Proroctwo?

Kiedy miałam około siedmiu lat, jeden z kuzynów mojej mamy został księdzem. Zresztą jest nim do dzisiaj- i jak przypuszczam, dobrym.

 

Pamiętam jednak, że na prymicje, które odbyły się w mojej rodzinnej miejscowości, zaprosił wielu swoich kolegów z seminarium, a ci chętnie bawili się z małą, niepełnosprawną dziewczynką.

 

I przypominam sobie, że powiedziałam wówczas (jak to mówią dzieci…), że kiedy będę duża, “ożenię się” z księdzem.

 

“Ależ córeczko – perswadowali mi dorośli – nie możesz wyjść za mąż za księdza!” “A dlaczego?- zapytałam” “Bo oni się nie żenią.” “Ale ze mną się jakiś ożeni!” – odparłam z przekonaniem.

 

W nastoletnim wieku, jak to się często zdarza młodym dziewczętom, zakochałam się w swoim katechecie, który był moim spowiednikiem.

 

Niezaprzeczalnie przez całe życie odczuwałam jakiś pociąg w tym kierunku (koleżanki często żartowały sobie ze mnie mówiąc, bym “nie podrywała księdza”) – choć, prawdę powiedziawszy, w żeńskiej szkole nie miałam zbyt wielkiego wyboru… 😉

 

Nigdy też nie traktowałam tego typu fascynacji zbyt poważnie. Otrzymałam staranne, katolickie wychowanie, mądre i głębokie. Kapłan, podobnie jak mężczyzna żonaty, stanowił dla mnie nienaruszalną świętość. Aż do teraz…

Co Bóg złączył…

Nikogo już chyba nie trzeba przekonywać, że sprawa rodzin rozdzielonych na skutek emigracji staje się powoli problemem na skalę społeczną.

 

Jestem przekonana, że każdy z czytających te słowa zna przynajmniej jedną osobę, która (mówiąc umownie) “jest w Anglii.” Sama stwierdzam ze smutkiem, że mam tam już nie tylko ukochanego młodszego brata, ale i prawie wszystkich przyjaciół i znajomych…

 

I trzeba być doprawdy tak zadufanym w sobie jak nasi politycy, aby twierdzić, że zjawisko to jest po prostu naturalnym następstwem naszej wolności podróżowania.

 

Nigdy przecież w historii ludzkości nie bywało tak, aby to szczęście i dobrobyt skłaniały ludzi do masowego opuszczania swoich domów. Najbardziej typowym przykładem jest w tej kwestii Masowy exodus Irlandczyków z Zielonej Wyspy do USA pod koniec XIX wieku.

 

I nawet nasz Episkopat ostatnio kilkakrotnie zwracał uwagę na zagrożenia, jakie z tego wynikają dla trwałości małżeństw i rodzin.

 

I nie chcę bynajmniej przez to powiedzieć, że niewierni mężowie wykorzystują tę sytuację do to tego, żeby zdradzać swoje żony. Wbrew powszechnej opinii nie uważam bowiem, jakoby mężczyźni byli “z natury” bardziej skłonni do zdrady. Sądzę raczej, że w podobnych okolicznościach samotność doskwiera ludziom niezależnie od płci (sama znam kilka małżeństw, które obecnie zmagają się z tym trudnym doświadczeniem). Ileż to wszyscy znamy historii o tym, jak to chłopak poszedł do wojska, a tęskniąca za nim dziewczyna “nie doczekała…” Jak widać, nie trzeba w tym celu nawet wyjeżdżać za granicę.

 

Nie zmienia to jednak faktu, że naturalnym powołaniem małżonków jest być RAZEM, a zbyt długa rozłąka nie zrobi dobrze żadnej miłości. Badania pokazują, że tego typu “pary na odległość” bardzo się kochają…dopóki się nie rozejdą.

 

Czy mamy prawo do szczęścia?

Anna Maria Jopek niegdyś śpiewała, że “dużo wie, kto pojął, że szczęście to garść pełna wody…” I kto wie, może nie wszyscy ludzie MUSZĄ być szczęśliwi już tu, na ziemi? Może, na przykład, ja nie muszę? Może szczęście (ta cudowna efemeryda…) to jest jedna z tych rzeczy, których – żeby tu strawestować śp. księdza Jana Twardowskiego “życzę innym – sama niestety nie dostanę”? A może (to znowu nieodżałowany ks. Jan) “szczęście się połamało bo mnie się nie należy”?

 

I ileż to SZCZĘŚLIWYCH małżeństw rozpadło się już w imię owego “prawa do szczęścia..” Czy rzeczywiście mamy prawo być szczęśliwi za wszelką cenę? Nawet za cenę szczęścia innych ludzi – dzieci, męża, żony?

 

Z drugiej jednak strony, miałam kiedyś ukochanego, który wiele podróżował i pisał do mnie, bodajże z Ugandy, że nigdzie na świecie nie spotkał tylu szczęśliwych ludzi. Może więc to, czy czujemy się (lub nie) szczęśliwi, zależy jedynie od naszego wewnętrznego nastawienia?