Postscriptum.

Odkąd poznałam P., żyłam pod ogromną presją, w nieustannym duchowym i emocjonalnym napięciu. Codziennie, godzina za godziną – aż do obłędu.

„Powiedz mi, kim Ty właściwie jesteś?! Moim mężem czy kapłanem? A ja, kim ja jestem? Twoją żoną czy kochanką księdza?! Bo sama już nie wiem…” – krzyczałam na niego jeszcze niedawno, tak naprawdę pragnąc tylko, żeby mnie wziął w ramiona, przytulił i pocieszył. Byłam już na skraju wytrzymałości nerwowej.

 

A teraz wypełnia mnie taki spokój wewnętrzny, że aż sama w to nie wierzę. Co to jednak znaczy jedna porządna SPOWIEDŹ 🙂 – wreszcie mogłam powiedzieć całą prawdę komuś innemu niż sam P. I, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, nie zostałam potępiona, ale raczej…utwierdzona w w miłości. (Niech Bóg błogosławi temu dobremu, mądremu księdzu!)

 

I właśnie dlatego zdecydowałam się na „upublicznienie” na blogu  niektórych moich notatek z rekolekcji – aby móc do nich wracać, ilekroć będzie mi ciężko. Bo nie wiem, kiedy (i czy w ogóle jeszcze kiedykolwiek?) uda mi się znów otrzymać rozgrzeszenie. Przypuszczam, że ta spowiedź będzie mi musiała wystarczyć na bardzo, bardzo długo…

 

No, cóż – Pan Bóg nie zawsze daje ludziom takie „cukierki.” Ale dobrze, że w ogóle daje. 🙂

Notatki z życia wewnętrznego.

„Ja już nie mogę, nie mogę…Ja nie potrafię dłużej tak żyć…kłamać…

 

Dokąd właściwie podąża moje życie? Co jest dla mnie teraz najważniejsze? Co – i KOGO – noszę w swoim sercu?

 

Odpowiedź jest najprostsza z możliwych: P. mam w sercu! I miłość, która czasami jest dla mnie jak cierń – wtedy, kiedy sam widok kapłanów sprawia mi ból. Bo ich ręce – to jego ręce, ich oczy – jego oczy…   I nawet uśmiechają się do mnie JEGO uśmiechem.

 

A moje serce jest czasem tak zimne i twarde jak grudka lodu…

 

Pan mówi: „Odbiorę wam serce kamienne – a dam wam serce z ciała.”

 

A jednak wiem, że dla mnie życie w pełni to życie blisko Chrystusa… Sama miłość (do) człowieka, choćby największa, mi nie wystarczy.  „Czy w życiu bowiem, czy w śmierci należymy do Pana.” Oboje.  Bez miłości jednak – na czym mam budować, czego się uchwycić?!  Nie puszczę Cię, Panie, dopóki nam nie pobłogosławisz!

 

„Ty przenikasz  i znasz mnie, Panie…

Z daleka przenikasz moje zamysły…

Nie tajna Ci moja istota – i dobrze znasz moją duszę.

Gdzie się oddalę przed Twoim Duchem?

Gdzie ucieknę od Twego Oblicza?

Jeżeli powiem: „Niech mnie przynajmniej ciemności okryją

i noc mnie otoczy jak światło” –

sama ciemność nie będzie ciemna dla Ciebie,

mrok jest dla Ciebie jak światło…”

 

Dawid i Batszeba bardzo się kochali – tak bardzo, jakby zapłonął pomiędzy nimi „płomeń Pański”, a jednak Pan rzekł  do Dawida: „Dziecko, które wam się narodzi, na pewno umrze…” A co będzie, jeśli za naszą miłość umrze NASZE dziecko?”

 

Tak oto sobie notowałam, a Pan mówił do mnie na tych rekolekcjach. Ci kapłani mówili…

 

„Czasami w Twoim sercu będzie się rozgrywać piekło, ale wytrwaj w tym! Wytrwaj, wytrwaj… I módl się, abyś umiała przyjmować w tym nawet to, co jest dla Ciebie trudne – i aby sam Pan Bóg Ci pokazywał, czego pragnie. I proś także za niego, aby Jezus mu wskazał, do czego go wzywa. Najważniejsze jest to, aby nie robić nic wbrew własnemu sumieniu.”

 

Czy zatem możliwe jest to, o czym nie śmiałam nawet marzyć…że P. ma jednak rację i Pan powołuje go do tego, żeby się mną zaopiekował?

 

A on sam powiedział: „Wiesz, jeżeli chodzi o moje kapłaństwo, to wiem, że w tej sprawie jestem „sługą nieużytecznym.”  I może właśnie teraz, widząc to, Pan Bóg powiedział: „Chodź, masz tu Albę i zajmij się nią!”?

 

Miłość mi wszystko wyjaśniła,

miłość wszystko rozwiązała.

Dlatego uwielbiam tę Miłość,

dlatego uwielbiam tę Miłość,

gdziekolwiek by przebywała…

Więc nie dziw się, że pragnął Bóg

aby najprostsi Go przyjęli,

ci, którzy dusze mają w bieli –

a dla miłości swej nie znają słów…”

(K. Wojtyła)

(Niniejsze zapiski pochodzą z rekolekcji wielkopostnych, które odbyłam w dniach od 23 do 25 marca br.)

 

Serca na rozdrożu.

Tak, ja już wybrałam. Nieodwołalnie i raz na zawsze. Jego. Mojego P. Ale…

Ten, z którym byłam wcześniej…przez trzy lata…jest ciężko chory…chory śmiertelnie. Ma dystrofię mięśniową (postępujący zanik mięśni) i…i umrze na nią…- jest chory i samotny – a ja…a ja się zakochałam – i go zostawiłam. I czy to nie oznacza, że jestem podła?

Czy ja czasem nie jestem jak ta „mała owieczka” z przypowieści proroka Natana, którą bogacz odebrał biedakowi? On miał tylko mnie…tylko mnie…a ja mu to odebrałam. Odbierając samą siebie.

I wiem, że byłby najszczęśliwszy, gdybym do niego teraz wróciła. Bo chyba dopiero wtedy, kiedy mnie utracił, zaczął doceniać tę małą, która zawsze była przy nim…Zaczął nagle mnie kochać?

Ale wiem, że kochając P. spaliłam za sobą wszystkie mosty i…”i nie chcę wracać, by gonić cienie.” Zresztą teraz, kiedy już wiem, jacy potrafią być mężczyźni i jak słodka może być miłość, taki powrót byłby dla mnie sennym koszmarem. Byłby to powrót nie tylko do jego zmiennych nastrojów (zdarzało się nader często, że wyładowywał na mnie swoje frustracje) i kąśliwych uwag, z których jasno wynikało, że nic nie potrafię, do niczego się nie nadaję i nie jestem mu potrzebna ani we dnie, ani w nocy… (Aż trzy lata czekałam, by usłyszeć z jego ust choć jedno „kocham cię.”) – ale i do jego ojca-alkoholika i matki, chorej z nienawiści do męża-dręczyciela. Brrr…

Właściwie trudno mu się nawet dziwić, że jest taki, jaki jest – gdzie miał się nauczyć kochać?  I od kogo?

A ja jemu oddałam swoje dziewictwo…naprawdę z wielkiej, ogromnej miłości. I tak trudno jest się przyznać, że być może popełniłam błąd…

I nie wiem, czy teraz powinnam do niego wrócić, aby był szczęśliwy – nawet kosztem własnego szczęścia? Czy dla niego mam wyrzec się małżeństwa (bo teraz już wiem, że on się NIGDY ze mną nie ożeni), dzieci, a nawet szacunku do samej siebie i zwykłej, ludzkiej… nadziei? Czy wreszcie mam być z nim tylko z litości?

Khail Gibran, filozof chrześcijański pochodzenia egipskiego, napisał o podobnym stanie tak:

„Długie były dni cierpień, które spędziłem w tych murach –

i długie były noce samotności –

lecz któż może bez bólu opuścić swoje cierpienie i swoją samotność?”

A swoją drogą, mój były chłopak ma osobliwego pecha – jego poprzednia sympatia, dziewczyna pracująca w sekstelefonie (dokąd, dręczony samotnością, dzwonił, żeby ktoś choćby z nim porozmawiał) także zakochała się w księdzu i uciekła z nim do Szwecji…

 

Kiedyś mnie zapytał (cytuję!) co takiego właściwie mają w sobie te „klechy”, że kobiety „dają” im chętniej, niż zwykłym facetom? I myślę, że teraz, po kilku miesiącach bycia z P., mogłabym już na to odpowiedzieć. Oni mają SERCE. 🙂