Ostatnio niektóre wierzące w teorie neurolingwistyczne (z których wynika m.in, że jeśli dostatecznie długo będę nazywać głupca przyjaznym mianem „mądrego inaczej” – nie tylko sama w to uwierzę, ale i on mędrcem się stanie…:)) feministki przypuściły atak na język polski, który to, rzekomo, celowo poniża i rani kobiety – i domagają się „ukobiecenia” wszystkich bez wyjątku nazw zawodów i funkcji.
Dyktatura nijakości.
http://wiadomosci.onet.pl/ciekawostki/plciowe-szalenstwo-w-szwedzkim-przedszkolu/q4yvv
Pisałam już tu nieraz o tym, co myślę o szwedzkich pomysłach na „nowy, wspaniały świat” (np. w poście z 3 sierpnia 2008 roku – kto chce, niech sobie przeczyta…) – niestety, potomkowie Waregów stale dostarczają mi nowych podniet do pisania. Ostatnio za sprawą owego eksperymentalnego, lewicowego przedszkola w Sztokholmie, w którym zakazano używania słów „on” i „ona.” Wszyscy ludzie, bez różnicy płci, to „przyjaciel.” No, tak.
Zgadzam się w pełni z oburzonymi tym pomysłem tamtejszymi rodzicami, ponieważ nie rozumiem, jakim cudem zaprzeczanie temu, że jakiekolwiek różnice w ogóle istnieją, miałoby się przyczynić do „wyrównywania różnic”? Uważam, podobnie jak „konserwatywna” mama Tanja Bergvist, że różnice płciowe nie są problemem, jeśli tylko obydwie płci traktuje się jednakowo.
Idąc tym tropem, należałoby także, z szacunku dla daltonistów, umówić się, że poszczególne barwy to tylko kwestia nazewnictwa – i ich nazwy zastąpić jednym neutralnym określeniem: „pewien odcień szarości.”
Taki model wychowania „sprawia, że dzieci mogą być , kim chcą?” Rozumiem zatem, że nikt nie zostanie wyrzucony z owego przedszkola przyszłości za seksistowskie stwierdzenie: „Odkryłam, że jestem dziewczynką” ? I że dzieci także toalety mają wspólne i wszystkie zmuszane są do siusiania w jednej, „prawidłowej” pozycji, by nie zasiewać w ich niewinnych główkach wątpliwości co do tego, że poszczególni „koledzy” niczym się od siebie nie różnią?
Chociaż przyznam się, że dziwna mi się wydaje strategia ukazywania dzieciom RÓŻNORODNOŚCI świata przez pryzmat bajek ukazujących jako JEDYNĄ normę rodzinę złożoną z dwóch samców, wychowujących adoptowane dziecko (bo „tradycyjne”, heteroseksualne bajki zostały oficjalnie potępione i wpisane na indeks). Biedne „Muminki” (zresztą stworzone przez parę fińskich lesbijek:)) – też by im się dostało za „promowanie niezdrowego wzorca.” Takiego z Mamą Muminka i Tatą Muminka. No, ale może ja się nie znam na postępie…
Wszystko to zresztą pasuje jak ulał do założeń niektórych nurtów neomarksistowskich, zgodnie z którymi aby zmienić CZŁOWIEKA, należy tylko zmienić jego myślenie (np. język), Sęk w tym, że stan faktyczny NIE ZMIENI SIĘ od tego, że nazwiemy coś inaczej. Ani od tego, że coś „taktownie” przemilczymy. (To trochę podobnie jak z nazywaniem niepełnosprawnych „sprawnymi inaczej.” Zmienia to coś? Poza, oczywiście, samopoczuciem tych, którzy tak mówią?)

On i ona – równi sobie… 🙂
„I spotkał Jezus dwunastu ziomali – i nazwał ich Apostołami…”
No, proszę: jeszcze całkiem nie przebrzmiały echa tłumaczenia Ewangelii na gwarę góralską (tego, w którym Maria nazywana jest „babą Józefa”:)), a już tu i ówdzie podejmuje się próby przełożenia jej na język młodzieżowy.
Wychowawczyni z warszawskiej świetlicy środowiskowej, Beata Lasota, wraz z wychowankami podjęła się właśnie takiego przekładu Ewangelii wg św. Jana (a właściwie należałoby chyba powiedzieć: Dobrej Czytanki wg św. Zioma Janka:)) oraz Modlitwy Pańskiej, którą tu przytoczę:
„No, i zagadał do nich:- A jak się modlicie, to nawijajcie tak: Nasz Tato, co jesteś w niebie, niech Twoje Imię będzie na maksa uwielbione, niech Twoje Królestwo tu przyjdzie. A na ziemi niech będzie to samo, co zaplanowałeś w Niebie. Odpal nam to, czego dziś potrzebujemy. I daruj nam nasze grzechy, bo my darujemy tym, co nas zranili. Nie daj nam przestać Ci wierzyć i chroń nas od niekorzystnych rzeczy”.
Piękne, prawda?:)
Redakcja miesięcznika „List” w swoim zaproszeniu do internetowej dyskusji na ten temat napisała niedawno: „Każde pokolenie ma obowiązek przekazywania prawdy o Bogu następnemu pokoleniu. Ma obowiązek znalezienia swojego języka, którym tę prawdę przekaże najlepiej.”
Wiem o tym. Wiem również, że Jezus, gdy przemawiał do tłumów, posługiwał się zwykłym, potocznym językiem swoich czasów. Wiem też, że dziś mało kto już wie, co to znaczy „wiejadło” (mój słownik komputerowy podkreśla to słowo na czerwono:)) czy „lemiesz” – że o zwykłym „zaprawdę” już nawet nie wspomnę… Niepodobna również usłyszeć w kościele prostego stwierdzenia, że „Maryja była w ciąży” (w uszach niektórych brzmi to niemal jak bluźnierstwo – powie się więc zawsze i tylko, że była „brzemienna” lub „w stanie błogosławionym”) – a kiedy byłam małą dziewczynką, zachodziłam w głowę, co może oznaczać „owoc żywota Twojego…”
Ale i tak się zastanawiam, gdzie jest granica pomiędzy koniecznym uwspółcześnianiem języka, a zachowaniem starożytnego i (mimo wszystko) uroczystego charakteru tekstu?
Szczęśliwi nasi bracia muzułmanie, do których Koran ponoć zstąpił z nieba od razu w gotowej, nienaruszalnej formie (po arabsku). Oni przynajmniej nie mają takich problemów…
