Anoreksja duchowa.

Kiedyś gdzieś czytałam, że anorektyczka to osoba, która w gruncie rzeczy myśli wyłącznie o jedzeniu – lubi rozmyślać o jedzeniu, rozmawiać o nim, a nawet je wąchać: słowem, robić z nim wszystko, z wyjątkiem…jedzenia  – i jako ktoś, kto w swoim burzliwym życiorysie miał i taki epizod, mogę to w zupełności potwierdzić.

 

A ponieważ ostatnimi czasy odczuwam bardzo silne „duchowe ssanie”, próbuję (dość nieskutecznie zresztą) zaspokajać ten wewnętrzny głód, czytając mądre książki – dużo, dużo książek.

 

Zachowuję się zatem trochę jak anorektyczka – nieustannie chodzę „dookoła Boga” na paluszkach („z pewną taką nieśmiałością…”), ale Go nie dotykam; dotykam Go – ale Go nie „smakuję”.; smakuję Go -ale się Nim nie upajam. Nie tak, jak dawniej.

 

I wiem, że rację miał jeden z moich spowiedników, kiedy mi mówił, że „próbowaniem nikt się jeszcze nie najadł…”

 

I naprawdę poważnie się obawiam, że w swoim życiu duchowym staję się stopniowo coraz bardziej podobna do Świadków Jehowy albo do biblijnych „uczonych w Piśmie” – słowem, do ludzi, którzy o Bogu bardzo dużo WIEDZĄ, ale nigdy z Nim nie rozmawiają… Jestem „konsumentką duchowości…” ;(((

 

A jedyna korzyść z tego jest taka, że powoli zaczynam układać sobie wcale pokaźną listę pozycji, które mogę Wam właściwie „w ciemno” polecić. Ot, na przykład:

  • Dwa tomy „Przygód księdza Grosera”, pióra Jana Grzegorczyka. Jest to prawdziwy – czasem do bólu – obraz życia księży w Polsce, wolny jednak zupełnie od gryzącego antyklerykalizmu. Polecam szczególnie tym z Was, które (i którzy) znajdują się na progu ważnych życiowych decyzji. Przepłakałam (i przemodliłam) nad tymi książkami wiele godzin, zastanawiając się nad moim związkiem z P. Pierwszy tom nosi tytuł „Adieu. Przypadki księdza Grosera.”, a drugi (z podtytułem „Nowe przypadki…”) – „Trufle.” Obydwa ukazały się nakładem wydawnictwa „W drodze.” Błagam Was (dziewczyny!), zanim cokolwiek zdecydujecie – przeczytajcie!
  • „Odejścia” M. Bielawskiego (zawsze zapominam, czy on Marian, Maciej, a może Marcin?;)), byłego benedyktyna, przeczytałam (przeczytaliśmy…) za namową jednej z moich blogowych Czytelniczek – i nie żałuję. Pisałam tu już kilkakrotnie o tej książce (wydało ją wydawnictwo „Homini”) – więc teraz tylko przypomnę, że autor, na podstawie wielu przypadków pokazuje,  jak różnymi drogami Bóg może prowadzić człowieka. Dla wszystkich, którzy uważają – sama tak myślałam! – że odejście kapłana i często powiązane z nim to, co ja nazywam „pójściem na pustynię kobiety” to definitywny koniec ich duchowego świata.
  • „Jestem synem księdza” Thomasa Frostera i Karin Jäckel – na pewno warta przeczytania, choć momentami nieco już anachroniczna pozycja, która niektórych (podobnie jak mnie) może trochę zirytować. Zainteresowanych odsyłam do mojego postu pod tym samym tytułem.
  • „Porzucone sutanny. Opowieści byłych księży.” ks. Piotra Dzedzeja. To mój najnowszy nabytek – zbiór ponad dwudziestu wywiadów z „byłymi. ” Interesujące, choć chwilami trochę moralizatorskie – irytowały mnie zwłaszcza uwagi autora w stylu: „Przecież można się odkochać…” Dziwnie mi to brzmiało w ustach kogoś, kto zapewne – jako ksiądz – po wielekroć powtarzał ludziom, że „miłość nigdy nie ustaje.” Mimo wszystko, czytając, nieraz byłam zadziwiona zbieżnością opowiedzianych w książce historii z własnymi doświadczeniami i przemyśleniami (jeden z eksów na przykład mądrze stwierdza, że „kobiecie w tej sytuacji trudniej jest odnaleźć własne miejsce w społeczeństwie” – i  jest to święta prawda…). Poruszyła mnie zwłaszcza historia księdza, który na skutek picia stał się bezdomny – i umarł w kartonach nieopodal kościoła, w którym kiedyś był wikarym… Książka zawiera także ważny aneks, dotyczący formalno-prawnej pozycji byłych księży w Kościele (np. procedury uzyskiwania dyspensy od celibatu).
  • A ponieważ wiem, że wielu „żonom  iksów” towarzyszą lęki  przed wieczystym potępieniem – na takie „duszne dolegliwości” polecam „Tabletki z krzyżykiem” Szymona Hołowni (zresztą byłego dominikanina). Z tej arcyciekawej ksiązki można się też dowiedzieć między innymi: czy istnieje osobne piekełko dla dzieci, czy ryby też utonęły w Potopie, oraz czy wolno „iść w stronę światła.”

Lojalnie Was uprzedzam, że powyższa lista może wkrótce ulec rozszerzeniu, bowiem w kolejce czekają już między  innymi: „Boża Ladacznica” (dramatyczna historia byłej zakonnicy, która po  pospiesznym ślubie i rozwodzie pozostała wraz z dzieckiem bez środków do życia i postanowiła zostać…prostytutką); „Jedenaście przykazań. Półprawdy i niedomówienia na temat Biblii.” ; „Zapomniane Matki Pustyni. Pisma, życie i historia.” Laury Swan; kolejny tom „Grosera”, tym razem zatytułowany „Cudze pole”oraz wiele, wiele innych.

 

A sama też opowiedziałam swoją historię redaktorce nowej książki ks.Tomasza Jaeschke, której roboczy tytuł brzmi „Zakochana.”

 

No, cóż, coraz bardziej  przekonuję się na własnym  przykładzie, że prawdziwa jest ta anegotka, którą kiedyś znalazłam u Anthonego  de Mello:

 

„Pewien starzec powiedział:

-Ilekroć przychodzi do mnie prostytutka,  mówi tylko o Bogu. Kiedy przychodzi do mnie ksiądz, mówi wyłącznie o seksie…”

Między ustami a brzegiem pucharu…

Zrobiłam to – i się nie zawahałam ani się nie cofnęłam…

Wyciągnęłam po niego rękę – i napotkałam jego dłonie.
Wiedziałam ,że tam je znajdę – tak samo, jak wiedziałam, że w jakiś sposób zawsze byliśmy…że jesteśmy…sobie przeznaczeni…

Nadludzką walkę wiodłam ze Stwórcą swoim – i zwyciężyłam…lecz jakże gorzkie jest to zwycięstwo… On mnie prowadził, iść kazał – w ciemności, a nie w świetle. Wygrałam – bo wygrać mi pozwolił. Bo jeśli nie On – to kto właściwie?!

Jestem szczęśliwa – bo piękny owoc wydało zakazane drzewo… – i jestem nieszczęśliwa –  Jestem…kimkolwiek teraz jestem…

Jesteśmy zatem – jak dwie (trzy?) dusze, zabłąkane pomiędzy ziemią, niebem, a…piekłem? Ale tak bardzo się kochamy, że chyba nawet dobry Bóg patrzy na nas z wielką czułością.

Czas
nie leczy
paktuje z nami –
za złagodzony ból
płacić każe
bólem
większym…
(s. Bożena-Anna Flak, nazaretanka)

Tęsknoty.

W pewnej starej, polskiej komedii muzycznej („Przygoda z piosenką”) jest m.in. taki tekst:

Jak to jest, jak to jest
jak się dzieje
że dalekie z dniem każdym pięknieje?
I im dalej, im bardziej byś odszedł,
tym jest bliższe,
tym jest droższe?”

I zdaje mi się, że (mój Boże, który to już raz?!) w swoim życiu wewnętrznym znów przechodzę etap pod tytułem: „to były piękne dni…”Znowu po nocach śnią mi się kościoły i rekolekcje, na które nigdy (?) już nie pojadę, a w snach widuję twarze moich dawnych przyjaciół…

Tak, kiedyś to byłam piękna i młoda… a teraz to już tylko „i” zostało…  🙂

Nie, nie, raczej: kiedyś to byłam pobożną dziewczynką – a teraz za tym tęsknię. Tęsknię jak cholera.  Za tymi wszystkimi rzeczami, które nawet ludzie wierzący często uważają za tak zwyczajne, że już przestają je doceniać. Za mszą i komunią świętą, za rekolekcjami (minimum dwa razy do roku…), a nade wszystko za spowiedzią – no, i za moim dobrym, rozsądnym spowiednikiem, który mi był wypróbowanym przyjacielem (a przecież była i taka piosenka – to z kolei z filmu Nocne grafitti:

„Dziś – brakuje mi Twej mądrej rady,
dzisiaj – nie umiem sobie z tym poradzić…
Wiem, że ciągle próbowałeś pomóc,
wiem, że miałam Twoje słowa za nic,
wiem już – myliłam się…” )
I czasem myślę, że – choć to może jest zwyczajna w moim wieku tęsknota za pierwszą młodością, która, akurat w moim przypadku, upłynęła szczęśliwie „pod znakiem Boga i Kościoła” (podobnie zresztą, jak i młodość P.) – to dobrze, że nie dożył tej chwili np. mój drogi śp. Ksiądz Moderator, przy boku którego jeździłam na oazy jako animatorka i który (czyżby jakiś niespełniony instynkt ojcowski?) w przypływie czułości nazywał mnie swoją „kochaną córeczką.”
Bo cóż by on powiedział na to, co zrobiłam? I któż by się tego po mnie spodziewał, skoro dla mnie samej jest to nieustającym zaskoczeniem? Zaiste, „Pan Bóg potrafi pisać prosto na krzywych liniach naszego życia.”
Tym bardziej, że – z powodów zupełnie dla mnie niezrozumiałych – wszyscy (nawet księża w mojej parafii – sic!) ogromnie się cieszą z tego dzieciątka, które przecież urodziłam bez ślubu. Jest już nawet kilku kapłanów – w tym jeden biskup! – którzy zaofiarowali mi się ochrzcić małego… (Ale biskupowi muszę to stanowczo wyperswadować, nigdy wszak nie byłam skłonna do jakichkolwiek demonstracji. A swoją drogą, ciekawe, czy cieszyliby się tak samo, gdyby znali całą prawdę i wiedzieli, kim jest <czy też był?> jego ojciec?) A syneczek jest zdrowy, śliczny i nad podziw pięknie się rozwija – tak, jakby rzeczywiście „łaska Pańska była z nim.”
Jak gdyby Bóg w swojej łaskawości zechciał wysłuchać mojej modlitwy – i wszystkie kary za ten czyn (jeżeli już muszą być jakieś kary – bo P. by mi zaraz powiedział, że Bóg nigdy nikogo nie karze – ale chyba niezupełnie w to wierzę…) nałożył na mnie, całkowicie oszczędzając tych, których kocham.
Bo kiedy się kocha kapłana, to tak, jakby stale nosić w sobie jakąś wielką i straszną tajemnicę – tajemnicę, której ciężaru moja krucha psychika najwidoczniej już nie zdołała udźwignąć i którą w końcu wykrzyczałam na cały głos tamtej nocy w szpitalu. I nawet, jeśli nikt cię nie potępia (tak, jak i mnie nie potępiają…), to jednak stale oskarża cię twoje własne sumienie – zupełnie, jakbyś miała tę „szkarłatną literę” ( „Grzesznica! Grzesznica! Grzesznica!”), wypisaną gdzieś w głębi serca.
I kto wie, może to jest właśnie ta cena, którą się za to płaci – przez całe życie – mimo, że przecież zaraz przypomina mi się ten pocieszający werset ze św. Jana:
„Jeśli nasze  oskarża nas,
to Bóg jest większy od naszego 
i zna wszystko.”
 (1 List św. Jana Apostoła,3,20)
I chociaż wierzę, że „z Bożej woli wszystko się zdarzyło”  i że – tak, jak każda kobieta, poczynając od pramatki Ewy –  „urodziłam mężczyznę z pomocą Pana” – to czy istnieje jakakolwiek cena, której nie warto byłoby za to zapłacić? Nie wydaje mi się…