Czy mamy prawo do szczęścia?

Anna Maria Jopek niegdyś śpiewała, że „dużo wie, kto pojął, że szczęście to garść pełna wody…” I kto wie, może nie wszyscy ludzie MUSZĄ być szczęśliwi już tu, na ziemi? Może, na przykład, ja nie muszę? Może szczęście (ta cudowna efemeryda…) to jest jedna z tych rzeczy, których – żeby tu strawestować śp. księdza Jana Twardowskiego „życzę innym – sama niestety nie dostanę”? A może (to znowu nieodżałowany ks. Jan) „szczęście się połamało bo mnie się nie należy”?

 

I ileż to SZCZĘŚLIWYCH małżeństw rozpadło się już w imię owego „prawa do szczęścia..” Czy rzeczywiście mamy prawo być szczęśliwi za wszelką cenę? Nawet za cenę szczęścia innych ludzi – dzieci, męża, żony?

 

Z drugiej jednak strony, miałam kiedyś ukochanego, który wiele podróżował i pisał do mnie, bodajże z Ugandy, że nigdzie na świecie nie spotkał tylu szczęśliwych ludzi. Może więc to, czy czujemy się (lub nie) szczęśliwi, zależy jedynie od naszego wewnętrznego nastawienia?

Ab initio…

…czyli jak to się wszystko zaczęło.

 

Nie będę ukrywać: od zawsze lubiłam księży – a oni lubili mnie.

 

Myślę, że moja niepełnosprawność w znacznej mierze umożliwiała im utrzymywanie ze mną tego rodzaju bliskich kontaktów, których kapłani (możecie mi wierzyć!)  na ogół bardzo potrzebują – a które w tym przypadku mogły być wolne od wszelkich podejrzeń.

 

I kiedy go poznałam, sądziłam, że jest to po prostu jeszcze jeden taki „przypadek” – ot, młody ksiądz w kryzysie, który potrzebuje tylko nieco przyjaźni i zrozumienia, żeby się z tego wylizać… Pamiętam, że przeraził mnie wówczas ogrom jego samotności i opuszczenia.

 

JA SIĘ NAPRAWDĘ CHCIAŁAM Z NIM TYLKO ZAPRZYJAŹNIĆ! Jak z tyloma innymi „iksami” przed nim…

 

Nie wiedziałam jednak, nie mogłam wiedzieć, że kiedy ta jego samotność napotka moją własną, kiepsko skrywaną pod powłoką niezliczonych wirtualnych znajomości (moja ówczesna naczelna zasada brzmiała : „Kiedy należysz do wszystkich w Sieci, nie znaczy to wcale, że  stajesz się przez to mniej niczyja…”) – to wybuchnie między nami coś, nad czym oboje już nie będziemy mogli zapanować. Płomień Pański…

 

I może on również z początku tego wcale nie wiedział, pragnąc tylko ze względów „zawodowych” wyrwać mnie z ciemności, w których wówczas żyłam (co mu się zresztą udało). I tak, nie wiedząc o tym, staliśmy się nawzajem dla siebie lekarstwem… Ale któż nam teraz powie, czy to lekarstwo nie jest w istocie gorsze od choroby?

 

I można wracać po nitce do kłębka

aż do rodziców, co też się spotkali

najpewniej po raz pierwszy nic nie wiedząc o tym

że śmierć nie będzie ważna tak jak to spotkanie…

(ks. J. Twardowski)   

 

Tymczasem zaś rozmawialiśmy, i rozmawialiśmy, i rozmawialiśmy… Całymi godzinami.

 

Jestem przekonana, że Internet może uczynić w życiu ludzi bardzo wiele złego, ale też chyba tylko w Sieci jest możliwy taki cud, żeby dwie osoby poznały się i pokochały, zanim się jeszcze zobaczyły. Bo ile znacie par, które potrafią ze sobą rozmawiać, dajmy na to, przez dwanaście godzin bez przerwy?

 

Gdzie jednak był ten moment, kiedy powinnam…powinniśmy się zatrzymać?

 

Czy to już wtedy, mój miły, kiedy we wzruszających słowach, tak pięknych i czystych, zacząłeś mi tłumaczyć, jak sobie wyobrażasz miłość pomiędzy kobietą a mężczyzną?

 

Albo wtedy, gdy zacząłeś mi pokazywać swoje rodzinne fotografie – a ja pomyślałam (po raz pierwszy, ale nie ostatni!), że byłbyś wspaniałym ojcem? 

 

Czy może dopiero wtedy, kiedy po raz pierwszy mnie pocałowałeś? Nie mam zielonego pojęcia.

 

Przypuszczam, że w całej tej historii było bardzo wiele takich chwil, kiedy jeszcze mogliśmy się cofnąć. Tylko że ja wtedy nic o tym nie wiedziałam…

 

Chłopiec urodzony „na Gromniczną.”

Dziś jest 2 lutego…Ofiarowanie Pańskie. Dzień Osób Konsekrowanych. I…jego urodziny.

 

I czy to tylko przypadek, że chłopiec, który miał potem zostać kapłanem, przyszedł na świat w dniu, kiedy Kościół czyta w liturgii słowa o „świetle na oświecenie pogan”?

 

„Nikt też nie zapala światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu.” – poucza nas Ewangelia w innym miejscu.

 

A moją duszę miecz przeniknie…