Jestem dla Ciebie niedzielą…

Kiedy byłam małą dziewczynką, w szpitalach dziecięcych panowała doktryna, że zbyt częste odwiedziny rodziców mogą być dla małych pacjentów wręcz szkodliwe, ponieważ „wybijają dzieci z normalnego rytmu życia.”

 

Dziś jestem dorosłą kobietą – i właśnie boleśnie doświadczam owego „wybicia.”

 

Nie jestem jego kochanką – lecz podobnie jak kochanki doświadczam niemiłego uczucia, że ON i jego miłość są jedynie odświętnymi elementami mego życia. I jakże trudno mi potem wrócić do szarej rzeczywistości…

 

Jeszcze stoją po mieszkaniu wypalone świece (ślady naszych romantycznych uniesień), jeszcze w powietrzu unosi się  jego zapach, a na poduszce pozostało po nim wgłębienie… Nie schowam tej poduszki. Nie mogę. Jeszcze nie teraz.

 

Nie ma go przy mnie. Nie ma.

  

Co Bóg złączył…

Nikogo już chyba nie trzeba przekonywać, że sprawa rodzin rozdzielonych na skutek emigracji staje się powoli problemem na skalę społeczną.

 

Jestem przekonana, że każdy z czytających te słowa zna przynajmniej jedną osobę, która (mówiąc umownie) „jest w Anglii.” Sama stwierdzam ze smutkiem, że mam tam już nie tylko ukochanego młodszego brata, ale i prawie wszystkich przyjaciół i znajomych…

 

I trzeba być doprawdy tak zadufanym w sobie jak nasi politycy, aby twierdzić, że zjawisko to jest po prostu naturalnym następstwem naszej wolności podróżowania.

 

Nigdy przecież w historii ludzkości nie bywało tak, aby to szczęście i dobrobyt skłaniały ludzi do masowego opuszczania swoich domów. Najbardziej typowym przykładem jest w tej kwestii Masowy exodus Irlandczyków z Zielonej Wyspy do USA pod koniec XIX wieku.

 

I nawet nasz Episkopat ostatnio kilkakrotnie zwracał uwagę na zagrożenia, jakie z tego wynikają dla trwałości małżeństw i rodzin.

 

I nie chcę bynajmniej przez to powiedzieć, że niewierni mężowie wykorzystują tę sytuację do to tego, żeby zdradzać swoje żony. Wbrew powszechnej opinii nie uważam bowiem, jakoby mężczyźni byli „z natury” bardziej skłonni do zdrady. Sądzę raczej, że w podobnych okolicznościach samotność doskwiera ludziom niezależnie od płci (sama znam kilka małżeństw, które obecnie zmagają się z tym trudnym doświadczeniem). Ileż to wszyscy znamy historii o tym, jak to chłopak poszedł do wojska, a tęskniąca za nim dziewczyna „nie doczekała…” Jak widać, nie trzeba w tym celu nawet wyjeżdżać za granicę.

 

Nie zmienia to jednak faktu, że naturalnym powołaniem małżonków jest być RAZEM, a zbyt długa rozłąka nie zrobi dobrze żadnej miłości. Badania pokazują, że tego typu „pary na odległość” bardzo się kochają…dopóki się nie rozejdą.

 

Grzechy miłości.

W tych rzadkich chwilach, kiedy on śpi obok mnie, śpi spokojnie.

 

Uśmiecha się lekko przez sen i szuka mojej bliskości, wolny od tych wszystkich niepokojów, które w tym czasie dręczą moją duszę.

 

Bo ten piękny mężczyzna, który mnie z taką czułością trzyma w objęciach, szarga przeze mnie swoje kapłaństwo – i chyba nawet o tym nie wie. Jest w tym taki czysty, święty i niewinny.

 

Jednoczy się ze mną w jedno ciało (język hebrajski ma na to piękne określenie – mężczyzna i kobieta „stają się jedną istotą ludzką”) z takim samym radosnym zapamiętaniem, z jakim powinno się celebrować święte obrzędy. My tak właśnie CELEBRUJEMY naszą miłość…

 

Wiem, że „wystudzeni” kapłani znajdują sobie rozmaite drogi ucieczki przed pustką we własnym sercu – dla wielu (zbyt wielu!) jest to alkohol, pieniądze, hazard, pornografia… On znalazł ucieczkę w mojej miłości. Lepiej to, czy gorzej? Nie wiem…

 

Bo ja…kim ja w tym wszystkim jestem? Jego (przyszłą) żoną czy po prostu kochanką? A może – matką jego dziecka? Bo może rośnie już we mnie owoc naszej miłości, tak łagodnie we mnie wkołysany…

 

Na łożu swym nocą szukałam

umiłowanego mej duszy.

Szukałam go – lecz nie znalazłam,

wołałam go – lecz mi nie odpowiedział…

Zaklinam was, córki jerozolimskie,

jeśli umiłowanego mego znajdziecie,

cóż mu oznajmicie?!

Że chora jestem z miłości…