Kiedy byłam małą dziewczynką, w szpitalach dziecięcych panowała doktryna, że zbyt częste odwiedziny rodziców mogą być dla małych pacjentów wręcz szkodliwe, ponieważ „wybijają dzieci z normalnego rytmu życia.”
Dziś jestem dorosłą kobietą – i właśnie boleśnie doświadczam owego „wybicia.”
Nie jestem jego kochanką – lecz podobnie jak kochanki doświadczam niemiłego uczucia, że ON i jego miłość są jedynie odświętnymi elementami mego życia. I jakże trudno mi potem wrócić do szarej rzeczywistości…
Jeszcze stoją po mieszkaniu wypalone świece (ślady naszych romantycznych uniesień), jeszcze w powietrzu unosi się jego zapach, a na poduszce pozostało po nim wgłębienie… Nie schowam tej poduszki. Nie mogę. Jeszcze nie teraz.
Nie ma go przy mnie. Nie ma.
