długich i powłóczystych sukien, zaczęły krótko obcinać swoje habity, aby pokazać zgrabne nogi w obcisłych pantofelkach.

Przepisy karały zakonnicę, której by udowodniono grzeszny związek z mężczyzną, dziesięcioma latami pokuty i odosobnienia z brakiem dostępu do kraty, a jednak nie było w owych dziwnych czasach nic łatwiejszego, niż uzyskać dostęp do klasztoru…

W szczególności w krajach Półwyspu Iberyjskiego, w Hiszpanii i Portugalii, istniał ówcześnie dwuznaczny obyczaj tzw. galantes, „giermków zakonnic”, którym wolno je było adorować niemalże oficjalnie.

I w takim to właśnie świecie przyszło żyć Marianie Alcoforado, urodzonej w roku 1640 portugalskiej zakonnicy z klasztoru Matki Boskiej Niepokalanego Poczęcia w Bei, gdzie jej wpływowa rodzina umieściła ją (jak to często wówczas bywało) z uwagi na „niespokojne czasy” – a zapewne i brak planów matrymonialnych.

Mając zaledwie dwadzieścia sześć lat Mariana spotkała markiza de Chamilly, późniejszego marszałka Francji, lekkomyślnego wojaka i pożeracza serc niewieścich (żonatego zresztą), trzydziestoletniego wówczas kapitana zaciężnych wojsk francuskich – i, co było do przewidzenia, natychmiast się w nim zakochała.

Saint-Simon tak o nim pisze w swoich pamiętnikach: „Chamilly był w rzeczywistości dość dobrze zbudowanym mężczyzną; ale równocześnie był bardzo grubiański i tak głupi, tak ciężki na umyśle, że gdy się na niego patrzyło i jego bredni słuchało, człowiek (…) nie był w stanie pojąć, [jak] by się jakaś kobieta w nim rozkochać mogła (…). Jeżeli zrobił w ogóle jakąś karierę pomimo swej potwornej głupoty, to zawdzięczał to jedynie swej żonie, mądrej i rozgarniętej osobie.”

Niestety, te tak wątpliwe przymioty ukochanego nie zraziły młodej, wrażliwej mniszki, która pokochała kogoś zupełnie niegodnego jej uczucia z całą szczerością i namiętnością, na jaką było ją stać. No, cóż – jak konkluduje Przybyszewski (tłumacz jej „Listów miłosnych”, znanych także jako „Listy portugalskie”) – nieśmiertelna historia miłości Tytanii do osła powtarza się w nieskończoność…

Dla de Chamilly’ego krótki i burzliwy romans z młodą zakonnicą nie był z pewnością niczym więcej, jak tylko miłym lekarstwem na nudę, jaka mu towarzyszyła w małym, prowincjonalnym garnizonie w Bei – dla niej zaś (och, jak dobrze ją rozumiem:)) wydarzeniem, które na zawsze naznaczyło jej dalsze życie.

Kiedy de Chamilly przy pierwszej sposobności wsiada na okręt i ucieka do Francji, by uwolnić się od swojej oszalałej z miłości kochanki, ta pisze do niego swoje słynne pięć (tylko pięć!) listów, które na trwałe weszły (na równi np. z listami Heloizy) do kanonu literatury światowej.

W pierwszych z nich próbuje jeszcze usprawiedliwiać wiarołomnego kochanka, by w kolejnych, stopniowo i za cenę ogromnego bólu, pogodzić się wreszcie z rzeczywistością odrzucenia – i już nie pisać nigdy więcej.

Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że z tą chwilą zakończyły się cierpienia nieszczęsnej „upadłej” zakonnicy. Jak pisze o niej Przybyszewski, jeszcze „przez pół wieku tym umierała, że umrzeć nie mogła.”

Cierpienie porzuconej dziewczyny musiało wzbudzić w zakonnicach zrazu litość i współczucie, także z uwagi na jej wysoki stan i majętność, którą ze sobą do klasztoru wniosła. W miarę przedłużania się jednak, jej stan psychiczny musiał wywoływać u współsióstr coraz większe rozdrażnienie, tym bardziej, że jej własna rodzina (jak to często w takich razach bywa) się jej wyrzekła jako „czarnej owcy.” Jeden z jej braci, Baltazar, towarzysz de Chamilly’ego, który najprawdopodobniej umożliwił uwodzicielowi potajemne spotkania z siostrą, po całym incydencie wstępuje nagle do stanu duchownego, być może chcąc w ten sposób odkupić „skandal” do jakiego się przyczynił. Drugi brat z kolei oddał swe córki na wychowanie do całkiem innego klasztoru, by się, broń Boże, nie zaraziły „gorszącym przykładem” od ciotki.

Pomimo tych wszystkich klęsk i upokorzeń Mariana odtąd, jak na dobrą oblubienicę Chrystusa przystało, przykładnie i w pokorze pokutowała za swój „straszny grzech” (znosząc cierpliwie, jak sama powie, „cały rygor przepisów swego kraju przeciw zakonnicom”), podczas gdy ten, który ją porzucił, bawił się beztrosko, dochodząc w swojej „arcykatolickiej” ojczyźnie do najwyższych godności. W zapiskach klasztornych napisano o Marianie: „Przez wszystkie te lata gorąco się służbie bożej oddawała, wszystkim jako przykład świeciła, nikt się na nią nie poskarżył, bo dla wszystkich była słodka i łagodna, a pomimo wysokiego stanu i budującej pobożności zawsze pozostała w cieniu i na uboczu.” A kiedy wreszcie przyszedł jej czas (a zmarła w sędziwym, jak na owe czasy, wieku osiemdziesięciu trzech lat, w roku 1723) umarła spokojnie, opatrzona na drogę świętymi sakramentami.

A ponieważ nie mogę (ani nie chcę!) potępić tej, którą Bóg przyjął i przebaczył, niechaj mi wolno będzie przytoczyć tutaj kilka fragmentów z jej „bulwersujących” wyznań:

„Umieram z przerażenia na tę myśl, że Ty przy wszystkich naszych rozkoszach nie odczuwałeś nic z całej [ich] istotniej głębi. Och, tak, tak. Teraz dopiero widzę, jak fałszywa była Twoja miłostka. (…) Ale nie jesteś [chyba aż] tak nieszczęśliwy i tak całkiem wyzuty z wszelkiej uczuciowej delikatności, żeś nie umiał lepiej wyzyskać mojej bezgranicznej miłości? I jakże się to stać mogło, że przy całym ogromie swej miłości nie mogłam Ci dać szczęścia do syta?

(…) Czemuś takie wysiłki robił, by mnie oszołomić, kiedyś wiedział, że pewnego pięknego poranku mnie porzucisz? Czemuś mnie nie zostawił w spokoju i ciszy w moim klasztorze? Czym Ci może co złego zrobiła? [A] przecież musisz sobie przypominać, jak byłam skromna, jak zmieszana i wstydliwa…

Być może, że znalazłbyś kobietę piękniejszą ode mnie – a przecież mówiłeś kiedyś, że jestem piękna – ale żadnej nie znajdziesz, która by Cię tak gorąco kochała, jak ja – a ta reszta, to wszystko poza tym, to głupstwo i marność. (…)

Próbuję w tej chwili uniewinnić Waćpana i rozumiem to bardzo dobrze, że zakonnica nie bardzo się na to nadaje, by miłość wywołać. Ale potem wydaje mi się zaraz, że gdyby mężczyźni byli zdolni posłuchać głosu rozsądku, jaki wybór w miłości uczynić należy, to właśnie przedkładaliby mniszki nad wszelkie inne kobiety. Bo nic nie istnieje, co by właśnie mniszkom mogło przeszkadzać bezustannie myśleć tylko o ich miłości: nie są rozproszone przez te tysiączne rzeczy, które wypełniają (…) życie kobiet, które w świecie żyją. A wydaje mi się, że nie musi to być zbyt wielką przyjemnością, gdy się widzi, że te, które się kocha, zajęte są tysiącznymi fatałaszkami, i trzeba już mieć nadzwyczaj mało delikatności uczuć, by nie popaść w rozpacz, gdy się słyszy, jak o niczym więcej nie mówią, prócz o towarzystwie, strojach i przechadzkach.”

Biedna dziewczyna – myślała, że dla tego typu mężczyzn w związku z kobietą liczy się najbardziej partnerstwo duchowe i intelektualne. 🙂 No, cóż – nie ona pierwsza i z pewnością nie ostatnia…

blog_ii_564575_4042888_tr_mariana_alcoforado

Wszystkie cytaty pochodzą z polskiego wydania „Listów miłosnych” Mariany Alcoforado, w tłumaczeniu i ze wstępem Stanisława Przybyszewskiego (wyd. Literatura Net.pl).