Wszystkie moje troski…

Wczoraj zaczął się 36. tydzień mojej ciąży – i wszystko wskazuje na to, że nasz synek czuje się nieźle, czego, niestety, nie można powiedzieć o jego matce.

Nie mam pieniędzy, ani – co gorsza – siły do pracy, najchętniej spałabym 24 godziny na dobę, a duchowo jestem jak wyschnięta studnia, i już chyba nawet czuła miłość P. nie wystarcza, by ją wypełnić.

Już od dobrych kilku dni z pulpitu mojego komputera spogląda na mnie twarzyczka mego synka – i patrząc na nią pytam sama siebie:
„I co z nami będzie, mój maleńki? Jakże ja zdołam Ciebie urodzić i wychować?”



Można to oczywiście zrzucić na karb jakiejś „depresji przedporodowej” (ciekawe, czy w ogóle istnieje coś takiego?:)), ale kiedy się jest „mamą niepełnosprawną”- jak ja! – to nawet najzwyklejsze rzeczy – w rodzaju wyjmowania niemowlęcia z łóżeczka! – urastają do rangi palącego problemu, domagającego się znalezienia natychmiastowego rozwiązania. Zupełnie tak samo, jak we własnym codziennym życiu musiałam np. „wynaleźć” wygodny sposób wchodzenia do wanny…

Bo nie chciałabym przecież, żeby mój mały kojarzył sobie pojęcie „MAMA”z objęciami i rękoma innej kobiety (to właściwie bez znaczenia, czy byłaby to wynajęta opiekunka, czy też np. moja matka).

Ba, kiedyś wydawało mi się, że w ogóle nigdy do tego nie dopuszczę. Ale przecież moje własne dłonie są takie słabe! Czy więc wolno mi narażać mego synka na niebezpieczeństwo w imię moich „macierzyńskich” ambicji? I czy mam z nich całkiem zrezygnować dlatego tylko, że jestem niepełnosprawna?

O, roku ów…

Dziś andrzejki… (wbrew bardzo rozpowszechnionemu przekonaniu, panieńskie wróżby powinno się odprawiać w WIGILIĘ św. Andrzeja, czyli dzisiaj właśnie) Choć, z drugiej strony, staropolskie przysłowie mówi, że „Na świętego Andrzeja pannom z wróżby nadzieja…”

No, właśnie – NADZIEJA. Pamiętam, jak w styczniu tego roku, rozpoczynając tego bloga, naiwnie pytałam: „Roku, roku, co mi dasz?” – no i dał mi…mężczyznę, który mnie otacza miłością i jego dziecko, które urodzi się już niedługo. W dawnej polszczyźnie stan, w którym się teraz znajduję, nazywano „byciem przy nadziei” – więc czegóż mam pragnąć więcej? Na co jeszcze wolno mi żywić nadzieję?

Mam niejasne wrażenie, że nie mam prawa prosić o więcej – ale mimo wszystko, to dziwne uczucie, kiedy wydaje mi się, że wszystkie moje marzenia już się spełniły – a przecież jestem jeszcze taka młoda…

Już w niedzielę rozpocznie się kolejny Adwent – czas, w którym kapłani w liturgii codziennie z powagą wspominają o Kobiecie, która oczekiwała Dziecka z wielką miłością… Czas, kiedy

Bóg ubierał Syna w ciało
w łonie Kobiety
harmonijnie kołysząc
pieśnią wód płodowych...”
(s.Noela, nazaretanka?)



I będzie to musiało być dziwne oczekiwać dziecka (syna!) w tym samym czasie. Ja – przeklęta-wyklęta i Ona-tak święta i niepokalana (niemal bezcielesna) że nie śmiałabym tu dokonywać żadnych daleko idących porównań. Jakże inny będzie ten Adwent od wszystkich poprzednich! A przecież już od tak dawna rok kościelny wyznaczał rytm życia mojego i życia P.-życia nie tylko duchowego zresztą.

A teraz nie wolno mi nawet iść do spowiedzi (i jakże zdołam kiedyś wyjaśnić memu synowi, że to jest ważna sprawa, skoro ani mamusia ani tatuś nigdy tego nie robią?) – i tylko te sny… Co noc śnią mi się adwentowe rekolekcje…

Ale mimo wszystko muszę teraz być spokojna, szczęśliwa i pogodna. Muszę żywić DOBRĄ NADZIEJĘ. Dla własnego dobra i dla dobra mojego dziecka – muszę…


Ks. B. odpowiada…

Nie ukrywam, że czekałam na ten list. A mój były – i zapewne niezwykle zajęty – spowiednik napisał tak:

” (…) Cieszę się bardzo, że tak wszystko Ci się dobrze układa. Niestety w
kwestiach religii i zobowiązań religijnych musiałabyś rzeczy przemyśleć
gruntownie, by odzyskać swego rodzaju wewnętrzną wolność, która jest
zwykłym prawem do kierowania własnym życiem bez dzielenia tego prawa z
instytucjami czy ludźmi, którzy tych praw nie mają, a sobie uzurpują. Nie na
tym polega wiara, religia, czy więź człowieka z Bogiem.”


O, masz ci babo placek! Czyżby ex-ojciec filozof pragnął mi w ten sposób delikatnie zasugerować, że Kościół (jako instytucja, której nigdy – nawet teraz – nie chciałam kontestować) w jakiś sposób ogranicza moją „wewnętrzną wolność” – i że w celu jej odzyskania powinnam pójść taką drogą, jaką on sam poszedł, tj. odrzucić tę instytucję?

Nawet mimo tego, że moje własne doświadczenia z Kościołem były (aż do tej pory) zupełnie odmienne – postrzegałam go zawsze raczej jako przestrzeń, w której jako osoba niepełnosprawna mogę działać znacznie swobodniej, niż gdzie indziej, niż jako coś, co mnie jakoś tłamsi czy ogranicza. Nie sądzę zresztą, by gdziekolwiek istniało coś, co mogłoby naprawdę „zniewolić wewnętrznie” tak niezależną osobę, jak ta, za którą się uważam. 😉 Myślę, że jestem trochę jak kotka, która zawsze (nawet pozostając w pewnych zewnętrznych granicach) chadza własnymi drogami.

Chociaż, kto wie…może sobie tylko tak pochlebiam…

Ale mimo wszystko wolałabym doprowadzić do tego, żeby Kościół zaakceptował i pobłogosławił moją „nietypową” miłość, niż ten Kościół kontestować. Bo niby czemu miałabym to robić?!

Nie mam też zielonego pojęcia, na czym właściwie „polega wiara czy więź człowieka z Bogiem” – chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że teraz muszę je sobie zbudować od nowa – ale niech mi ktoś wytłumaczy, czym innym jest „religia” (od łacińskiego religare – łączyć, wiązać ze sobą), jeśli nie więzią z tymi, którzy podzielają  moją WIARĘ? Więc jak mam teraz praktykować ją zupełnie sama?