Wierząca ONA, niewierzący ON…

Wyobraźcie sobie, że młody, przystojny i piekielnie błyskotliwy ateista i antyklerykał spotyka nagle kobietę swego życia – piękną, mądrą i wrażliwą…

Niestety, wybranka jego serca ma (w jego oczach) pewien bardzo poważny feler – jest głęboko wierząca. Ale on również nie jest jej obojętny…

Na pozór wiele (jeśli nie wszystko) ich dzieli. Czy zatem może im się udać?

Moim zdaniem, tak, o ile zdołają spełnić trzy podstawowe warunki:

1) ONA nie będzie próbowała go za wszelką cenę „nawracać”, pamiętając, że jeśli Bóg istotnie jest Miłością to jest obecny również w ich miłości, w każdej miłości – i że to w zasadzie wystarczy. Jak to mądrze mówi Pismo: „Każdy, kto miłuje, zna Boga” (1 J 4,7) i  „Skądże możesz wiedzieć, żono, że zbawisz twego męża?” (1 Kor 7,16).

2) ON będzie starał się pamiętać, że ich związek nie powinien się stać terenem „walki ideologicznej” i że TOLERANCJA jest to coś, co warto praktykować także (a może przede wszystkim?) we własnym domu.

3) OBOJE będą się pilnie wystrzegać wyśmiewania i wyszydzania światopoglądu drugiej strony wobec osób trzecich, zwłaszcza dzieci („Twoja matka, Jasiu, to ciemna dewotka, która tańczy, jak jej klechy zagrają!”; „A twój ojciec-bezbożnik będzie się smażył w piekle!”).

Wiem, to trudne – ale przecież nie niemożliwe… 🙂

I nie ma cudów?

Byłam doprawdy bardzo zdziwiona, kiedy dowiedziałam się, że odkąd istnieje „słynące z cudów” sanktuarium w Lourdes, Kościół oficjalnie uznał za „cudowne” (tzn. niemające naukowego wytłumaczenia) jedynie ok. setki takich wydarzeń.

Istnieje tam zresztą specjalne Biuro Medyczne, w którym pracują osoby o różnych przekonaniach, także ateiści (bardzo nalega się na to, by osobiste przekonania religijne nie zaciemniały im obrazu poszczególnych przypadków).

Może więc ci „łatwowierni wierzący” nie są wcale aż tak bardzo skłonni do wierzenia we wszystko, co za „cud” im się podaje?:)

Niemniej nawet ateiści muszą niekiedy przyznać, że istnieją rzeczy, których nie da się naukowo wyjaśnić – bo nie jest prawdą, w co naiwnie wierzyli XIX-wieczni „scjentyści”, że jeszcze chwila, a nauka znajdzie odpowiedzi na wszelkie pytania, rozwiąże wszystkie problemy, itd. Przeciwnie – w miarę postępu naukowo-technicznego pojawiają się nowe pytania i nowe problemy. Tak więc myślę, że zawsze pozostanie jakieś miejsce dla WIARY.

Kiedyś wybrałam się na pewne czuwanie za pożyczone pieniądze – a ponieważ nie miałam z czego ich oddać, zwróciłam się o pomoc do „Wyższej Instancji” – i gdy tylko wyszłam z kościoła, podeszła do mnie nieznana mi wcześniej kobieta i bez słowa wręczyła mi potrzebną kwotę. Można by powiedzieć – cud! A co na ten temat powie ateista? 🙂 Zbieg okoliczności! „Zbieg okoliczności” to takie zgrabne określenie, które tak naprawdę niczego nie wyjaśnia – ponieważ WSZYSTKO da się wyjaśnić zbiegiem okoliczności.  A naukowcy wiedzą, że jeśli jakiekolwiek wyjaśnienie nadaje się „do wszystkiego”, to zwykle oznacza, że jest… do niczego. (Np. w rubryce „przyczyna zgonu” można ZAWSZE zgodnie z prawdą napisać: „zatrzymanie akcji serca” – tylko co to wyjaśnia?)

Genialnie to opisał C.S. Lewis (ten od „Opowieści z Narnii”) – gdyby nawet ateista smażył się „w ogniu piekielnym” (zakładając, oczywiście, że TAKIE piekło istnieje – ja w to nie wierzę!), to jego umysł i tak nie mógłby przyjąć realności tej sytuacji – wciąż gorączkowo szukałby innego, „racjonalnego” wyjaśnienia.

Z cudami jest tak samo – wierzą w nie tylko ci, którzy sami ich doświadczyli. Czytałam całe mnóstwo książek, których autorzy próbują (czasami z powodzeniem) znaleźć naukowe wyjaśnienia dla cudów, opisywanych w Biblii. Ale ostatecznie nie jest tak ważny sam FAKT (np. odpływ Morza Czerwonego), jak jego INTERPRETACJA – albo WIERZYSZ że „Bóg to sprawił”, albo nie – i wtedy będziesz mówił o „zbiegu okoliczności”, „przypadku”, „złudzeniu” czy po prostu o niewyjaśnionym zdarzeniu tam, gdzie wierzący widzą „cud.”

Ale WYDARZENIE pozostaje takie samo. Ja wtedy naprawdę dostałam te pieniądze…

 

Słów kilka o pewnej akcji.

Na angielskich ulicach pojawiły się ostatnio autobusy z „ateistycznym” napisem: „Bóg PRAWDOPODOBNIE nie istnieje. Przestań się martwić i ciesz się życiem!”  Organizatorzy zebrali na ten „niezbożny”cel 150 tysięcy funtów, z czego pięć tysięcy wyłożył osobiście sam „papież” współczesnego ateizmu – prof. Richard Dawkins.

Nie ukrywam, że pierwszą moją reakcją było zdziwienie, jak ktoś w ogóle mógł skojarzyć wiarę w Boga akurat ze „zmartwieniem” – mnie by to nigdy przez myśl nie przeszło (aczkolwiek doceniam również to ostrożne użycie słowa „prawdopodobnie” – gdyby układał je sam Dawkins, to zapewne brzmiałoby ono:„Bóg jest urojeniem – przestańcie się wreszcie łudzić!” :)).

Chwilę później przyszło mi jednak do głowy, że zdecydowana większość ateistów nie tyle protestuje przeciwko samej „idei Boga” co przeciwko pewnym (czasem niezbyt fortunnym) „interpretacjom” dokonywanym przez niektóre grupy wyznaniowe.

Okazuje się, że i tym razem przeczucie mnie nie myliło – całą akcję zainicjowała pewna angielska wolnomyślicielka, pisarka, która poczuła się urażona znalezionym na jednym z „chrześcijańskich” portali internetowych stwierdzeniem, że „kto odrzuca Boga, skazuje się na wieczyste męki w ogniu piekielnym” (czy jakoś tak).

I pomyślałam, że na jej miejscu też bym zaprotestowała – bo tu już naprawdę jest się czym martwić. Wieczne potępienie to nie przelewki…

Rozbawiła mnie natomiast reakcja głównych Kościołów protestanckich na Wyspach Brytyjskich – anglikańskiego i metodystycznego.

Całą akcję przyjęły one podobno „z zadowoleniem.” No, tak – pomyślałam – nieźle ich wyszkolili w tej poprawności politycznej… 😉

Chociaż, z drugiej strony, jeśli większość społeczeństwa ma ciebie i twoje poglądy głęboko w nosie, to wówczas siłą rzeczy bliższy ci jest nawet ten, kto je podaje w wątpliwość. Bo innym nawet nie chce się już o to sprzeczać…

W świetnej, klasycznej już dziś powieści „Kula i krzyż” znalazłam kiedyś stwierdzenie, że to nie ateizm, ale obojętność jest największym wrogiem wiary. I nigdy o tym nie zapomniałam.

Ale, moim zdaniem, prawdziwie chrześcijańska odpowiedź na powyższą kampanię powinna brzmieć: „Jeżeli Bóg jest Miłością, to czym tu się martwić?” 🙂